Alice in Warsawland: lipca 2013

niedziela, 28 lipca 2013

Z Heinekenem na otwartym powietrzu


Co roku zarzekam się, że moja noga więcej na tym dziurawym i podmokłym lotnisku nie postanie i co roku, z godną podziwu wytrwałością łamię własne przyrzeczenia. Zamiłowanie do koncertów po prostu zmusza mnie, żeby do Kosakowa wracać. Żadna to Couchella czy Glastonburry, chociaż cenowo na pewno ich goni, ale jednak atmosfera jest dobra. Momentami bardzo dobra. Zresztą, co mogłoby się nie podobać, gdy przez 4 dni słyszy się muzykę na żywo? Już trzy tygodnie po fakcie, ale hołdując zasadzie, że lepiej późno niż później, opowiem kilka słów o blaskach i cieniach Heineken Open’er Festival.

W tym roku przeżyłam swoją  campingowa inicjację. Z wrodzonego wygodnictwa i delikatności (której Księżniczka na ziarnku grochu by się nie powstydziła), a także z głębokiej awersji przed robactwem, stroniłam w przeszłości od tego typu noclegów. Wiedziona jednak znakomitymi prognozami pogody, niską ceną i faktem, że zdecydowałam się na wyjazd w ostatniej chwili, postanowiłam poszerzyć biwakowe horyzonty i nocować pod przysłowiowym „gołym niebem”.
Wyjeżdżając w środę po 20:00, wiedząc, że 1 dzień festiwalu i tak przegapimy, staraliśmy się nadgonić stracony czas, osiągając na autostradzie prędkości startującego samolotu. Dojechaliśmy przed 1:00 w nocy i w asyście nieocenionych znajomych rozpoczęliśmy poszukiwania idealnego miejsca na rozbicie M1. Wymarzona spot strategicznie położony tuż przy ścieżce, który sobie nielegalnie poszerzyliśmy przenosząc ogrodzenie z taśmy, z widokiem na łąkę, okazał się strzałem w 10. Wbiwszy kamień węgielny pod postacią śledzia, poszliśmy zwiedzać okolice, czyli odwiedzać pozostałych znajomych w namiotach i pić bruder shafty. Gdy zaczęło świtać, popełzliśmy do namiotu.

Ku mojej uciesze, spało się wybornie! Faktycznie, pierwszego dnia miałam pewien problem z hałasem i upałem, który o 6 rano przemocą eksmitował nas ze środka, bezczelnie podkręcają temperaturę do 40 stopni, ale generalnie było bosko. Ciepło, sucho, miękko, bez robali, bajka. Łąka tuż obok, więc nie czuliśmy ścisku i tłoku, mieliśmy swoistą przestrzeń i prywatność. Nieopodal znajdował się parking – nasza śniadaniownia (śniadania, które z prawdziwą pieczołowitością przygotowałam przed wyjazdem smakowały wybornie - pasztet, pomidor, chleb, sok, serki topione, kabanosy i czekolada). Z drugiej strony, tez o rzut kamieniem, znajdował się kącik sanitarny. Ciągi blaszanych zlewów, toi toi, pryszniców z zimna woda i płatnych kabin z ciepłą (3zl). Wszystko wystarczająco blisko, żeby się nie zmęczyć na przymusowych spacerach, ale dostatecznie daleko, żeby nie odczuwać irytacji nieustannymi pielgrzymkami open'erowiczów. 

W ogóle Open'er ma 3 znaki szczególne- miliony toi toi, niekończące się kolejki do wszystkiego i niedziałające telefony. Jak raz się z kimś rozdzielicie, to o ile przypadkiem później na siebie nie wpadniecie, nie ma szans na komunikację komórkową (w tym miejscu pragnę podziękować mojemu niewywiązującemu się z umowy operatorowi Orange). 

