Alice in Warsawland: lutego 2013

poniedziałek, 25 lutego 2013

Likers gonna like

W przestrzeni społecznej pojawią się coraz to nowe zjawiska. Ostatnimi czasy najmodniejsza stała się pochwała wszystkiego i nienawiść wobec nienawistników. Nadszedł zmierzch ery haterów a niszę po nich przejmują likersi. W opozycji do swoich poprzedników nie charakteryzują się brakiem inwencji własnej, natomiast olbrzymią część energii skupiają na zachwycaniu się wszystkim. Padającym z ich ust i spod ich klawiatury "ochom i achom" nie ma końca! Skąd ta skrajność w reakcjach społecznych i dlaczego ludzi jest tak łatwo zachwycić?

Za haterami nikt nie przepada, nikt też za ich zmniejszoną aktywnością nie będzie tęsknić. Grono anonimowych wampirów emocjonalnych od zawsze karmiło się energią ludzi, którzy pragnęli w swoim życiu coś stworzyć, wykazywali się inicjatywą i odwagą, aby podzielić się z innymi swoją twórczością. Jak to z gustami bywa, owa twórczość raz bywała miałka, innym razem zachwycająca, ale za każdym razem znajdowała negatywnych recenzentów zgodnie z prawdą objawioną, że „tylko Ci, którzy nie robią nic nie będą krytykowani”. O ile merytoryczna krytyka jest budująca i mile widziana, to bynajmniej nie ona wypływała spod przepełnionych jadem (jakże kocham ten zwrot!) komentarzy od anonimowych autorów. Zjawisko haterstwa znane jest wszystkim twórcom, każdy zmagał się  z przykrościami, którym byli winni i uczył się sobie z nimi radzić. Z czasem ich działalność przestała być magiczna i nastąpiła degradacja mocy hejterów. A ponieważ natura nienawidzi próżni pojawiła się natychmiast nowa grupa, nazwana od przycisku z podniesionym kciukiem w geście aprobaty na Facebooku – likersów.

Kim są likersi? To osoby, zarówno twórcy jak i opiniodawcy, których naczelnym zadaniem jest zachwycanie się. Można ich porównać do klakierów, tylko, że likersom nikt za pozytywne komentarze nie płaci. Przynajmniej oficjalnie. Teoretycznie oni z własnej i nieprzymuszonej woli postawili sobie za punkt honoru lubić każdą, nawet najmniejszą inicjatywę innych. Jeśli sami też są twórcami to obowiązkowo muszą lubić swoich konkurentów w danej dziedzinie. Na słowa krytyki reagują w sposób politycznie poprawny i PRowo wyuczony – przyjaźnie! Wymyślili sobie ripostę idealną, którą recytują bez mrugnięcia okiem - "Każda krytyka to efekt zazdrości i płytkości autora i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością." Trzymają zgodny front, że każdy powinien mieć prawo do, i tutaj modny zwrot, „realizacji marzeń”, nawet jeśli forma tej realizacji jest obiektywnie rzecz ujmując paskudna.

Jak zatem odnaleźć się w gąszczu podziałów i moderowanych dyskusji? Czy każda krytyka oznacza haterstwo? Czy naprawdę należy wszystko bezkrytycznie podziwiać w imię ślepej pochwały jakiejkolwiek aktywności? W środowisku artystów i autorów niestety ale ten trend jest bardzo żywy. Negatywnie patrzy się na osoby, które nie omdlewają z zachwytu na widok kolejnej premiery filmowej czy literackiej, kreacji oscarowej, wpisu blogowego czy publikacji w kolorowym magazynie. Co się stało ze zdrowym krytycyzmem, wysokimi standardami i szczerością? Czy tylko poklepywanie po plecach obecnie się opłaca? Dlaczego nastąpiła ta swoista zmowa milczenia? Czy naprawdę nikogo już nie stać na szczerość nie podszytą złośliwością? Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii na ten temat!

