Alice in Warsawland: 2013

czwartek, 28 listopada 2013

Don Jon, czyli co się dzieje, gdy pornografia staje się sensem życia

Po czym stwierdzić, że film był dobry? To proste! Musi zostać w głowie dłużej niż do napisów końcowych. Przynajmniej tak uważałam kiedyś. Teraz dochodzę do wniosku, że pamiętamy głównie bzdury. Im oglądana przez nas treść jest głupsza, śmieszniejsza, bardziej kontrowersyjna – tym dłużej będziemy ją wspominać.

W zeszłym tygodniu obejrzałam film Don Jon. Kilka dni później wciąż o nim myślałam. Prawdopodobnie było to spowodowane faktem, ze chciałam napisać tę  recenzję, ale jest tez szansa, że nie był kinowym niewypałem. Czy warto zatem wydać 30 zł, żeby zobaczyć Don Jona na srebrnym ekranie? Odpowiedź jak to zwykle bywa, nie jest jednoznaczna.

Idąc do kina nie miejcie wątpliwości - Don Jon to typowy film nastawiony na zysk. Scenariusz został tak sprytnie skonstruowany, żeby przekaz trafiał do jak najszerszego grona odbiorców. Widzowie z mniej pofałdowanymi mózgami dostaną cycki, sex i fabułę rodem z Warsaw Shore, a Ci bardziej rozgarnięci będą doszukiwać się drugiego dna.

Czy drugie dno istnieje? 
I tak i nie. Film z założenia jest pastiszem. Pokazuje kim się staliśmy będąc pod wpływem wszechobecnej komercjalizacji życia i spłycenia relacji międzyludzkich. Pokazuje jak wulgarna seksualność reklam wyprasowała nam zwoje mózgowe, prymitywizując i upośledzając kontakty z innymi. Widzimy jak w głębokie wartości jakimi były czas z rodziną czy msze święte wkroczyła makdonalizacja i rutyna, czyniąc je komedią. Obiady z nieproszonymi gośćmi-  telewizorem i smartfonem czy automatyczne, bezrefleksyjne pokuty to dziś stałe punkty tygodnia, które nic już nie znaczą i nic nie wnoszą. Wspólny sex nie oznacza już kobiety i mężczyzny tylko mężczyzny i filmu pornograficznego. Wreszcie pokazuje jednostronną, egoistyczną farsę jaka zastąpiła związki partnerskie.
Czy naprawdę znikąd szukać nadziei?
Joseph Gordon-Levitt pokazuje nam, że wybawienie od spalających schematów może czaić się w najmniej spodziewanym miejscu i pochodzić z ręki najmniej podejrzewanych osób. Uczymy się, że budowanie relacji pod egoistycznie stworzony brief nigdy nie wychodzi, a związek to nic innego jak praca dwójki osób. Banał? Oczywiście, że tak, ale prawdziwy i bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, na czasie. Żyjąc w świecie instant każdy z nas chciałby natychmiast otrzymywać gotowy produkt, tymczasem Don Jon posługując się erotyczno-pornograficznym językiem pokazuje, że warto się czasem postarać i zapracować na coś cenniejszego.

Przemyślenia po seansie?

Kilka. Przede wszystkim uważam, że film jest nierówny. Pierwsza połowa jest spójna i dynamiczna, druga natomiast zmienia temperaturę i zniechęca oczywistościami. Zakończenie przyszło zbyt szybko, a zmiany w mentalności głównego bohatera pojawiły się spontanicznie i bez wysiłku. Widz może odnieść wrażenie, że życie jest strasznie proste, gdy tylko zacznie się myśleć, a jak wszyscy wiemy to nie do końca prawda. To wszystko sprawia, że szybko rozpędzona lokomotywa niebezpiecznie zwalnia przed końcem, pozostawiając pewien niedosyt. Na szczęście nie jest on tak wielki, żeby zniszczyć pierwsze wrażenie. Film warto obejrzeć, może niekoniecznie w kinie, ale nie jest to pusty przekaz. Dodatkowo hollywoodzka obsada w osobach Scarlett Johansson, Julianne Moore i wspomnianego już  Josepha Gordona-Levitta (który napisał też scenariusz i film wyreżyserował) zachęca, szczególnie, że zobaczymy ich w rolach dla siebie nietypowych. Don Jon to uniwersalna historia obyczajowa zrealizowana w dość nowatorski sposób, będąca gwarancją dobrej, aczkolwiek nieskomplikowanej rozrywki. Jeśli nie jesteście zbyt pruderyjni i nie męczą Was odgłosy filmów pornograficznych – polecam.