Wracając jednak do pola namiotowego, to o ile pogoda dopisuje, a w tym roku było bezbłędnie, nie wyobrażam sobie lepszego rozwiązania noclegowego. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – olbrzymia oszczędność czasu i sił. Z radością stwierdzam, że był to mój najbardziej wyluzowany Open'er, podczas którego po raz pierwszy nigdzie nie musiałam pędzić, spoglądając co chwilę z przerażeniem na zegarek. Jedynym minusem jest brak normalnych toalet, może w przyszłości ktoś zadba i o tę, niechlubną część ;)

Dość zachwytów o noclegu, czas napisać kilka słów o lineupie. Tutaj następuje rozczarowanie, z przykrością stwierdzam, że muzycznie był to najsłabszy od 5 lat festiwal. Lineup mocno rockowy, co broń Boże nie jest minusem, ale trochę niedopasowany do rodzaju odbiorców, w dodatku nieumiejętnie rozplanowany godzinowo i niedopasowany do scen. The National na scenie głównej jako ostatni koncert piątku - prawie wszyscy zasnęliśmy, mimo, iż był to jeden z najlepszych koncertów. Steve Reich jako koncert zamykający - totalna pomyłka, bo nawet jeśli ktoś chciał tam być, to albo zamarzł, albo zasnął! Plan środowy, czyli pierwszo-dniowy był petardą, podczas, gdy kolejne dni miały może po 1-2 naprawdę dobre pozycje. Koncerty były mało angażujące i zagrane poprawnie, ale beznamiętnie. Oczywiście Queens of the Stone Age dali czadu, podobnie jak Skunk Anansie, gdzie niedoścignioną w wariactwie scenicznym Skin po prostu roznosiła energia, ale to za mało jak na cały festiwal. Swoją drogą Skin, już drugi raz na Open’erze, zawsze daje z siebie 120% procent i jest jak dynamit!

Największe rozczarowanie? King of LeonCaleb Followill nie wykazywał minimum zainteresowania publicznością, zerowa chęć do interakcji. Grali 1:1 jak z płyty, bez wysiłku, bez polotu. W dodatku koncert przyciągnął najgorszą możliwą publikę, świnopasów, dresiarzy i największych prostaków z całej Polski. Atmosfera koszmarna, ludzie zachowywali się gorzej niż na dożynkach w Nashville. Wielkie, wielkie zło! Przyznaję, że nie jestem oddaną fanką, ale jednak czasem lubię ich sobie w domu posłuchać i nigdy bym nie przypuszczała, że ich muzyka trafia do tak mało wyszukanych odbiorców.

Nie pozwoliłam na szczęście, by to złe wrażenie zepsuło mi ogólny odbiór Open’era. Było ciepło, fajnie, wesoło. Obyło się może bez momentów zapierających dech w piersiach, czy historiach, które moglibyśmy opowiadać później znajomym na imprezach, ale dało się w przyjemny i relaksujący sposób odpocząć. Tego mi było trzeba, tego oczekiwałam i nie zawiodłam się. Pewnie pojadę też za rok. 

W nocy się bawimy, w dzień śpimy:)
Cocaine&Cavior
Caipirinha najlepsza na upał na plaży
Startujemy!
Poranek w namiocie
KOL - bleeee
Amber Gold <3 Bogactwo!
Nasza ulubiona kawiarnio-restauracja w Gdyni - Lavenda Cafe Galeria.
Gdynia zachwyca reklamą w najgorszym guście
Skin
Kącik do ładowania telefonów - jak zwykle chcieli dobrze, a wyszło jak zwykle - część kontaktów nie działało, a to był jedyny punkt na całe pole namiotowe...
Drzemka przed The National
Szymuś:)
Arbuz z Brazylii

poniedziałek, 22 lipca 2013

Całe życie jest jak oglądanie migawki

Pani w wieku mocno zaawansowanym, odmawiająca w autobusie różaniec.
Robiąc to co robię, nie mogę pozbyć się myśli, że kiedyś, ktoś się zorientuje, wyrwie mi ajfona z rąk i z szewską pasją ciśnie nim o krawężnik. Oczami wyobraźni widzę jak moje ukochane tajwańskie szkło rozbryzguje się w miliony kawałków, a Steve Jobs przewraca się w grobie.