piątek, 22 lutego 2013

Robota głupiego

Zmiany, zmiany! Następują nieuchronne w życiu każdego człowieka i nie ma co się na nie boczyć. Ja osobiście zmiany uwielbiam i również na tę obecną cieszyłam się nieopisanie. Wraz z nowym rokiem, początkowo ociężale i leniwie rozpoczęłam szukanie nowej pracy. Każdy pewnie ten proces zna z autopsji (oprócz rentierów;) i wie, że wysyłanie CV i chodzenie na rozmowy kwalifikacyjne to nie czas, którego wyczekuje się z utęsknieniem. Jest to raczej proces żmudny i stresujący, ale jak to mówią cel uświęca środki. Człowiek na pewno się czegoś uczy i ma szansę poznawać ludzi, co akurat dla mnie jest niezwykle cenne. Uwielbiam się z ludźmi komunikować, poznawać ich punkty widzenia, szczerze rozmawiać. Bez wątpienia rozmowy kwalifikacyjne poszerzają horyzonty, ale są też takie, które mogą człowieka zadziwić, czasem załamać, a najczęściej wywołać tak osobliwą reakcję, że ciężko nawet mnie ją opisać. Przytoczę zatem kilka bezcennych dialogów, które wywołały na mojej twarzy osobliwy grymas, a mnie samą wprawiły w niekłamaną konsternację. Bardzo proszę:

Ona: Jestem zafascynowana Pani blogiem, pisze Pani pięknie, zdania są przemyślane, wspaniałe! Chciałabym, aby zajęła się Pani naszym blogiem, stworzyła strategię rozwoju dla projektu i tworzyła na jego potrzeby autorskie teksty kilka razy w tygodniu.
Ja: Dziękuję, bardzo chętnie. Prześlę zatem swoją propozycję współpracy.
Ona: Doskonale!
Po tygodniu
Ona: Chyba się nie zrozumiałyśmy co do wynagrodzenia. To jest projekt charity i wszyscy pracują charity, you know?
Ja: Czyli chce mi Pani powiedzieć, że nikt na tym projekcie nie zarabia, łącznie z Panią?
Ona: Przepraszam, ale chyba nie rozumiem…
---
Ona: W sumie to nie mam dla Pani żadnej propozycji pracy, ale jestem fanką Pani bloga i chciałam jakoś Panią skusić do spotkania! To co tam słychać?
---
On: Lider zespołu zajmowałby się komunikacją z klientami, przynoszeniem briefów, wymyślaniem do niego koncepcji kreatywnych, briefowaniem grafików, nadzorem nad grafikami i programistami, obsługą Facebooka, analizami w Excelu… Czy coś pominąłem…?
Ja: Czyli szuka Pan Copywritera, Account Managera, Project Managera, Content Designera i Analityka w jednym?
On: W zasadzie tak.
Ja: I jak ta osoba miałaby sobie z tym poradzić w 8 godzin?
On: Nieeee, no jak w 8 godzin? 8 godzin to w biurze się pracuje, a potem wraca do domu i pracuje z domu.
---
On: W sumie to nie przeczytałam nawet Pani CV i nie wiem co miałaby Pani u nas robić, ale ma Pani takie ładne włosy…
---
Ona: Czy planuje Pani zajść w ciążę? Bo jeśli planuje to Pani w najbliższych trzech latach to muszę Panią uprzedzić, że u nas jest to niemile widziane, bo kobiety na macierzyńskim są nieekonomiczne dla firmy.
---
Ona: Jaką chciałaby mieć Pani umowę?
Ja: Preferuję umowę o pracę.
Ona: Pazernie trochę…


I jeszcze kilka przykładów z życia znajomych, nie tylko z rozmów kwalifikacyjnych, ale również z pożycia z szefem.

