Alice in Warsawland: 2010

środa, 15 grudnia 2010

30 Seconds to Mars!


Od dawna chciałam zobaczyć The Chemical Brothers na żywo, więc jak tylko dowiedziałam się, że zagrają podczas Live Coke Music Festival w Krakowie to poleciałam kupić bilet. Bezpośrednio przed nimi zagrał nieznany mi wtedy zespół 30 Seconds to Mars. Ku mojemu zaskoczeniu wiele dziewczyn zachowywało się podczas ich występu, delikatnie mówiąc histerycznie, a te najbliżej sceny rzucały we frontmana częściami garderoby. Z zaciekawienie zaczęłam się przyglądać wokaliście i odkryłam, że to nie kto inny jak Jared Leto, aktor może nie pierwszoligowy, ale dość alternatywny i utalentowany, a na pewno bardzo przystojny. Był to wystarczający powód, żeby na koncercie zostać do końca. Co więcej muzyka, którą serwowali była bardzo przystępna, piosenki w rockowo-punkowo-popowo-grundzowo-emo stylu łatwo wpadały w ucho.

Po zakończeniu się krakowskiego festiwalu stwierdziłam, że koncert grupy Jareda był najlepszy i koniecznie trzeba wybrać się na kolejny! Jakaż była moja radość, kiedy kilka tygodni później Eventim ogłosił, że 30 Sec to Mars przyjeżdżają w grudniu do Warszawy!

Koncert odbył się w Hali Torwar, czyli niestety nie stadionowo, ale w grudniu przy -15 stopniach to rozsądne rozwiązanie. Przed wejściem dziki tłum nastolatek, zniosłam to cierpliwie. Martwiły mnie nieco moje miejscówki, ponieważ miałam bilety na sektory, a nie na płytę (jak wolałam), ale w rezultacie udało mi się znaleźć na płycie, nawet pod samą sceną. Zanim koncert się rozpoczął oczywiście zagrał support. Nie wiem czyj, bo się nawet nie przedstawili. To natomiast co zapamiętałam to rozszalały spęd 14 i 15 letnich dziewczyn, które dostawały histerii jak tylko ktoś pojawiał się na scenie. Większość z nich miała nadwagę, każda z nich była obrzydliwe spocona (oczywiście nie było klimatyzacji w hali, bo po co). Nie potrafiły się zachowywać jak cywilizowani ludzie, nie zdawały sobie sprawy z zagrożenia jakie mogą wywołać ich nieskoordynowane ruchy. Skończyło się tak, że w pewnym momencie wszyscy stojący pod sceną (w tym ja!) jak domino się na siebie przewrócili. Dla mnie to był szok! Byłam na wielu koncertach, wielkich stadionowych, mniejszych po halach, rockowych, hip-hopowych, popowych, metalowych czy elektro, również na licznych festiwalach i nigdy nie bałam się, że coś mi się może stać. Nie byłam chyba świadoma, że od zaćpanów fanów muzyki elektronicznej dużo gorsze są spuszczone ze smyczy nastolatki. Chcąc nie chcąc opuściłam bliskie sąsiedztwo ze sceną, ponieważ nie chciałam stracić zębów w momencie kiedy Jared wszedłby na scenę.

Kiedy 30 Seconds w końcu się pojawili, tłum oszalał. Mnie z uporem maniaka wypychał co rusz do tyłu, chociaż twardo ze znajomymi walczyliśmy. Było obrzydliwie gorąco i duszno, z każdego lał się pot, a Jared skandował w kółko 3 zdania: „Jump”; „Do something crazy”; „I fucking love you”. W ogóle cały koncert sponsorowało słowo „fuck”. Trzeba jednal stwierdzić, że frontman z niego rewelacyjny, widać zaangażowanie i oddanie dla fanów, starał się robić prawdziwe show. Za często jednak oddawał głos tłumowi, przez co jego śpiewania za wiele nie było. Poza tym ku mojemu zdziwieniu stwierdzam, że muzycznie chyba tylko Shannon się wybija. Jared gra średnio, ale niezaprzeczalny atut stanowi jego specyficzny głos. Nieco wrzaskliwy, ale hipnotyzujący.