poniedziałek, 25 listopada 2013

Where shall we go now?

Gigantyczny karaluch na ścianie, szeregi pustych butelek po winie na dziedzińcu, lepkie od stęchlizny powietrze, ściany szczelnie pokryte grubą warstwą graffiti oraz mroczna atmosfera. W lecie zielone podwórze rozbrzmiewało muzyką techno, a w powietrzu czuć było zapach palonej marihuany. W zimie wszyscy zbierali się przy koksownikach i popijali tanie wino. Tacheles, czyli największy squat artystyczny w Berlinie, przez dwadzieścia dwa lata zachwycał i zatrważał każdego, kto odważył się przekroczyć jego progi. We wrześniu 2012 został zamknięty, a współtworzący go artyści rozbiegli się we wszystkie strony świata. Dokąd wyruszyli? Dlaczego zmuszono ich do eksmisji? Czy Berlin będzie teraz innym miejscem bez tej bohemy zagubionych dusz?
Kunsthaus Tacheles powstał na początku XX wieku jako luksusowy dom towarowy. W czasie drugiej wojny światowej został w dużej mierze zdewastowany i kwalifikował się do wyburzenia. Udało mu się jednak przetrwać do roku 1990 i po upadku muru berlińskiego został ponownie otwarty, tym razem jako Dom Sztuki Tacheles, stając się tym samym symbolem transformacji. Umiejscowiony przy Oranienburger Straße w berlińskiej dzielnicy Mitte, czyli w sercu stolicy, bił po oczach wszystkich tych, którzy wyznawali zasadę ordnung muss sein.
Od tamtej pory na powierzchni dziewięciu tysięcy metrów kwadratowych mieścił się nietypowy dom kultury. We wnętrzach dawnego domu towarowego urządzono pracownie artystyczne, galerie, kino, bar oraz miejsce dla eksperymentalnego teatru. Warto dodać, że od momentu powstania budynek ani razu nie był odnawiany. Większość zniszczeń nigdy nie została naprawiona, a z roku na rok budowla ubożała. W ostatnich latach Tacheles wyglądał jak posępna rudera, zarówno z zewnątrz, jak i od wewnątrz. Diaboliczny klimat był hipnotyzujący i niepokojący zarazem.
Tacheles zawsze był otwarty na nowych artystów. W zasadzie każdy twórca sztuk plastycznych mógł nadesłać swoją aplikację i jeśli rada artystyczna zaakceptowała projekt, to przez określony czas otrzymywał możliwość korzystania z pracowni, nie płacąc czynszu. Taka otwartość budowała wyjątkowe relacje, bliskość i nieskrępowaną wolność twórczą. Chodząc po Tacheles, czuło się nie tylko woń farby olejnej, kurzu i wilgoci, ale również frywolność, trud twórczy i codzienną walkę z artystycznymi demonami. Wiele można było bowiem Tacheles zarzucić, ale na pewno nie brak szczerości. To miejsce nie kłamało, nie serwowało sztuki łatwej i przyjemnej, ale obnażało ją do cna. Pokazywało ją w czystej formie, wraz z bagażem, jaki muszą nieść ze sobą artyści tam tworzący. To wszystko sprawiało, że nie można było przejść obok tego miejsca obojętnie, a wręcz chciało się do niego wracać.
Tacheles zamknięty. Dlaczego?
Oczywiście powodem były pieniądze. Idea wspierania sztuki współczesnej nie jest nastawiona na rynek, a walki developerów trwają. Wielu twierdzi, że chodzi o spekulacje na rynku nieruchomości i o gentryfikację, ale nikt tak naprawdę nie wie, co się wydarzyło. Na pewno tracą na tym sami mieszkańcy, bo zostali pozbawieni pierwiastka kulturowego. Sam projekt Tacheles jednak nie zniknął. Artyści zdecydowanie twierdzą, że ich jedność nie ograniczała się tylko do murów budynku i mimo eksmisji wciąż czynnie tworzą. Organizują wystawy w Neapolu, Poczdamie, w swoich prywatnych pracowniach, domach. Pracują nad stworzeniem książki o berlińskim Tacheles i czekają na to, co się dalej wydarzy.
W pierwszą rocznicę zamknięcia squatu odbyła się premiera filmu dokumentalnego Where shall we go now?, w którym możemy usłyszeć smutne głosy bezdomnych artystów. Są oni zaniepokojeni zauważalną obecnie w stolicy Niemiec tendencją, zgodnie z którą miejsca niemainstreamowe sukcesywnie się zamyka. Film jest wyrazem rozczarowania i braku pewności oraz wiary, że wszystko jest możliwe. Tacheles było oazą, bezpieczną przystanią, gdzie każdy (nawet niekomercyjny) twórca mógł zaistnieć.
Obecnie budynek przy Oranienburger Straße nie został jeszcze sprzedany, stoi pusty i straszy mieszkańców bardziej niż kiedykolwiek w przeszłości. Wyrzuceni artyści są rozgoryczeni i wciąż czynnie interesują się tematem. Wierzą, że będą mogli kiedyś wrócić do siebie, jednak władze póki co milczą. Prognozy są niejasne, decyzje miasta wymijające. Nikt nie chce odpowiedzieć na jedyne liczące się obecnie pytanie postawione w tytule filmu: Gdzie powinniśmy teraz pójść?