Pani z HRu: Ma Pani dziecko, już? A co jakby to dziecko było chore? Nie pójdzie Pani do pracy? Albo jak zadzwoni z płaczem?
Ona: Nie zadzwoni, jeszcze nie mówi…
Pani z HRu: Całe szczęście…
---
Szef: Sebastian, jest 17:30, gdzie idziesz?
Sebastian: Do domu.
Szef: Ale mamy spotkanie!
Sebastian: Tak, ale miało być o 14. Teraz jestem po pracy i idę do domu, mam wiele spraw do załatwienia.
Szef: Sebastian, raczysz żartować. Jakie Ty masz priorytety i organizację czasu?
Sebastian: No właśnie jestem świetnie zorganizowany - od 9 do 17:30 pracuję na etacie, a potem załatwiam prywatne sprawy.
Szef: Jesteś nieprofesjonalny!
Sebastian: Dobrze, a czy godziny nadliczbowe będę mógł odebrać, albo czy dostanę za nie wynagrodzenie?
Szef: Nie...
---
Szef: To, że podpisaliśmy umowę na czas określony wcale nie oznacza przecież, że będziesz ten określony czas pracować. To taka wskazówka tylko jest, hello!
---
Szefowa: Jeśli chcesz podwyżkę to ok, ale będzie ona na umowę o dzieło z innym podmiotem niż Ty! Tylko cicho...
---
Szef: Odnoszę wrażenie, że nie cenisz swojej pracy, bo nie chcesz pracować darmowych nadgodzin...


Komentarz chyba jest zbędny. Coś przedziwnego dzieje się na polskim rynku i mam nadzieję, że ta tendencja z czasem się odwróci. Kryzys kryzysem, ale NA BOGA? ;-)


wtorek, 19 lutego 2013

Bądź chwalipiętą

„Oczekuję od pracodawcy dwóch rzeczy – żeby mi płacił i żeby mnie chwalił.”

Mój kolega nie ma złudzeń. Wie, że spośród szerokiego wachlarza czynników motywacyjnych podnoszących jakość pracy, dwa liczą się najbardziej. Ten pragmatyczny, czyli godne wynagrodzenie za wykonywane czynności oraz empiryczny, czyli pochwały za dobrze wykonane zadania. W Polsce pokutuje przekonanie, że najlepsze efekty uzyskuje się dzięki metodzie marchewki i kija, ale na szczęście trendy powoli się zmieniają. Niezależnie od dziedziny specjaliści zauważają, że ludzie są zdecydowanie bardziej wydajni w działaniu, jeśli motywacja jest pozytywna aniżeli negatywna. Widać to zarówno w walce o lepszą figurę (tutaj prym w nagradzaniu wiedzie Ewa Chodakowska, ciepło i merytorycznie zagrzewając dziewczyny do ćwiczeń, ale też autorki fan page’u Fanatycy Sportu udowadniają, że pokazywanie wzorów do naśladowania daje lepsze rezultaty niż straszenie otyłością) jak i w coachingu czy każdej liczącej się dla nas sferze działań.

Docenienie i pochwała mają niewiarygodnie silną moc sprawczą. Pomagają utwierdzić się w przekonaniu, że to co robimy ma sens i jest zauważone, że nie marnujemy czasu. Dodaje nam odwagi w momentach zwątpienia i wspiera w działaniu. Słysząc tylko krytyczne uwagi i ciągłe niezadowolenie, czy to szefa, partnera czy rodzica, coraz trudniej znaleźć w sobie siłę do pobudki z uśmiechem w dniu następnym. A o włączeniu komputera z przekonaniem o wartości wykonywanej pracy nie wspominając. Zaczynamy wierzyć w to, że jesteśmy beznadziejni i nic nie warci. Błąd!

