Alice in Warsawland: Z miłości do warszawskich autobusów

środa, 2 lutego 2011

Z miłości do warszawskich autobusów


Spędzam średnio 2 godziny dziennie na dojazdach i serdecznie tego nienawidzę. Już nawet nie chodzi o bezsensowną stratę czasu, ale o warunki jakie ZTM zapewnia podróżującym. Niczym glonojad przyklejony do ścianek akwarium, tak my przygnieceni do drzwi, kasowników lub innych pasażerów przemierzamy warszawskie ulice. Zanim jednak jest nam dane jechać wesołym chicken busem, to najpierw trzeba do niego wsiąść. A to, wbrew pozorom, wcale nie jest łatwe. Wszyscy bowiem tłoczą się przy wejściu, jako miejscu strategicznym, tworząc tym samym żywą przeszkodę nie do pokonania. Z tego powodu nie warto pastować butów przed wyjściem z domu, bo możemy być pewni, że zostaną zadeptane na amen. Jeśli przewozimy ze sobą coś cennego to lepiej to ukryć, ponieważ tłum stwarza idealne warunki dla pracy kieszonkowców. Gorzej oczywiście, gdy cała torebka jest wartościowa. Wtedy, podążając za moim przykładem, będziecie ją ze wzrokiem maniaka walecznie ochraniać przed wszelkiego rodzaju zagrożeniami.

Kolejnym cudownym czynnikiem motywującym do korzystania z dobrodziejstw komunikacji miejskiej jest smród. Tak, ludzie się nie myją. Tak, jest to obrzydliwe i trudne nawet do wyobrażenia, ale takie są fakty. A jak trafi się kurs wzbogacony o bezdomnego to poranne mdłości i trauma na resztę dnia murowane. W zimie dochodzi jeszcze aspekt ogrzewania, lub jego braku. I tak, albo jedzie się w saunie, albo w komorze kriogenicznej. Częściej jednak w saunie. W ciasnej, śmierdzącej, stojącej saunie klimatem z wagonów śmierci. Wrażenia i grypa następnego dnia – bezcenne.

Żeby jednak nie siać ponuractwa i nie kultywować narodowego pesymizmu na koniec oddam sprawiedliwość boskiemu ZTMowi. Gdyby Warszawa, zgodnie z europejskimi standardami, była prawidłowo skomunikowana i podróże nie zabierałyby połowy dnia, to nie mielibyśmy kiedy czytać książek! To co ostatnimi czasy zaobserwowałam to niezwykły wzrost poczytności literatury! Jeszcze kilka lat temu ludzie przeważnie słuchali jedynie muzyki płynącej z przenośnych odtwarzaczy MP3. Obecnie trend ten wyraźnie ewoluował i pasażerowie wrócili do pradawnych praktyk. Prawie wszyscy czytają! I to nie jedynie bezpłatne dzienniki METRO, ale książki. Prawdziwe, drukowane, często nawet grubsze niż 100 stron książki. Ba, raz nawet widziałam, że kobieta czytała Biblię! Jadłam wtedy nad jej głową Twixa, a ona zgłębiała księgi Mateusza. Prawdziwie mistyczna konsumpcja.

Reasumując – im gorzej tym lepiej! Im straszniejsze warunki będą panować w środkach transportu zbiorowego, tym więcej sposobów znajdą ludzie na odwrócenie swojej uwagi od rzeczywistych problemów. Będą wynajdywać coraz to dziwniejsze sposoby na izolację od czasowej przynależności do grupy. W mojej ocenie jest to smutne i pokazuje, że problemy leżą głębiej niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Z pewnością wiele osób czyta/słucha muzyki ponieważ to jedyne momenty, kiedy ma na to czas, ale wiele też robi to, aby ucieć przez kontaktem z nieznajomymi, aby ucieć w anonimowość. Takie jest moje zdanie, ale mogę się oczywiście mylić.

2 komentarze:

  1. Przeludnienie w Warszawie rzuca się coraz bardziej w oczy. Ale zaraz, zaraz, jak to twixa? Ciągle tylko czekolada! Opamiętaj się Ali :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Posypuję głowę popiołem ;] PLS FORGIVE ME!

    OdpowiedzUsuń