Koncert był krótki, bo trwał niespełna 1,5 godziny. Nagłośnienie kiepskie. Efekty wizualne – brak. Jedynymi były kolorowe światła, ale przez stroboskopowe efekty tak naprawdę przez 80% nie było widać twarzy Jareda. Jeszcze na domiar złego incydent z tworzeniem przez publiczność flagi Polski. Osoby na trybunach machały białymi kolorami, a płyta zalała się czerwienią. Jako fanka U2 nie mogłam tego przełknąć. Już naprawdę, ale fani 30 Seconds mogliby wymyślić coś swojego, a nie powielać pomysły innych. O niezsocjalizowanych nastolatkach wolę już nie wspominać.
Za fajny pomysł uznaje natomiast podzielenie koncertu na 3 części. Najpierw mocne rockowe uderzenie, później Shannon i Tomo zeszli ze sceny i Jared zagrał kilka piosenek akustycznie. Zabawne, bo przy Buddzie chyba zapomniał tekstu i tylko rytmicznie wył :-) Trzecia cześć z powrotem była ostrzejsza + bis na zakończenie (m.in Kings and queens).

Zastanawiam się dlaczego 30 Seconds to Mars wyznaczyli sobie nastoletni target. Może nie czują się na tyle silni muzycznie, aby trafić do bardziej wybrednego odbiorcy. W końcu jak wiadomo najłatwiej kupić gejów, później dziewczynki a na samym końcu wyrobioną publikę. Musi się za tym kryć przemyślany plan marketingowy, bo nie wierzę, że oni sami z siebie chcą grać dla dzieci. Cierpi na tym bardzo jakość koncertów, poziom interakcji zespołu z publiką. Szkoda. Tomo ze wstydu już całą twarz ukrył za firanką czarnych włosów ;-) a Jared z rozpaczy przefarbował włosy na niebiesko!

Reasumując, gdyby nie szalenie przystojny Jared i piosenki, które znam i lubię to wyszłabym z tego potwornego miejsca. Nigdy więcej nie dam się zamknąć w jednym miejscu z chmarą oszalałych dziewczynek. W dodatku w warunkach tropikalnych, kiedy samemu jest się ubranym w zimowe ciuchy i pot z Ciebie ścieka strumieniami. Bardzo chętnie jednak posłucham ich na koncercie na otwartym powietrzu. Miejmy nadzieję, że już w lipcu na Opene’rze! W końcu Jared obiecał, że na pewno wróci :-)

niedziela, 12 grudnia 2010

Ula :-)


Nie lubię dzieci, nigdy ich nie lubiłam i jestem dość pewna, że nigdy ich nie polubię. Nie rozczulają mnie, nie mam ochoty się nad nimi rozczulać, nie chce ich dotykać ani przytulać. Nie lubię się z nimi bawić, nie jestem cierpliwa, aby znosić ich humory i drażni mnie ich dziwny zapach. Są zaślinione, często brzydkie, a w obecnych czasach też z nadwagą. A co gorsza ich rodzice się nimi nieustannie zachwycają, nawet jak są rozwydrzone i spokrewnione z Diabłem. Jest jednak jeden mały wyjątek, który przebił się przez moją znieczulicę i który swoją naturalnością rozbawia mnie do łez. Ma na imię Ula.