Pozytywna motywacja działa na każdego niezależnie od wieku. Nie ważne czy mamy rok i dziadkowie biją nam brawo za postawienie pierwszych kroczków, czy właśnie dostaliśmy się do wymarzonej pracy lub mąż pochwalił nas za wyśmienite żeberka w miodzie. Komplement od autorytetu, najlepiej jeśli merytoryczny, wprowadza w ruch całą machinę hormonalną, która chemicznymi sztuczkami przywołuje szeroki i szczery uśmiech na naszej twarzy. „Super, udało Ci się błyskawicznie umyć naczynia!” żona chwali, a mąż dumny jak paw i merdający ogonkiem niczym Golden Retriever z reklamy Pedigree zapomina o tym, że zmywanie jest nudne i jedyne o czym marzy to o kolejnej dawce brudnych garów i kolejnej pochwale. Gdyby natomiast ta sama żona skomentowała mycie naczyń jako powolne i niedokładne, ten sam mąż szybciej kupiłby zmywarkę niż raz jeszcze naraził się na widok jej karcącego grymasu na twarzy. Gorzej, gdyby nie byłoby go stać na zmywarkę lub miał leniwego psa, niedokładnie zlizującego resztki z talerzy. Albo kota z godnością, gardzącego ludzkim pożywieniem. Dramat goni dramat! O ile łatwiejsze staje się zatem życie z pochwałami?

Proces pochwał i nagan zaczyna się już w dzieciństwie. To wtedy rodzice wybierają jaką ścieżkę rozwoju chcą zastosować podczas wychowywania swojego klona. Zdarza się, że opiekunowie nie zawsze wystarczająco dużo chwalą swoje dzieci. Część z nich nie chce rozwydrzyć swoich pociech, a inni boją się, że nadmierna aprobata rozleniwi je lub sprowadzi na nie niechęć otoczenia (kiedyś mówiono o urokach ;). Wolą stawiać na mobilizującą, ich zdaniem krytykę, która pozwoli dzieciom co i rusz przekraczać kolejną granicę ograniczeń. Na niektórych to działa, u innych jednak może spowodować obniżenie poczucia własnej wartości. Nieustanna i zawsze obecna krytyka, nawet jeśli wypowiada w dobrej wierze i z życzliwych przesłanek może działać demotywująco i powodować strach przed kolejnymi próbami działań. Dziecko boi się, że nieważne co zrobi nigdy nie sprosta wysoko postawionym oczekiwaniom. Dorasta w tym przekonaniu stając się nieudolnym dorosłym. Nie ma złotych rad i idealnych rozwiązań, podręcznika jak należałoby postępować, ale najważniejsze jest zachowanie balansu i nie szczędzenie pochwał tam gdzie się należą. Oczywiście nikt nie każe nagradzać medalem za każdą, nawet niewymagającą wysiłku czynność, ale nic tak nie dodaje skrzydeł jak słowa uznania w ustach autorytetów i bliskich.



piątek, 8 lutego 2013

Nie hipsteryzuj!

Chcesz kogoś obrazić? Nazwij go hipsterem! Mało które określenie budzi obecnie tak wiele emocji. Niegdyś największą potwarzą było zarzucenie komuś dresiarstwa. Teraz równie dotkliwie boli okrzyknięcie hipsterem, mimo iż określenie to znajduję się dokładnie na drugim biegunie osi osobowościowej od "dresa". Co ciekawe, oryginalnie wcale nie jest zjawiskiem pejoratywnym, ale w wielkomiejskich realiach równie mocno poniża. Kim zatem jest hipster i dlaczego wywołuje taką falę hejterstwa?

Z ogólnie powtarzanej i spłyconej definicji hipsterzy deklarują niezależność wobec mainstreamu, skupiając się na kulturze offowej, wyrażając uwielbienie do indywidualności i oryginalnego stylu bycia. Bardzo silnie powiązani są z kulturą miejską, starają się żyć w opozycji do ogólnie przyjętych norm. Ważnym punktem hipsterskiej tożsamości jest widocznie przerysowany wizerunek, quasi artystyczny, niestandardowy, zauważalny. Szanujący się hipster powinien mieć nietypowe, kontrowersyjne i wydumane poglądy. Uwielbienie do niszowych form kultury, niezależnych produkcji artystycznych, specyficznej mody i muzyki to must have każdego hipstera.