środa, 23 października 2013

Za garniturem panny sznurem


W efekcie kilku niewłaściwych decyzji podjętych dnia poprzedniego, bladym świtem rozegrał się prawdziwy dramat niedoczasu. Zaspałam! Wykonując wszystkie poranne czynności w przyśpieszonym tempie, po kilkudziesięciu minutach mogłam już umiarkowanie wygodnie odsypiać w tramwajowym fotelu, sporadycznie tylko ofukiwana z dezaprobatą przez moherowe babcie. Zaspanie będące z gruntu niemiłym doświadczeniem, miało jednak jeden plus. Dzięki niemu spotkałam koleżankę z liceum, której nie widziałam od czasu zdania matury. Wysiadając z tramwaju w biegu rzuciła „Spotkajmy się!”, by później na Facebooku ustalić szczegóły.

Spotkanie wypadło nadzwyczaj sympatycznie, czułyśmy się jakbyśmy nie widziały się raptem kilka dni, a nie lat. Nadrabiając zaległości wymieniałyśmy się historiami z obecnego życia, w tym również zaskakując się smaczkami z realiów biurowych. Kasia zwierzała się, że jak pracowała do 3 nad ranem, a następnego dnia przyszła na 10:00 do pracy to dostała reprymendę, że „Co tak późno?”! Widząc moją zniesmaczoną minę dodała pośpiesznie, że spokojnie, to nic dziwnego, bo tego typu sytuacje są u niej standardem. Przełożeni chorobę klasyfikują jako wstydliwą ułomność, wyjście do lekarza jako przejaw użalania się nad sobą, a sen za fanaberie. Dodam, że jej gułag to kancelaria prawnicza, a w wolnych chwilach (których jest niewiele) odreagowuje oglądając serial o światku reklamowym Mad Med. Ja znajduję się w przeciwległym narożniku, pracując jako copywriter uwielbiam natomiast serial o rekinach sal sądowych Suits. To skłoniło mnie do myślenia… 
My, ludzie, lubimy podglądać standardy życia po drugiej strony wzgórza, patrząc nie tyle czy trawa jest tam bardziej zielona, ale podnosić się na duchu wizją, że panuje tam jeszcze większy nieurodzaj niż u nas! W chwilach biurowego zwątpienia, zawsze możemy sobie powiedzieć „Dobrze, że nie jestem prawnikiem”. Skupmy się jednak na serialu, bo to o nim chcę napisać kilka słów.