Ula jest śliczna, grzeczna i wiecznie radosna. Nawet jak płacze to robi to w sposób nie wprawiający mnie w zakłopotanie. Jest jedynym dzieckiem, do którego mam ochotę się autentycznie przytulić, a raczej dać się przytulić. Jest szczera (to akurat mało odkrywcze,bo większości dzieci takimi jest), fascynująca i co najważniejsze, bystra! Można się od niej wiele nauczyć, szczególnie tych cech o których istnieniu się już zapomniało. Jest mądrą i uroczą indywidualistką. Do tego świetnie ubraną indywidualistką. Prezentuje się nienagannie, a wszystko to zawdzięcza swojej super przebojowej mamie, którą zresztą też uwielbiam. I może ta miłość do matki tak mnie przywiązała do jej córki. A może po prostu Ula jest świetnym dzieckiem. W końcu tak samo jak nie wszystkich ludzi się lubi to tak samo nie każde dziecko jest urocze. Ula jest. I wystarczy mi za całe przedszkole.

niedziela, 5 grudnia 2010

Les Misérables absolutnie nie nędzne!


W zeszłą niedzielę miałam wielką przyjemność obejrzeć Les Misérables, w Teatrze Muzycznym ROMA. Wrażenia cudowne, przepiękny muzycznie, wizualnie doskonały. Może będę niesprawiedliwa mówiąc, że Janusz Kruciński (Jean ValJean) wypadł blado na tle Łukasza Dziedzica (Javert), ale z takim głosem naprawdę byłoby wielką sztuką wygrać.

To co było zatrważające to niestosowane zachowanie niektórych ludzi, którzy grali na telefonach, jedli albo klaskali w złych momentach. Teatr nigdy nie był dla mas, ale nie zmienia to faktu, że takie zachowania załamują. Nie pozostaje mi jednak nic innego jak prostaków ignorować, bo z wizyt w ROMIE na pewno nie zrezygnuję! Musicale kocham od 10lat i to się raczej nie zmieni. Poza tym muszę uczestniczyć w nowych spektaktach w nadziei, że może kiedyś zobaczę coś lepszego od „Tańca Wampirów”. Póki co, nie udało się. :-)

środa, 1 grudnia 2010

And since we've no place to go, let it snow!


Nie wierzę w to co zamierzam właśnie napisać, ale pierwszy śnieg tej zimy mnie urzekł! Totalnie obezwładnił. I to nie tak jak dotychczas bywało – mrozem i przykrą zamiecią, tylko obezwładnił mnie emocjonalnie. Jestem absolutnie bezbronna wobec tego co wyczynia się za oknem. Nigdy bym nie pomyślała, że biały pejzaż może mnie oczarować. Obserwowany zza okna podczas grzania się przy kominku, ok., ale w żadnym innym wypadku. A jednak może.

Miasto pierwszego dnia opadów było sparaliżowane, serpentyny samochodów poprzeplatane ciągami tramwajów, pod ziemią zapchane metro, a na chodnikach tłumy zdezorientowanych pieszych. Zdezorientowanych i bezbronnych. Uwielbiam takie momenty, kiedy milkną „poważne” problemy dnia codziennego (zwykle związane z pieniędzmi) i wszyscy stają się sobie równi. Lubię proste instynkty, szacunek do natury. Czasem warto zjechać na sam spód piramidy Maslowa i docenić banały.

Na co dzień bardzo ciężko przychodzi mi tolerowanie nadętych, przekonanych o własnej nieomylności i niezastąpioności ludzików. Są tacy ważni i tacy poważni, jakby bez nich świat miałby stanąć w miejscu. Nie znoszę sztucznego wyolbrzymiania problemów, zamiast szukać najprostszych sposobów na ich rozwiązanie. Większość tych trybików żyje tak, jakby to co zrobią dziś w kwestiach mało ważnych, miało ich niemalże zbawić. Nirwana i awans w jednym. Aż tu nagle przychodzi nawałnica śnieżna i okazuje się, że co drugie z nich nie umie nawet chodzić!

Taka gruba warstwa śniegu daje spokój i umożliwia wyciszenie się. Można odpocząć, przemyśleć niejedno, albo wypić w spokoju kakao. Można też patrzeć w blask i oczyszczać umysł. Albo pisać. Albo marzyć. Chyba nie doceniałam wcześniej zimy.

