Alice in Warsawland: sierpnia 2012

środa, 8 sierpnia 2012

Call me maybe

„Emancypacja powinna polegać na tym, by wszystko, co jest naszym przyrodzonym bogactwem, otoczyć szacunkiem i kultywować. Należy mieć nadzieję, że kobietom nie uda się na zawsze wyprzeć swojej archetypowej zdolności do współodczuwania i tworzenia więzi. Choć zrozumiałe jest to, że współcześnie emancypujące się kobiety odcinają się od serca. Doświadczenie pokoleń uczy je, że to jest ich największa słabość – bezlitośnie wykorzystywana przez mężczyzn. Dlatego zachowują się podobnie jak mężczyźni. Ale czy rezygnację ze swoich naturalnych atrybutów można nazwać emancypacją albo wyzwoleniem?”

Takie pytanie stawia przed czytelnikami psycholog Wojciech Eichelberger w artykule „Targowisko niewolnic”. Według niego emancypacja, o którą tak zaciekle walczyły nasze przodkinie, cofa się. Obecnie, obyczajowe i społeczne równouprawnienie jest w znacznym stopniu wykorzystywane przez kobiety do naśladowania mężczyzn, do przejmowania ich najbardziej pierwotnych zachowań i instynktów. Eichelberger twierdzi, że nikt kobietom nie narzuca takiego stanu rzeczy i nie wymaga męskiego modelu zachowania. A ja się zastanawiam, czy aby na pewno?

Daleko mi do wojującej feministki, co więcej, zwykle zdecydowanie lepiej dogaduję się z mężczyznami, aniżeli z kobietami. Wynika to z prostego faktu, że kobiety przeważnie nie są szczere i nie potrafią się precyzyjnie wyrażać, nie są konkretne, mają skłonności do knowań. Mówiąc ogólnikowo rzecz jasna. Ja ze swoją szczerością i otwartością nie raz słyszała w pracy, że jestem zbyt szorstka, zbyt ostra. Ciekawe czy jakikolwiek mężczyzna usłyszał kiedykolwiek coś podobnego? To pierwsza z nierówności, którą widzę i która codziennie przyprawia mnie o ból głowy – nierówność na rynku pracy. My, kobiety, mamy pod górkę, zarówno jeśli chodzi o finanse, jak i o ograniczające nas konwenanse i stereotypy. Dlaczego tak jest wie każdy i nie ma co tematu drążyć. Chciałam go jedynie po raz kolejny wskazać.

Kolejna niby nie wymuszana przez mężczyzn, nie kobieca cecha charakteru to asertywność. Kobieta nie powinna być asertywna, powinna być uległa. Oczami wyobraźni widzę to oburzenie połączone z kpiną na Twojej twarzy czytelniku, ale czy naprawdę nie mam racji? Sądzę, że w głębi duszy większość mężczyzn tak właśnie myśli. Asertywność i skupienie się na rozwoju osobistym, idealizacja jednostki, to znak naszych czasów. Wcześniej liczyła się rodzina, dom, dobro wspólne, wspólna sprawa. Teraz, choćbyśmy nawet bardzo chciały, nie zawsze możemy sobie na tego typu myślenie pozwolić. Kobiety bowiem są uczone egoizmu, asertywności, zwał jak zwał, od mężczyzn właśnie. Niemal codziennie słyszę, czy to sama, czy w opowieściach znajomych, oświadczenia pokroju: „Mam taki moment w życiu, że nie interesuje mnie nikt, poza mną samym!”

Pytanie zatem, jak bardzo naiwne mamy być? Jak mamy kultywować nasze wrodzone cechy charakteru, skoro na każdym kroku spotykamy się z murem lub z symptomami chęci ich wykorzystania? Jedyne co możemy zrobić to zacząć grać według męskich reguł, bo niestety, ale biologicznie rzecz ujmując, to my jesteśmy na przegranej pozycji. To nam wiek nie służy, liczebnie to nas jest więcej, to nam bardziej zależy na przedłużaniu gatunku. I to nie jest mój wymysł. Przysięgam, że wielokrotnie dostawałam od kolegów dobre rady, żebym zachowywała się jak oni, olewająco, z nastawieniem tylko na siebie. Zgodnie z maksymą – miej wyjebane, a będzie Ci dane.

I teraz paradoks. Mężczyźni najpierw uczą nas swoich cech charakteru, żeby potem mówić, że ich zniewieściałość to nasza wina. Eichelberger pisze: „Nasilającą się epidemię męskiej impotencji i bezpłodności można interpretować jako przejaw biernej agresji wobec płci pięknej. Nie damy się upokorzyć waszą wyzwoloną seksualnością! (…) W tradycyjnej seksualnej grze kobieta powinna zaryzykować i pozytywnie odpowiedzieć na nieprzyzwoitą męską propozycję w nadziei, że jej piękno, ciepło i zaangażowanie rozbiją okowy krępujące miłosny potencjał serca kochanka.”

To wszystko bardzo piękne, ale jeśli już odwołujemy się do tradycji, to czy przypadkiem mężczyzna nie był odpowiedzialny za rolę głowy rodziny? Czy to nie mężczyźni starali się o kobiety, byli aktywni, chętni do działania, odważni? A teraz nie są, bo? Oczywiście, bo to wina kobiet. Nie ich, nie nasza wspólna, tylko kobiet. Wieje lekkim absurdem, nie sądzicie?

Oczywiście nie ma nic złego w kobietach lubiących seks i w mężczyznach, którzy nie chcą żyć w związkach. Problem jednak prawie zawsze polega na tym, że takie zachowania wynikają z różnych, nie rzadko trudnych doświadczeń. I tak jak mężczyźni zwykle nadużywają swobód seksualnych, bo jakaś zła kobieta zraniła wcześniej ich serce, lub chcą sobie coś udowodnić, to kobiety bawią się seksem, bo mogą, lub w oczekiwaniu na tego właściwego. I niby ludzie są obecnie szczerzy i grają w otwarte karty, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że na takich układach i tak zawsze ktoś traci. Bo ta szczerość taka grubymi nićmi szyta jest. I ciężko zachować wystarczający szacunek do drugiego człowieka, jeśli stawiamy siebie samego w centrum wszechświata.

Pamiętamy czasy w których w świadomości publiczno-społecznej istnieli głównie mężczyźni heteroseksualni. Potem pojawił się boom homoseksualnych, następnie metroseksualnych, a obecnie usłyszałam nowe, wdzięczne określenie – retroseksualnych. Czyli wracamy do korzeni. Na razie jednak widać to jedynie na zewnątrz, w postaci nieogolonych bród, nonszalanckich, post-hipsterskich „stylówek” i mrocznym spojrzeniu. Dobre i to, ale fajnie byłoby, gdyby Ci chłopcy przestali biadolić na kobiety i zaczęli zachowywać się jak mężczyźni, a nie rozbestwione dzieci. Ciekawe jak wtedy zachowywałyby się kobiety, czy ochoczo kultywowałyby empatię i troskę o partnera, czy wręcz przeciwnie, rozhasałyby się jeszcze bardziej? Jeśli psychologowie mają rację i androgenizm wśród kobiet, a męskie niewieścienie lub syndrom Piotrusia Pana wciąż będą ewoluować, w końcu ziści się scenariusz Juliusza Machulskiego. Sądzę jednak, że tego naprawdę nie chce nikt. Ani wyzwolone, wyemancypowane lub nie, kobiety, ani mężczyźni, jakkolwiek seksualni.