Hipsterzy nie tworzą subkultury, ponieważ nie łączą ich wspólne wartości, ani nie posiadają tożsamości grupowej, poczucia wspólnoty. Hipster to „ja”, nie „my”. Oni stronią od utartych schematów, od punktów stycznych, są w opozycji do kultury masowej. Alternatywność stanowi tutaj słowo klucz. Hipsterzy to swoiści trendsetterzy, gonią za nowinkami o których jeszcze nikt nie słyszał. Starają się być o kilka kroków przed wszystkimi, zachowując przy tym nonszalancką pozę. Są nieuchwytni i nigdy w życiu nie przyznają się do tego, że są hipsterami.

Oryginalnie słowo hipster wywodzi się z lat 40 i ma kilka definicji. Pierwsza mówi, że wzięło się od okrzyku hep, używanego w środowiskach jazzowych jako wyraz aprobaty dla czyichś umiejętności, stylu, wyczucia. Druga, że pochodzi od hop – slangowego określenia opium. Jest i trzecia, że od hipi, co w afrykańskim narzeczu oznacza: otwierać komuś oczy.
Według definicji Władysława Kopalińskiego, hipster to „zapalony miłośnik jazzu, osoba zamiłowana w rzeczach modnych i eleganckich, w nowościach”.
Słuchający czarnego jazzu hipsterzy wyznaczali styl lat 40. (W Polsce ich powojenną wersję stanowili bikiniarze). Dołączyła do nich w następnej dekadzie generacja bitników z Allenem Ginsbergiem i Jackiem Kerouackiem. Co ciekawe Ginsberg z hipsterstwa szydził, co może oznaczać tylko to, że do nurtu de facto mógł należeć ;) Potem słowo zniknęło na wiele lat, by powrócić w późnych latach 90. na określenie wielkomiejskiej, lewicującej młodzieży, związanej z kulturą alternatywną, wybierającą ekologiczny, wegetariański czy nawet wegański styl życia.*

Z ogólnej charakterystyki nie taki ten hipster straszny. Skąd zatem te kontrowersje i negatywne konotacje? No i tutaj zaczyna się zabawa…

Z rozmów ze znajomymi, takimi, którzy sami są uznawani za hipsterów, ale też takimi, którzy bardziej zwyczajni już być nie mogą albo są alternatywni na swój sposób, dowiedziałam się, że hipster to szpaner, pozer, laluś z bogatego domu, za wszelką cenę dążący do oryginalności, co często sprowadza się do śmieszności i karykatury. Inni mówią, że to "bezrefleksyjny matoł, który załapał się na modę na oryginalność". Niektórzy twierdzą, że hipster to wyrośnięte emo, albo bej. Inni mówią, że hipster to preludium powrotu do hipisa. Z wyglądu wyróżnia ich second-handowy sznyt, a najlepiej łachy wyciągnięte z kontenerów PCK pod osłoną nocy, ku chwale alternatywności. Są też tacy, którzy twierdzą, że hipster to pogubiona jednostka, która za wszelką cenę stara się być zauważona".