"The city was silent. There were no more questions. Only white noise."

piątek, 26 listopada 2010

Brudny Harry


Świetna muzyka, mroczny klimat, przepiękna aranżacja, perfekcyjne kreacje, powalające głosy aktorów z melodyjnym akcentem. Rzecz jasna brytyjskim. Harry Potter i Insygnia Śmierci obejrzany i bardzo pozytywnie przyjęty. Przeze mnie oczywiście, bo większość moich znajomych zapierała się przed nim rękami i nogami ;-) Nie można przecież lubić Harrego, bo to synonim wszystkiego co w naszym świecie złe. Komercji, banału, powtarzalności i odmóżdżenia. A dla mnie to absolutnie świetna rozrywka. I historia! Ale niekoniecznie bohaterów ksiązki, a życia samej autorki, J.K.Rowling.

Harry Potter jest dla mnie triumfem kreatywności. Pomysły w nim zawarte niby nie do końca autorskie, niby ściągnięte z mitologii i Tolkiena, ale jednak absolutnie wciągające. To fakt, że analogii jest od groma, ale są podane w tak bardzo przystępnej formie, że nie wywołują sprzeciwu, uczucia nabijania widza w butelkę. W moim odczuciu Rowling to kobieta absolutnie zmotywowana, z wielką wyobraźnią i genialnym zmysłem organizacyjnym. Historia osieroconego czarodzieja ociera się o Matrix, o LOTRa, o całą masę wcześniejszych dzieł, ale jednak jest w niej coś totalnie niepowtarzalnego. Co to takiego nie wiem, ale chyba można powiedzieć, że te książki mają po prostu klimat. To rewelacyjne czytadła, proste, ale nie nudne. Wciągające i zaskakujące. A przede wszystkim, i to jest już dla mnie totalnym mistrzem nad mistrzem, bez określonego targetu! Harrym zaczytują się wszyscy, od kilkulatków do dziadków. Taki sukces osiągnęli chyba tyko bracia Grimm.

Wracając jednak do filmu. To czego żałuję najbardziej to braku Alana Rickmana. Jedna scena z jego udziałem to zdecydowanie za mało. Bardzo podobało mi się ogólne „sponiewieranie” bohaterów. Wszyscy nieco przybrudzeni, zmęczeni, zmarnowani. Jason Isaacs wyglądał jak stary heroinowiec, Helena Bonham Carter jak uciekinierka z zakładu dla obłąkanych. Zresztą, jak zawsze. Bill Nighy, Rhys Ifans, David Thewlis, Ralpgh Fiennes - sama ich obecność na srebrnym ekranie poprawia humor. Trójka głównych aktorów natomiast nie irytowała. Nie wykazali się jakimś szczególnym talentem, ale konsekwentnie podążali wcześniej wytyczonymi szlakami.

Dlaczego Harry Potter odniósł tak spektakularny sukces? Przypuszczam, i odniosę się tu do epickiego już tytułu - Fight Club, że chodzi o zanik ideałów we współczesnym świecie. O rozmycie wartości, brak realnego, namacalnego zagrożenia. Brak konieczności obrony, odwagi, odkrywania w sobie cnót. A J.K.Rowling dała nam dokładnie to czego tak nam brakuje. Cel! Ofiarowała nam powód, dla którego warto walczyć a nawet umierać. I mniejsza o formę. Tutaj chodzi przede wszystkim o emocje. Harry Potter w przystępny, komercyjny i globalny sposób przypomniał wszystkim, że w życiu istnieje coś więcej niż wyścig szczurów, owczy pęd i liczenie monet. Jest to paradoks, ponieważ jednocześnie samą autorkę uczynił milionerką. Może jest to dowód na to, że nie mam wcale racji i wszystko zostało wykalkulowane w chorym umyśle Joasi cierpiącej w 2000 roku na depresję kliniczną? Być może. Ja wolę jednak myśleć, że nawet w czasach liczb można stworzyć coś, chociaż odrobinkę mniej powierzchownego niż 99% oferowanej nam rozrywki. Rozrywki uwłaczającej inteligentnemu odbiorcy.