Zawsze, gdy robię ludziom zdjęcia z ukrycia, towarzyszy mi miłe uczucie podekscytowania, knucia wręcz, jakbym kradła gumę do żucia z delikatesów (czego zresztą nigdy nie zrobiłam i jak widać, muszę sobie teraz to wynagradzać). Jak do większości rzeczy i życiowych kwestii, również do ludzi mam bardzo ambiwalentny stosunek. Z jednej strony szczerze ich nie znoszę, irytują mnie, załamują swoją głupotą, bezrefleksyjnością czy czuję odradzę do ich parszywych charakterów, a jednocześnie nie wyobrażam sobie życia bez nich. Ludzie mnie fascynują, inspirują, zachwycają wręcz. Uwielbiam ich oglądać, przypatrywać się i analizować. Zawsze też zastanawiam się jakie życie prowadzą, jakich wyborów dokonują, dlaczego tak a nie inaczej się ubierają. Lubię też ich podglądać, zaglądać w okna, wczuwać się w ich egzystencję.


Jak byłam mała, miałam lornetkę. Albo mój brat miał, a ja mu podkradałam, nie pamiętam. Lubiłam siedzieć w oknie i obserwować sąsiadów. Po latach mi się to przypomniało i ze smutkiem stwierdzam, że teraz byłoby to utrudnione lub nawet niemożliwe. Kiedyś ludzie nie używali tylu rolet i zasłon, nie mieli aż tak silnej potrzeby odgradzania się od świata zewnętrznego. Teraz muszę zadowalać się okazjami w postaci niezasłoniętych okien w ich fortecach na kredyt. Prawdziwą radość przeżywałam w Stockholmie, gdzie panuje ogólno-miastowy ruch ekshibicjonistyczny. Tam każdy ma odsłonięte okna. Silna potrzeba słońca wyluzowana Szwedów do tego stopnia, że otworzyli się na świat. Nie muszą się zasłaniać, jak widać doszli do wniosku, że nie mają nic do ukrycia. A w Polsce? Pełna izolacja.


Daleko mam do pracy, spędzam średnio 45 minut w różnych formach komunikacji miejskiej. Z oczywistych względów tego nie znoszę, ale są też plusy. Czas na czytanie książek, pisanie blogów i...obserwowanie ludzi. Ludzie bowiem jacy są tacy są, ale nigdy nie będą dla wprawionego obserwatora nudni.
To był absolutny mistrz świata! Pani siedząca obok mnie w autobusie, wiek ok 75 lat, uczyła się angielskiego z wiekowych, pożółkłych ze starości fiszek. O 8:00 rano! Później wyciągnęła książkę po niemiecku...
Super Expres konsumowany z samego rana zaspokajał potrzebę wiadomości z kraju i ze świata.
411, jedna z najbardziej uczęszczanych w Warszawie linii autobusowych, wyposażona jest w krótkie autobusy. Podróż na glonojada bez jednego uśmiechu...
Centrum Warszawy tętni życiem bezdomnych...
Faszyn from Raszyn, czyli Gucci Srucci
Jechałam autobusem z Anną Wintour!
Nie wchodzę do metra bez paczki pokaźnego pliku krzyżówek!

poniedziałek, 1 lipca 2013

Dobry bulwers nie jest zły!


Zdaje się, że ludziom nigdy się nie dogodzi. Nie wiem czy to kwestia Polaków czy też cala populacja jest skażona malkontenctwem, ale wprawia mnie to w głęboką konsternację. Już tłumaczę o co mi tym razem chodzi. 

Mieliśmy w tym roku wyjątkowo mroźną i długą zimę. Ja osobiście straciłam wszelką nadzieje, ze ona kiedykolwiek ustąpi w momencie, gdy w zaspach śniegu przedzierałam się z koszyczkiem wielkanocnym do kościoła. Gdy pod koniec maja wciąż nosiłam jesienny płaszcz, miałam haniebne myśli samobójcze. Nie było słońca, nie było ciepła, znikąd szukać nadziei! W końcu, gdy wszyscy przypominaliśmy już White Walkerów z Gry o Tron, nastąpiła pora monsunowa, a wraz z nią zwiastun cieplejszych dni. 