Suits to opowieści o krawaciarzach z Manhattanu, którzy wkładając garnitury nabierają super mocy. Kodeksy nie mają dla nich żadnych tajemnic, umiejętności analitycznych pozazdrościłby im sam Dr. House, a przebiegłości mogliby uczyć gospodynie z Wisteria Lane. Do tego Ci super ludzie są czarujący i zabawni, ultra wystylizowani, zgrabni i wysportowani (mimo, że pracują 24/7), bogaci, oczytani i wzbudzający podziwu. W skuteczności natomiast zawstydzają nawet Lorda Tywina Lannistera. Jak zatem możecie zauważyć, „they have it all”.

Głównym bohaterem jest przystojny i niezwyciężony w grze na strategie i argumenty Harvey Specter, wdzięcznie grany przez Gabriela Machta. Ów aktor, większości widzów jawiący się jako odkrycie, już wcześniej miał swoje serialowe i kinowe epizody, ale dopiero w prawniczej serii zagrał pierwsze skrzypce. Ja osobiście kojarzyłam go z krótkiej scenki z Seksu w wielkim mieście, gdzie zagrał mężczyznę uzależnionego od spotykania się z modelkami – modelizera. Fascynujące…

To o co tym prawnikom właściwie chodzi? Już pośpiesznie tłumaczę. Harvey Specter jest jednym z najlepszym prawników na Manhattanie, a jego główną ambicją jest ujrzenie swojego nazwiska w nazwie kancelarii w której pracuje. Jest typem zadufanego w sobie samotnika, który ma świadomość, że doskonale wygląda i jest genialny w tym co robi. Nie znosi podporządkowania i zawsze, ale to zawsze podąża własnymi ścieżkami. Z pozoru egoista i narcyz, czasem ma przebłyski empatii i ludzkich odruchów. Jednym słowem jest mężczyzną o którym marzą kobiety, a którego jednocześnie żadna nie chciałaby poślubić.

Jego prawym skrzydłowym jest bystra i wszystko wiedząca sekretarka o wybitnej intuicji, Donna, szefową zaś drapieżna i wyrachowana Jessica Pearson. Do grona antyfanów Harveya należy zaliczyć kolegę po fachu Louisa Litta, którego nieskrywana niechęć wynika głównie z zazdrości, kompleksów i postawy aspołecznej. Louis po prostu woli towarzystwo kotów niż ludzi.

Akcja zawiązuje się już w pierwszym odcinku pierwszej serii, gdy Harvey zmuszony do ogłoszenia rekrutacji na swojego asystenta, w efekcie kilku zbiegów okoliczności poznaje Mike’a Rossa. Mike jest nikim innym jak geniuszem, który obdarzony fotograficzną pamięcią odrobinę się zagubił paląc trawę i handlując kluczami do testów egzaminacyjnych. Poznając bezczelnego Harveya dochodzi jednak do wniosku, że nikt inny wcześniej mu tak nie zaimponował i chciałby dla niego pracować. Nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że Mike nie jest absolwentem Harvardu, a kancelaria Pearson Hardman rekrutuje tylko najlepszych. Mike musi zatem skłamać i na gruncie wielkiego przekrętu zawiązuje się cała intryga.