środa, 24 listopada 2010

Do lata, do lata, do lata piechotą będę szła...


W pierwszych dniach września łudziłam się, że to chwilowy zanik ciepłej aury, a jesień przyszła tylko na moment i wycofa się na rzecz przedłużonego lata. Z połową października martwiłam się już tylko tym, żeby przeżyć zapowiadaną zimę stulecia, której pierwsze oznaki miały się rychło pojawić. Nadszedł listopad, śniegu nie ma, temperatury sensownie dodatnie a ja wciąż żyję bez odmrożeń! Aż do dziś kiedy zawiało prawdziwie arktycznie. A wieczorem nawet jakiś niby sniego-deszcz popadał!

Naprawdę staram się myśleć pozytywnie, bo ta pora roku… może inaczej- każda inna pora roku niż lato jest dla mnie trudna do zniesienia. Jest ciągle zimno! Nic tylko zimno! I kolorowe liście czy białe płatki śniegu naprawdę nie zastąpią mi promieni słońca na twarzy i ciele. Ale zbaczam z tematu, bo miało być zupełnie o czymś innym.

Koniec lata to nie tylko koniec dobrej pogody, ale przede wszystkim koniec imprezowej stolicy. No może nie koniec sensu stricte, ale o wiosenno-letnich eventach można zapomnieć. Było to smutne pożegnanie (w najlepszym razie rozłąka), ponieważ Warszawie w tym roku, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, udało się chociaż otrzeć o berlińską atmosferę. Napawa to niekłamanym optymizmem, ponieważ pokazuje, że wśród młodego pokolenia nastąpiło wyraźne przewartościowanie. Oczywiście można stwierdzić, że po prostu zmieniła się moda z nadętego, snobistycznego lansu w Cynamonie, na lekko alternatywny i przybrudzony lans na krawężniku w PKP Powiśle czy przed Planem B. Możliwe, że to tylko hipsterska fanaberia, ale jest szansa, że w Polsce na dobre zagości większe wyluzowanie i dystans, którego naszemu, upchniętemu w konwenanse narodowi nieco brakuje.

To, co jest natomiast smutne, to brak zimowych alternatach dla PKP, Cudu nad Wisłą, 5 10 15 czy Placu Zabaw. 1500m2 i Sen Pszczoły robią co mogą, ale efekty bywają różne. I co gorsza, droższe. Za wjazd do klubu płacimy średnio 10-15 zł, podczas gdy w Krakowie (mieście posiadającym nieporównywalnie ciekawszą ofertę klubową) wszędzie wejdzie się za darmo.

Co zatem począć przed Świętami? Możemy zawsze udać się do Capitolu z selekcją, a w środku delektować się nieokiełznanym zastępem szalejących 16latek :-) Albo do Platinium z podstarzałymi sponsorami przy barze. Nie, to ja już chyba wolę zapłacić i przebywać w miejscach niewymuszonej nonszalancji niż sztucznego pozowania pod ścianą. Albo zostać w domu i starać się przespać zimę! Albo czytać książki. To dopiero byłoby hipsterskie!!! :-)

wtorek, 12 października 2010

Location Location Location!