Wiosna, jak to bywa już od kilku sezonów, przeszła niezauważona, by błyskawicznie ustąpić miejsca kapryśnemu latu. Sinusoidalne temperatury wprawiały i wciąż wprawiają wszystkich w stan rezygnacji i wewnętrznego rozbicia. Lato droczy się z nami, bawi w kotka i myszkę, a ludzie narzekają, że nie wiedzą jak się ubierać, bo jednego dnia jest 35 stopniowy upał, po czym w nocy następuję powódź i budzimy się w 13 stopniowym chłodzie. Faktycznie, pogoda iście wyspiarska, ale lepsze to niż epoka lodowcowa, to nie ulega dyskusji.

W połowie czerwca rozpoczęły się upały. Kilkudniowe niestety, ale ponad 30 stopni na termometrze i błękitne, cudownie bezchmurne niebo, pozwoliły choć na chwilę wygrzać na słońcu nasze białe niczym ściana, ciała. Wydawałoby się, że każdy normalny człowiek, odmrożony po 8 miesiącach zimy, będzie wniebowzięty. Tymczasem co się okazuje? WSZYSCY NARZEKAJĄ, ŻE ZA GORĄCO! Że duszno, że nie da się wytrzymać! Jedyne co mam w głowie słysząc takie bluźnierstwa to cytaty z Dnia Świra, więc milknę….

Wszechobecna klimatyzacja najbardziej daje czadu w pracy i komunikacji miejskiej. W tych pomieszczeniach ciągłym utyskiwaniom, że duchota, gorąc, masakra nie ma końca. Tak samo jak walkom o pilota do klimatyzacji. Jedni chcą bowiem siedzieć w chłodni, inni, Ci ubrani stosownie do pogody, wolą otworzyć okno, doceniając fakt, że nie jest zaklejone soplami lodu.  Ci pierwsi podczas wybitnie długiej zimy wyhodowali chyba nowe pokłady naturalnego ocieplacza i lato ich wyraźnie zaskoczyło. Ich zastałe ciała nie zaznały żadnych form ruchu, poza odśnieżaniem samochodu, od blisko roku, co widać po taktycznie dobranej, oversizowej garderobie. Po miesiącach obżarstwa nie mieszczą się bowiem w letnie ciuchy, a potem narzekają, że się duszą w swetrach podczas upału.

Nie pozostaje mi zatem, jak zaryzykować śmiałego stwierdzenia, że ludzie są nienormalni. I to nie w ten fajny sposób. Gdy im zimno to się przegrzewają, gdy ciepło - ochładzają do przesady. Najpierw nie szanują zdrowia, pracując niewolniczą pracą, potem zarobione pieniądze wydają na lekarzy. Takich absurdów jest cała masa. Mało kto zna swój organizm, a jeszcze mniej osób w ogóle zwraca na niego uwagę. Jarają szlugi, zapychają się słodyczami, zalewają żołądki kawą i alkoholem. Żyją jak krety, wychodząc z fabryk dopiero po zmroku. Niesamowite, że już Szekspir o tym pisał w Hamlecie. Ale najgorsza i tak klimatyzacja!

Musicie mi wybaczyć ten wylew utyskiwań i żali. Długo nie pisałam, a tu wracam z bulwersem, ale musiałam dać upust swojej irytacji. Takie mam przemyślenia, jako osoba nienawidząca chłodu, mrozu, zimna. Choruję od zamrażania mnie sztucznym nawiewem i nigdy nie zrozumiem ludzi, którym jest zbyt gorąco. Cały rok czekam na kilka dni upałów i też nie jest mi to dane. W dodatku jestem zwolenniczką i orędowniczką życia w zgodzie z naturą i własnym ciałem, gdzie tylko mogę staram się mieć to na uwadze, a chłód w lecie to zło! Dam jednak spokój, wszyscy chyba zrozumieli, temat wyczerpałam, a o wszechobecnym grzybie w klimatyzacji nie ma co wspominać. Ochłodzenie do 18 st + infekcja gardła gratis. Smacznego, na zdrowie.