Dlaczego warto oglądać? 
Siłą napędową serialu są bez wątpienia wyraziste postaci, jak również ciekawy prawnicze case’y i logiczna fabuła. Dialogi są dynamiczne i błyskotliwe, sceny nie są przedłużane, akcja, mimo iż odbywająca się w biurowcach lub na salach sądowych jest wartka i wciągająca. Bohaterzy są wielowymiarowi, prawdziwi, nie ma podziału na dobrych i złych. Wszyscy są tak samo zmęczeni, samotni i skomplikowani. Harvey sprawiający wrażenie złotego dziecka tak naprawdę zaprzedał duszę korporacyjnemu diabłu i firma jest całym jego życiem. Serial nie jest cukierkowy, mimo, że czasami razi „idealnością” i przysłowiowym spadaniem na 4 łapy. Pierwszy sezon jest zdecydowanie bliski ideału, późniejsze niestety od niego odbiegają, ale w dalszym ciągu warto przeznaczyć na niego tę godzinę tygodniowo i śledzić losy bohaterów. Warto podglądać nowojorskich rekinów biznesu, którzy żyjąc na najwyższych piętrach biurowców, zapominają czasem jak twarde bywa stąpanie po padole ziemi.


piątek, 20 września 2013

"A może by tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady?"


Rzucili pracę i stabilne życie, żeby spełniać marzenia. Wyjechali z Polski, imają się czysto zarobkowych zajęć, by prowadzić mniej skomplikowane życie. Wreszcie czują się szczęśliwi. Bohaterowie.”

Każdy z nas łyka tego typu historie bardziej zachłannie niż wynurzający się na powierzchnię nurek głębinowy powietrze. Powtarzamy obiegową opinię, że wiele trzeba było odwagi, aby postawić wszystko na jedną kartę i przebojem zmienić swoje dotychczasowe życie. Podziwiamy ludzi, którzy w spektakularny sposób realizują swoje marzenia. Zazdrościmy im charyzmy, środków, wyobraźni. Ja nie jestem tu wyjątkiem, też tak czuję, tylko jednocześnie mam wątpliwość czy zwiedzanie świata kosztem siedzenia w dusznym biurze to prawdziwy powód do podziwu? Do zazdrości tak, ale do podziwu? Czy prawdziwej odwagi nie wymaga od nas właśnie decyzja o życiu poddanym mniejszej lub większej rutynie? Bo nie oszukujmy się, zwiedzanie świata jest jednak znacznie ciekawsze i chyba nikogo nie trzeba do tego zachęcać, a wytrwałość w biurowej rzeczywistości to dopiero szlifowanie siły charakteru.

Codziennie w drodze do pracy mijam Dworzec Centralny. Przechodzą
c przez podziemia widzę podróżnych, ich bagaże, bilety, paszporty. Wysłuchuję informacji kolejowej i przysięgam, że nie ma dnia w którym nie myślałabym o rzuceniu wszystkiego i ucieczce. Codziennie chcę wsiąść do przysłowiowego pociągu byle jakiego i przełamać rutynę pobudek o 7:15. Pojechać gdziekolwiek, byle dalej stąd, bo wszędzie przecież jest dobrze, gdzie nas nie ma. Co ciekawe, ja szczerze lubię swoją pracę, ba, prawdopodobnie to moja najfajniejsza praca jaką kiedykolwiek wykonywałam. Lubię w niej wszystko i wszystkich, nie denerwuje mnie praktycznie nic. Mimo tego nie potrafię uciszyć w głowie tych głosików, które raz nieśmiało, innym razem całkiem zdecydowanie powtarzająWyjedź!”.

Zastanawiam się
 czasem, czy gdybyśmy urodzili się w innym czasie i miejscu to czy bylibyśmy innymi osobami? Niepoliczalny zbiór możliwości nęci, robiąc bardziej wrażliwym ludziom dziurę w mózgu, uniemożliwiając im dokonywanie wyborów. Bo przecież, gdy nic nie jest pewne, wszystko jest możliwe… Wielu z nas marzy o czystym rozdaniu. O nowym początku, w którym nie ma ograniczeń, a każda decyzja jest możliwa. Obiecujemy sobie, że mając drugą szansę wykorzystalibyśmy ją do cna, nie marnując ani chwili. Łudzimy się, że dokonywalibyśmy tylko właściwych wyborów. Smutno nam, że życie szybko ucieka, a my uwikłaliśmy się w zobowiązania. Albo wręcz przeciwnie, że nic nas nigdzie nie trzyma i nie możemy zapuścić korzeni. Pełna ambiwalencja uczuć rozdziera nam głowę.