Ciekawe co takiego mają w sobie lotniska? Zawsze je uwielbiałam, nawet wtedy, kiedy mogłam je oglądać jedynie z ekranu telewizora. Budziły we mnie cały wachlarz pozytywnych emocji, od ekscytacji poprzez radość, do fascynacji. Zastanawiające jest to, że kiedy w końcu sama zaczęłam z nich korzystać, nie nastąpiło u mnie rozczarowanie. W dalszym ciągu uważam, że lotniska to jedne z bardziej magicznych miejsc, gdzie ocierają się o siebie różni ludzie, z różnych miejsc na ziemi, mówiący różnymi językami, wyznający różne religie i w końcu, żyjący zupełnie innymi życiami. I oto oni wszyscy, zupełnie inni i oderwani od siebie nawzajem, spotykają się i podróżują razem, jak gdyby żadnych tych różnic nie było. To fascynujące i wspaniałe za razem. Wiem, że Ameryki nie odkryłam, ale multi kulturowość zawsze mnie interesowała. Podobnie jak podróże, obcowanie w takim towarzystwie jest niezwykle kształcące i nic bardziej nie poszerza horyzontów. Dla kogoś kto jest ciekawy świata i na tyłku usiedzieć nie może, takie środowisko jest wymarzonym. I stąd też wziął się pomysł zamieszkania w Brukseli…

Od 2 lat nie udało mi się wyjechać na wakacje dłuższe niż 3 dni i bardzo z tego powodu cierpiałam. Dla osoby, która jak tylko zaczęła zarabiać, zaczęła stale podróżować, było to dość frustrujące. Poza tym dało mi się we znaki potężne zmęczenie, którego wcześniej nie znałam. Zaczęłam odczuwać potworny potrzask, klatkę w której mnie zamknięto. Co więcej znajomi nie pomagali. Wielu wśród nich naprawdę wspaniałych ludzi, których nigdy nie chciałabym stracić, ale drugiego takiego wariata jak ja, z podobnym spojrzeniem na życie, jeszcze nie spotkałam. Albo przynajmniej o tym nie wiem. Tak więc, nie oglądając się dłużej na ludzi i okoliczności, wzięłam urlop i postanowiłam odwiedzić koleżankę, która 3 miesiące temu dostała awans i przeprowadziła się do Brukseli. Karolina zawsze była dla mnie autorytetem, kimś w rodzaju starszej, wyzwolonej siostry, która wspaniale realizuje się zawodowo i osiąga to o czym ja w pewnym stopniu marze dla siebie. Przyjęła mnie z otwartymi ramionami, pustą lodówką i wspaniałymi perspektywami, które roztoczyła przede mną jak tylko samolot dotknął kołami płyty lotniska. Zanim jednak to nastąpiło, musiałam uporać się z nie lada problemami…

W przeddzień wylotu na lotnisku w Brukseli kontrolerzy lotu podjęli strajk. Belgia słynie ze strajków i głośnego wyrażania swoich poglądów, dlatego w kraju nikogo to nie dziwiło. Mnie mina odrobinę zrzedła, kiedy wieczorem zadzwoniła Karolina, mówiąc, że utknęła w Madrycie i nie może wrócić do Brukseli, ale żebym się nie martwiła, bo mnie odbierze kolega X i zawiezie do mieszkania Y, gdzie spokojnie będę mogła na nią poczekać. Trochę spięło mi to poślady, ale ok., przygodo trwaj. Oczywiście na miejscu okazało się, że Krzysiek (kolega X) jest przemiły i opiekuńczy, Karolina cudem dotarła i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie.

Obudziwszy się rano, pierwsze co zrobiłam to wyjrzałam przez okno. Widok niezły, szczególnie jak się spojrzy w stronę wielkiego gotyckiego kościoła, oddalonego od mieszkania jakieś 100 metrów. Oprócz tego to co rzucało się w oczy to obecność samych czarnoskórych na ulicy. Niby czarna dzielnica, ale dla Polki to zawsze jakaś nowość. Wieczorem jednak udało mi się uchwycić już bardziej belgijski krajobraz, siedząc nad białym piwem w pubie Belga, mieszczącym się na kultowym Place Flagey. Żeby oddać sprawiedliwość, muszę powiedzieć, że to wcale nie prawda, że każdy Belg jest nieziemsko przystojny. Na 10 napotkanych tylko 9 z nich było absolutnie powalających urodą, designem i ogólnym wrażeniem, jakie wywierali. Jeśli taka właśnie jest Bruksela to ja się stąd nie ruszam! W Polsce niestety wciąż funkcjonuje wśród heretyków przekonanie, że dobrze ubrany mężczyzna to gej. Poza tym uroda też niestety słabsza, mimo, że zdarzają się przyjemne wyjątki. Co jednak z tego, skoro na 1 faceta przypada kilka kobiet. Nic więc dziwnego, że nie robią oni nic, aby podnieść swoją atrakcyjność. Poziom desperacji wśród kobiet już i tak sięga zenitu.

