Alice in Warsawland: stycznia 2011

niedziela, 30 stycznia 2011

Oby do wiosny...


Niech już ta straszna zima się skończy! Ile można przedzierać się przez zaspy?! Na prawdę, w tym roku jak w żadnym dotychczasowym, starałam się nie wybrzydzać i znosić wybryki pogodowe godnie. Mówię jednak zdecydowane dość! Basta! VETO! Mam dość zamarzania rano, popołudniu, w nocy. Mam dość wydawania astronomicznych kwot na taxówki. Mam dość przesiadywania w zatłoczonych nastolatkami pubach i klubach. Dość duszenia się w palarniach (nawet jeśli sama nie palę to zawsze znajdzie się ktoś, komu trzeba dotrzymać towarzystwa!). W końcu, mam dość noszenia miliona warstw ubrań, szalika, czapki, rękawiczek i Bóg jeden raczy wiedzieć czego jeszcze! Chcę wyjść na dwór, usiąść na trawie, napić się na Powiślu Ciechana, pobiegać bez ryzykowania poślizgnięciem. Chcę założyć sukienkę i japonki, wrócić do domu spacerem, poczuć słońce na twarzy. Przestać żyć w ciemnościach jak nietoperz... Ja chcę wiosny :(

sobota, 29 stycznia 2011

O tropikalnym Sylwestrze słów kilka


Mówią, że lepiej późno niż później, dlatego nie zrezygnowałam z po-sylwestrowego wpisu i mimo, że z delikatnym opóźnieniem to podzielę się z Wami moimi wrażeniami.

Tytułem wstępu opiszę pokrótce mój stosunek do dnia 31 grudnia. Otóż uważam, że Sylwester to dziwny dzień. Wymusza na ludziach szampański nastrój i uczestnictwo w hucznych celebracjach, a tych wolących zostać w domu, milcząco napiętnuje. Pytanie co tu świętować? Fakt, że kolejny rok minął i jesteśmy coraz bliżej śmierci? Dla mnie to średnia okazja i nigdy za tym dniem nie przepadałam. Życiowa przekorność sprawiała jednak, że wszystkie moje Sylwestry były bardziej niż udane. Nie niszcząc tej tradycji tak samo było też w tym roku. Przepraszam, w minionym.

Meteorolodzy już od września straszyli nadchodzącą epoką lodowcową, w związku z czym łapiąc ostatnie promienie słońca rozmyślaliśmy nad wyjściem z tej patowej sytuacji. W końcu, wraz z grupą znajomych, wpadliśmy na genialny pomysł ucieczki w tropiki. A gdzie je najłatwiej znaleźć? Oczywiście pod Berlinem.

Tropical Islands to wielka balon pod którym w 30 stopniach można delektować się cieplutką wodą, piaskiem i koktajlami z parasolką w środku zimy. Gdy po całym dniu zwiedzania Berlina przekroczyliśmy próg raju poczuliśmy wręcz niebiańską błogość. Wskoczyliśmy w stroje plażowe i pobiegliśmy rozbić obozowisko na plaży, tuż nad brzegiem…basenu :) Piach był zimny, ale atmosfera wspaniała. Nad głowami latały nam papugi, wszędzie tliły się pochodnie. Las tropikalny pięknie pachniał. Nic więcej od życia nie potrzebowaliśmy. Lataliśmy na zmianę od jednego jacuzzi do drugiego. Roztapialiśmy się w saunach, chłodziliśmy w Morzu Południowym. Pływaliśmy w lagunie, zjeżdżaliśmy ze zjeżdżalni. Było naprawdę idealnie. Kapitalny relaks zaprawiony drinkami pitymi z bidonu. Żyć nie umierać. Po północnych fajerwerkach przenieśliśmy się stadnie na drewniane leżaki i po kolei zasypialiśmy.