Nie wyjdzie z domu do lansiarskiej kawiarni bez Conversów, Vansów lub AirMaxów, rurek, T-shirtu z podwiniętymi rękawkami, cardiganu z kieszonką, jeansowej kurtki lub skóry, parki khaki, Ray Banów Wayfarerów, Ajfona z Instagramem, Ajpada, Ajpoda, Maca, analoga lub Polaroida, złotego Casio lub gumowego Nixona, czapeczki z daszkiem, najlepiej od Mishki lub Supreme albo czapki Carharta. Obowiązkowo musi jeździć na ostrym kole lub longboardzie, pić dużo sezonowo modnego alkoholu (Wiśniówka czy piwo pszeniczne?) i konsumować żywność eco. Bywać w najmodniejszych miejscach miasta z Vicem pod pachą, słuchać indie rocka, a w sezonie zaliczać festiwale muzyczne. Musi mieć tatuaże, najlepiej oldschoolowe lub modne symbole: brylant, kotwica, czaszka. Męski hipster obowiązkowo powinien zapuścić brodę lub, jeszcze lepiej, wąsy (sorry, mustache), a na głowie musi mieć kontrolowany nieład. Kobiety hipsterki mają większą swobodę fryzjerską, ale mile widziane są niedbałe koki.

Dla niewtajemniczonych- krytycy za hipsterów biorą ludzi, którzy sami nie robią nic czym mogliby zaistnieć, dlatego całą energię skupiają na kreowaniu własnego wizerunku, który w swojej alternatywności, paradoksalnie jest niezwykle podobny do wszystkich innych, podobnie myślących jednostek. Według socjologa Marka Greifa „młodzi ludzie w warunkach niepewnej sytuacji ekonomicznej pozycję społeczną konstruują poprzez sugerowanie swojego dostępu do najnowszej mody, nowych kierunków w kulturze i sztuce itp.”. Czyli od alternatywności do miejskiej przynależności, hipster sam sobie zaprzeczył i dla siebie samego stał się obelgą.

Mówi się, że hipsterzy ironicznie oceniają innych, wywyższają się w swojej offowości, a tymczasem to otoczenie osób, nazwijmy ich „najzwyklejszych”, ma z nimi problem i rzuca obelgi pod ich adresem. Prawdziwy hipster bowiem (a nie ten starający się tylko tak wyglądać) to osoba szalenie otwarta, ciekawa, nieszablonowa. Nie kieruje się stereotypami, interesuje się nowinkami, ale umie też czerpać z zasobów przeszłości. Nie jest wiernym wyznawcą Apple’a, ale podchodzi do technologii krytycznie i użytkowo. Lubi przemieszczać się rowerem, ale nie będzie podjeżdżał autem z rowerem na dachu, żeby móc z nim zapozować przed pubem. To ktoś przełamujący bariery i konwenanse, posługujący się w tym celu atrybutami, modowymi, gadżeciarskimi, czy po prostu sztuką.

Osobiście znam wiele osób pasujących zarówno do prawdziwej definicji, jak i do tej groteskowej. Fajnych, otwartych indywidualistów jak i dwulicowych klaunów, oceniających ludzi po saldzie ich konta. Wśród tych wszystkich jest jednak ktoś, kto w mojej ocenia skupia w sobie wszystkie pozytywne znaczenia „bycia hipsterem”, co w moich oczach czyni go po prostu fajnym gościem, bez przypinania łatek. Na pytanie „Kim jest dla Ciebie hipster?”, odpowiedział:

„Podzielę odpowiedz na dwie części - kim jest dla mnie osobiście i kim moim zdanie jest w ogólnym odczuciu miejskiej społeczności.

Dla mnie osobiście jest to pewien stan, pewne samopoczucie wynikające z intensywnego doświadczania życia, świata. Gęstych interakcji międzyludzkich i wyobraźni. Dzięki tej wyobraźni można zdobyć się na pewien dystans do szarości której jest pełno wszędzie, której niemal nie można przeskoczyć, ominąć. Ale właśnie dzięki tej wyobraźni można wybijać się na niepodległość w świecie, niezależnie od tego czy jest się "wolnym" duchem co pomyka na rowerku po mieście i robi jakieś projekty mniejsze czy większe po to żeby móc zarobić na rachunki i na kilka fajnych rzeczy, które sobie wymarzył, czy też jest się skoszarowanym w jakimś obozie pracy przymusowej (bo każdy musi gdzieś na te pieprzone rachunki zarabiać) typem, który wie że można żyć (w tym zawodowo) inaczej, ale ma też potrzeby, a ma już dość niepewności wynikającej z życia na freelansie. I to właśnie ta wyobraźnia, czyni człowieka hipsterem. Czyli jednak odrobinkę wyłączającym się poza system bytem, o nieco większych potrzebach, a przede wszystkim o nieprzeciętnej wyobraźni pozwalającej wydobywać detale z życia, których wiele osób nie dostrzega.