Czy do obowią
zków, rutyny i "dorosłego" życia można się przyzwyczaić? A może ludzie dzielą się na dwa rodzaje - na tych spokojnych, którzy trochę bezrefleksyjnie, a trochę dojrzale i zdrowo biorą każdy dzień takim jakim jest i na tych wiecznie niespokojnych duchów, którzy będąc w jednym miejscu, chcieliby być jednocześnie w innym? Sama zadaję sobie to pytanie, przeglądając jednocześnie promocje biletów lotniczych na koniec świata…

niedziela, 28 lipca 2013

Z Heinekenem na otwartym powietrzu


Co roku zarzekam się, że moja noga więcej na tym dziurawym i podmokłym lotnisku nie postanie i co roku, z godną podziwu wytrwałością łamię własne przyrzeczenia. Zamiłowanie do koncertów po prostu zmusza mnie, żeby do Kosakowa wracać. Żadna to Couchella czy Glastonburry, chociaż cenowo na pewno ich goni, ale jednak atmosfera jest dobra. Momentami bardzo dobra. Zresztą, co mogłoby się nie podobać, gdy przez 4 dni słyszy się muzykę na żywo? Już trzy tygodnie po fakcie, ale hołdując zasadzie, że lepiej późno niż później, opowiem kilka słów o blaskach i cieniach Heineken Open’er Festival.

W tym roku przeżyłam swoją  campingowa inicjację. Z wrodzonego wygodnictwa i delikatności (której Księżniczka na ziarnku grochu by się nie powstydziła), a także z głębokiej awersji przed robactwem, stroniłam w przeszłości od tego typu noclegów. Wiedziona jednak znakomitymi prognozami pogody, niską ceną i faktem, że zdecydowałam się na wyjazd w ostatniej chwili, postanowiłam poszerzyć biwakowe horyzonty i nocować pod przysłowiowym „gołym niebem”.
Wyjeżdżając w środę po 20:00, wiedząc, że 1 dzień festiwalu i tak przegapimy, staraliśmy się nadgonić stracony czas, osiągając na autostradzie prędkości startującego samolotu. Dojechaliśmy przed 1:00 w nocy i w asyście nieocenionych znajomych rozpoczęliśmy poszukiwania idealnego miejsca na rozbicie M1. Wymarzona spot strategicznie położony tuż przy ścieżce, który sobie nielegalnie poszerzyliśmy przenosząc ogrodzenie z taśmy, z widokiem na łąkę, okazał się strzałem w 10. Wbiwszy kamień węgielny pod postacią śledzia, poszliśmy zwiedzać okolice, czyli odwiedzać pozostałych znajomych w namiotach i pić bruder shafty. Gdy zaczęło świtać, popełzliśmy do namiotu.

Ku mojej uciesze, spało się wybornie! Faktycznie, pierwszego dnia miałam pewien problem z hałasem i upałem, który o 6 rano przemocą eksmitował nas ze środka, bezczelnie podkręcają temperaturę do 40 stopni, ale generalnie było bosko. Ciepło, sucho, miękko, bez robali, bajka. Łąka tuż obok, więc nie czuliśmy ścisku i tłoku, mieliśmy swoistą przestrzeń i prywatność. Nieopodal znajdował się parking – nasza śniadaniownia (śniadania, które z prawdziwą pieczołowitością przygotowałam przed wyjazdem smakowały wybornie - pasztet, pomidor, chleb, sok, serki topione, kabanosy i czekolada). Z drugiej strony, tez o rzut kamieniem, znajdował się kącik sanitarny. Ciągi blaszanych zlewów, toi toi, pryszniców z zimna woda i płatnych kabin z ciepłą (3zl). Wszystko wystarczająco blisko, żeby się nie zmęczyć na przymusowych spacerach, ale dostatecznie daleko, żeby nie odczuwać irytacji nieustannymi pielgrzymkami open'erowiczów. 