Rano obudziło nas ostre słońce przebijające się przez przezroczysty namiot. Zapewniam Was, że nie ma nic lepszego od pobudki w tropikach! Przed przyjazdem na Wyspę planowaliśmy zaraz po Sylwestrze pojechać spowrotem do Berlina, jednak nie mogliśmy tak szybko rozstać się z atrakcjami w cieple. Nadrabialiśmy zaległości z dnia powszedniego podczas spaceru po Lesie Tropikalnym, a także bawiąć się jak dzieci na olbrzymim placu zabaw i biesiadując w restauracjach. Wieczorem udało nam się w końcu zmusić do wymarszu. Tylko dzięki temu, że Berlin nocą jest genialny nie doznaliśmy szoku termicznego, ani żadnego innego. Włóczyliśmy się po ulicach z kebabami w rękach. Odwiedzaliśmy stare kąty, zwiedzaliśmy muzea i galerie. Piliśmy piwo i zaśmiewaliśmy się do łez. Dwa dni później każdy z nas był już w swoim domu. Przykro było wracać, ale to co przeżyliśmy jest nasze! Jeśli każdy rok będzie się w ten sposób kończył to nie mamy się czym martwić.

środa, 26 stycznia 2011

Black Swan


Jestem wstrząśnięta.
Miałam pisać o wrażeniach z podróży, ale właśnie wróciłam z kina i jestem prawdziwie wstrząśnięta. „Czarny łabędź” przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Nie spodziewałam się tak dogłębnie poruszającego filmu, tak czarnego, przerażającego i pięknego zarazem. Jeśli kiedykolwiek miałabym myśleć o życiu tancerzy baletowych i atmosferze panującej podczas prób i występów, to właśnie w sposób jaki przedstawił to Aronofsky. Kruchość i okrutność. Odarty ze złudzeń realizm. Nieustający niepokój. Natalie Portman zjawiskowa, wręcz nieludzka. Ekspresją swojej gry aktorskiej prawdziwie wciska w fotel. Strach oddychać, żeby nie zaburzyć perfekcyjności emanującej z ekranu. Jestem nieprzerwanie oczarowana. Albo wręcz zaczarowana! Nie był to jednak przyjemny film. Nie powiem też, że był dobry. Jest tylko jedno słowo, które doskonale go opisuje. Arcydzieło! Obraz absolutnie i niepodważalnie wyjątkowy. Znakomity. Obsada dobrana idealnie. Vincent Cassel, Barbara Hershey i Mila Kunis nie do zastąpienia. Surowość ujęć. Zwracanie uwagi na drobne dźwięki takie jak strzelanie kości czy trzepot piór powodowała gęsią skórkę. Muzyka, ach muzyka. Czajkowski wydobywający najskrytsze pragnienia. Perfekcja w każdym calu. Nie warto nawet dłużej o nim pisać, bo słowa tych doznań nie oddadzą. Twórcy „Czarnego Łabędzia” mogą być z siebie dumni. Nie często ma się okazję tworzyć dzieła sztuki. Brawo!

Postanawiam poprawę...


Nic od dawna nie pisałam i postanawiam poprawę :-) Wszystko dlatego, że dane mi było trochę podróżować i siedzenie przy klawiaturce ograniczałam do minimum... Już za chwilę, za dni parę wszystko starannie zrelacjonuję! W sumie nie wiem nawet do kogo to piszę, być może jedynie do siebie, ale miałam potrzebę wytłumaczenia się z domniemanego lenistwa :-)

wtorek, 4 stycznia 2011

Święta, święta i po świętach...


Święta święta i po świętach. Corocznego zamieszania było co nie miara, w sklepach przechodziły trąby powietrzne, a w domach odbywało się masowe trzepanie dywanów. Duży zamęt i harmider, ale w rezultacie pierogi wynagrodziły wszelkie trudy. Szczególnie, że własnej roboty. W tym roku przeżyłam Święta wyjątkowo pogodnie i sielańsko, było dużo radości, niespodzianek i celebracji łóżka. Mam nadzieję, że nie tylko o mnie Mikołaj tak fachowo zadbał i Wy również mogliście cieszyć się pełnią szczęścia w towarzystwie najbliższych. Oby więcej było takich dni!