Następny dzień spędziłam w całości na pieszym zwiedzaniu miasta. Architektura i mieszanka językowa, która do mnie docierała, automatycznie poprawiała mi nastrój. Jak dotarłam w końcu do Grand Place postanowiłam przetestować wszystkie lokalne przysmaki, czyli oczywiście czekoladki, ale także frytki i wafle, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Powiem szczerze, że jak tylko skosztowałam pierwszą pralinkę to nogi się pode mną ugięły. Jeśli wydawało mi się wcześniej, że znam dobrą czekoladę to byłam w błędzie. Z belgijską nic nie może się równać. Tak samo frytki, których osobiście fanką nie jestem, są wyśmienite. Po milionie spożytych kalorii doczłapałam się do domu, aby popić to wszystko malinowym piwem. Na dobre trawienie oczywiście przed wieczornymi eskapadami do Delirium, miejsca w Brukseli kultowego. W tym trzy poziomowym pubie można skosztować wszystkich piw świata, od czekoladowych, przez owocowe do waniliowych. Lokal olbrzymi, zadymiony i zatłoczony. Przeważali młodzi ludzi w doskonale dobranych ciuchach i wyczesanych fryzurach. Ja popijałam co rusz to inne piwo w towarzystwie Polaków, Serba, Belga, Rosjanina i Hindusa, spoglądając co chwilę na sufit, do którego były przyklejone kolorowe tace kelnerskie. Smakowe piwa są pyszne, ale niestety mają to do siebie, że szybko się „przepijają” i po kilku ma się już ochotę tylko na sen. Planowaliśmy rozbudzić się w pobliskim klubie, ale po godzinie zalegliśmy każde u siebie w ciepłym i co ważne, suchym łóżku.

Sobotę przeznaczyłyśmy na shopping w Antwerpii. Miasto piękne, zabytkowe (jak zresztą cała Belgia) i niezwykle wytworne. Moda oferowana w rodzimych markach nie porywała, ale stanowiła odświeżającą odmianę. Podobnie wieczór, jaki spędziłyśmy z Belgami i znajomymi Portugalkami, pijąc i przekrzykując się głupkowatymi anegdotami. Wieczór był przyjemny, ale niestety zakończony przedwcześnie, bo jeden z towarzyszy zaliczył po pijaku bliskie spotkanie z latarnią, co skończyło się 7 szwami na ostrym dyżurze. Wielkie było nasze zdziwienie, kiedy po godzinie napisał smsa, że jest już spowrotem w klubie. Przykładny flamandzki mąż i ojciec 2 dzieci.

Co ciekawe, nie doświadczyłam w Brukseli ani jednego kaca J Bardzo mnie to cieszyło. Dzięki temu mogłyśmy w niedzielę zwiedzić kolejne punkty wycieczki – Parlament Europejski i Komisję, Łuk Triumfalny a także toporne Atomium. Wspaniale było leżeć w październiku na trawie i nie zwijać się z zimna. Takie lenistwo jest na wakacjach wskazane.

Kolejne dni upłynęły na zakupach i pożegnaniach. Bez dramatów, bo planuję wrócić. Myślę, że nie zniosę więcej powrotów do kraju przy akompaniamencie oklasków. Skro w państwie ojczystym czuję się jak imigrant to może zagranico poczuję się jak w domu? Warto sprawdzić, prawda? Tym bardziej, że Bruksela jest naprawdę środkiem Europy, lepszej lokalizacji wymarzyć sobie obieżyświat nie może.