W ogóle Open'er ma 3 znaki szczególne- miliony toi toi, niekończące się kolejki do wszystkiego i niedziałające telefony. Jak raz się z kimś rozdzielicie, to o ile przypadkiem później na siebie nie wpadniecie, nie ma szans na komunikację komórkową (w tym miejscu pragnę podziękować mojemu niewywiązującemu się z umowy operatorowi Orange). 

Wracając jednak do pola namiotowego, to o ile pogoda dopisuje, a w tym roku było bezbłędnie, nie wyobrażam sobie lepszego rozwiązania noclegowego. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – olbrzymia oszczędność czasu i sił. Z radością stwierdzam, że był to mój najbardziej wyluzowany Open'er, podczas którego po raz pierwszy nigdzie nie musiałam pędzić, spoglądając co chwilę z przerażeniem na zegarek. Jedynym minusem jest brak normalnych toalet, może w przyszłości ktoś zadba i o tę, niechlubną część ;)

Dość zachwytów o noclegu, czas napisać kilka słów o lineupie. Tutaj następuje rozczarowanie, z przykrością stwierdzam, że muzycznie był to najsłabszy od 5 lat festiwal. Lineup mocno rockowy, co broń Boże nie jest minusem, ale trochę niedopasowany do rodzaju odbiorców, w dodatku nieumiejętnie rozplanowany godzinowo i niedopasowany do scen. The National na scenie głównej jako ostatni koncert piątku - prawie wszyscy zasnęliśmy, mimo, iż był to jeden z najlepszych koncertów. Steve Reich jako koncert zamykający - totalna pomyłka, bo nawet jeśli ktoś chciał tam być, to albo zamarzł, albo zasnął! Plan środowy, czyli pierwszo-dniowy był petardą, podczas, gdy kolejne dni miały może po 1-2 naprawdę dobre pozycje. Koncerty były mało angażujące i zagrane poprawnie, ale beznamiętnie. Oczywiście Queens of the Stone Age dali czadu, podobnie jak Skunk Anansie, gdzie niedoścignioną w wariactwie scenicznym Skin po prostu roznosiła energia, ale to za mało jak na cały festiwal. Swoją drogą Skin, już drugi raz na Open’erze, zawsze daje z siebie 120% procent i jest jak dynamit!

Największe rozczarowanie? King of LeonCaleb Followill nie wykazywał minimum zainteresowania publicznością, zerowa chęć do interakcji. Grali 1:1 jak z płyty, bez wysiłku, bez polotu. W dodatku koncert przyciągnął najgorszą możliwą publikę, świnopasów, dresiarzy i największych prostaków z całej Polski. Atmosfera koszmarna, ludzie zachowywali się gorzej niż na dożynkach w Nashville. Wielkie, wielkie zło! Przyznaję, że nie jestem oddaną fanką, ale jednak czasem lubię ich sobie w domu posłuchać i nigdy bym nie przypuszczała, że ich muzyka trafia do tak mało wyszukanych odbiorców.

Nie pozwoliłam na szczęście, by to złe wrażenie zepsuło mi ogólny odbiór Open’era. Było ciepło, fajnie, wesoło. Obyło się może bez momentów zapierających dech w piersiach, czy historiach, które moglibyśmy opowiadać później znajomym na imprezach, ale dało się w przyjemny i relaksujący sposób odpocząć. Tego mi było trzeba, tego oczekiwałam i nie zawiodłam się. Pewnie pojadę też za rok. 

W nocy się bawimy, w dzień śpimy:)
Cocaine&Cavior
Caipirinha najlepsza na upał na plaży
Startujemy!
Poranek w namiocie
KOL - bleeee
Amber Gold <3 Bogactwo!
Nasza ulubiona kawiarnio-restauracja w Gdyni - Lavenda Cafe Galeria.
Gdynia zachwyca reklamą w najgorszym guście
Skin
Kącik do ładowania telefonów - jak zwykle chcieli dobrze, a wyszło jak zwykle - część kontaktów nie działało, a to był jedyny punkt na całe pole namiotowe...
Drzemka przed The National
Szymuś:)
Arbuz z Brazylii