Za tym może iść jakaś ogólna ekspresja czy to w postaci ubioru, czy to miejsc, w których ktoś taki lepiej się czuje, czy to wreszcie w postaci upodobań kulinarnych, muzycznych, czy nawet towarzyskich, ale też nie popadajmy w przesadę. Ci ludzie żyją w społecznym miszmaszu, są zglobalizowani i nawet jeśli są nisza w ramach całego społeczeństwa to nie żyją w gettcie. Też zdarza im się pójść do Maca, teś kupią sobie cos w Zarze i tez bedą palić te same szlugi co reszta społeczeństwa. Udawanie, że jest inaczej nie jest niczym innym jak naiwnością i błazenadą.

Tutaj w paru słowach potraktuje temat od strony postrzegania hipstera przez resztę społeczeństwa. Otóż dla tej reszty społeczeństwa, która postrzega temat przez pryzmat kilku czy kilkuset nawet błaznów, a nawet w skali kraju kilku tysięcy, którym się wydaje ze jak maja pieniądze od starych i stać ich na opierdalanie się przez cały Boży dzień i przeglądanie internetu ze zblazowaną miną w jakiejś kawiarni, tudzież szwędanie się po mieście i focenie pod Instagram swoich przeżyć egzystencjalnych, tudzież permanentna najebka, czy też na permanetne poszukiwanie najnowszej mody i sprowadzaniu rzeczy z USA czy innego UK. Dla tej reszty społeczeństwa ten masowy hipster wytwór konsumeryzmu XXI wieku to jest właśnie poza, słaba i naiwna oraz śmieszna wręcz. Taki rodzaj bohateriady w złotej klatce z pluszowymi ścianami. Niech się wyhulają nim ich wchłonie system. I w większości przypadków tak będzie, że te złote dzieci dnia dzisiejszego skończą w kamaszach jakichś korporacji i jak miały pusto w głowach, tak nadal bedą miały pusto, z ta tylko różnicą, że wypełniała ich będzie nadzieja na awans i nowy kredyt."


Nie pozostaje zatem dodać nic więcej, aniżeli życzyć wszystkim, żeby tylko hipsterów z pierwszego rysopisu spotykali. A zresztą, nawet Ci uzurpatorzy sprawiają, że egzystencja w miastach pełnych smogu zdaje się być bardziej kolorowa. Różnorodność dodaje smaczku, a gdyby jeszcze pod skrzętnie wykreowaną fasadą znajdowała się nietuzinkowa osobowość, byłoby idealnie.


* Artykuł "Nieuchwytny hipster" w Polityce

wtorek, 5 lutego 2013

Czarna perła

Dziś rano spłynęła na nas amerykańska łaska, dostąpiliśmy nie lada zaszczytu i chwały! Królowa Beyonce wystąpi 25 maja na warszawskim Orange Warsaw Festival! Facebook od kilkunastu godzin huczy z radości, news feed nie nadąża z postowaniem linków do przebojów wokalistki na Youtubie. Wszystkie kobiety pieją z zachwytu, bo naczelna orędowniczka feminizmu i kobiecej sensualności zawita do miasta nad Wisłą! Jej trzy i pół oktawowy głos rozbrzmi na Stadionie Narodowym w przeddzień moich urodzin, za co bardzo Królowej dziękuję. Oczywiście będę!

Beyonce Knowles zdaje się być kobietą kompletną. Od dziecka wytrwale i konsekwentnie pracowała nad swoją karierą, aby po latach znaleźć się na szczycie i doświadczyć splendoru sławy. Jej pozycja zdaje się być niezachwiana, śmiało można mówić, że jest ikoną, która na trwale odcisnęła ślad w muzycznej historii. Wraz z mężem Jayem-Z stanowią najbardziej wpływową parę show biznesu, a samodzielnie jest jedną z najbardziej wpływowych postaci, jedną z najlepiej zarabiających kobiet w historii. Ilość zer na jej koncie dla większości z nas jest równie abstrakcyjna jak spacer po Księżycu. Przez lata jej single zajmowały pierwsze miejsca list przebojów. Jej kreacje aktorskie były nominowane do Złotych Globów (Dreamgirls). Chodziła po wybiegach znanych projektantów, ale nie poprzestała tylko na tym. Stworzyła od podstaw własną linię odzieżową, a także perfumy sygnowane nazwiskiem, o prostej, acz gorącej nazwie „Heat”. W sumie zdobyła 16 statuetek Grammy, co stanowi rekord Guinnessa. Śpiewała hymn amerykański na obydwu inauguracjach kadencji Baracka Obamy. Wczoraj wystąpiła na żywo podczas przerwy mistrzostw futbolu amerykańskiego Super Bowl, który w samych Stanach Zjednoczonych obejrzało w telewizji ponad 100 milionów ludzi! Doliczmy do tego internet i resztę globu… W 2012 roku magazyn People uznał ją za najpiękniejszą kobietę świata.

Nawet ewentualne wpadki Beyonce potrafi przekuć w sukcesy. Niefortunny prywatny występ dla rodziny libijskiego dyktatora Muammara al-Kaddafiego, za który zainkasowała milion dolarów, wytłumaczyła chęcią przekazania owej kwoty na fundację powstałą w celu niesienia pomocy ofiarom trzęsienia ziemi na Haiti w 2010 roku. Natomiast piętno „playbackowej afery” dotyczącej śpiewania hymnu dla Prezydenta USA z taśmy, szybko zmazała zwołując konferencję prasową i wykonując szalenie trudny muzycznie hymn a capella. Z owacją na stojąco oczywiście.

Beyonce jest ikoną, damą, która potrafi być seksowna, ale nie wyuzdana czy wulgarna. Jest drapieżna, ale nie odpychająca, zalotna, ale nie beznamiętna. Jest kobietą wyzwoloną, akceptującą swoje ciało, swoje możliwości, w pełni wykorzystująca zasoby, które posiada. Jest wzorem dla młodych kobiet, dodaje im odwagi, pokazuje, że można być piękną nie tylko w rozmiarze "zero", nie tylko przy standardowych wymiarach i nie tylko rodząc się w zamożnej rodzinie. Jej głos jest marką samą w sobie, podobnie jak wizerunek sceniczny, który wielbią rzesze, utożsamiając się z tym wulkanem pozytywnej energii. Przy niej wszystko traci blask także poza sceną. Od lat uznawana jest za jedną z najlepiej ubranych kobiet show biznesu. Dodatkowo zdaje się być osobą wiodącą dość normalne (jak na show biznesowe standardy) życie, mocno osadzoną w swoich korzeniach, upatrującą prawdziwą wartość w rodzinie i cieple domowym. To wszystko sprawia, że Beyonce jest prawdziwą czarną perłą muzyki R&B i jeszcze długo nią pozostanie.

Niesamowite wykonanie piosenki End of Time na żywo z Roseland
Występ podczas Dnia Humanitaryzmu ONZ
Beyonce jako modelka na pokazie wiosennej kolekcji Toma Forda w 2011r.
Hymn USA wykonany a capella podczas konferencji prasowej
No i oczywiście występ podczas przerwy na Super Bowl