Alice in Warsawland: czerwca 2016

niedziela, 19 czerwca 2016

Londyn w 50 kilometrów

Kiedy ostatni raz zrobiłam ponad 50 km pieszo po mieście? Nigdy? A wystarczyło pojechać do Londynu i po 3 dniach miałam rekord w kieszeni. O co chodzi z tym Londynem? Wszyscy go albo kochają albo nienawidzą. Jedni mówią, że daje szansę, której w Polsce, by nigdy nie dostali, inni, że to miasto zepsute, naćpane, zawsze Ci obce. Jaka jest prawda? Prawdy nie ma. Albo inaczej- wszystko jest prawdą.

Lotnisko Warszawa Modlin, 5 rano. Mijam mężczyznę z bazarową torbą w kratę zarzuconą na ramię, smarkającego na chodnik bez użycia chusteczki. Wchodzę na halę odlotów. W kolejce za mną stoi 30-sto paro latek z lekką nadwagą, w białych skarpetach naciągniętych wysoko na łydki, założonych do sportowych sandałów. Do kolejki dołącza para z małym dzieckiem, mężczyzna ma więzienne tatuaże na twarzy, szyi i dłoniach. Wiecie, te w których tusz już się utlenił na zielono. Tribale, groźne hasła i symbole diabła. Czuję ze poza bagażem zabrali ze sobą wszystkie niechlubne stereotypy, które się zarzuca Polakom emigrującym na Wyspy.

"Witaj w naszym kraju. Tu zawsze świeci słońce. Chciałbym..." Celnik w okienku kontroli paszportowej już na wstępie rozbroił mnie angielskim humorem ubranym w melodyjny, brytyjski akcent. Myślałam, że w kraju rockowej muzyki, wielkiej mody i Harrego Pottera, kraju o którym tyle słyszałam, a do którego nigdy wcześniej nie miałam okazji dotrzeć, poczuję się jak w domu. Ta myśl przyświecała mi, gdy wyszłam z lotniska i... Przestałam słyszeć angielski. Włoski, hiszpański, arabski, ale angielski? Dopiero w centrum Londynu. Od Amerykanina.

Z shuffle busu wysiadłam na Liverpool Street i czekam. Siedzę, obserwuje, chłonę anglosaski klimat, który tak kochałam w irlandzkim Dublinie. Ale Londyn jest zupełnie inny, widzę to od razu. Tu jest przesyt i tempo, tu nie ma się czasuSzybkim marszem uciekamy z zatłoczonego dworca na Brick Lane. Pierwszy przystanek to Dark Sugars, sklep z ręcznie wyrabianą czekoladą, serwującą oryginalne połączenia i nietypowe smaki. 5 pralinek, 5 funtów. A więc tak tu będzie? Ale jak mogłam odmówić czekoladkom, których hasło brzmi "Make yourself happy", a właścicielem, czekoladnikiem i ekspedientem w jednym jest rozbrajający ciemnoskóry mężczyzna z szerokim białym uśmiechem i Mr Smileyem na koszulce? Najlepszy marketing i najlepsza jakość w mieście, a te kalorie naprawdę poprawiają humor.








Szybka kawa na ulicy przed pobrudzonymi witrynami vintage shopu i zaczynamy zwiedzanie. Najpierw City, w którym mijamy białe kołnierzyki i kobiety w ołówkowych spódnicach. Tu nikt nie nosi garniturów z sieciówek, kraciastych koszul i kolorowych krawatów, tu czuje się jakby każdy mężczyzna był Jamesem Bondem, a kobieta Monicą Bellucci. Króluje czerń i mocne akcenty, dopasowane formy i modne okulary.  To nie są ulice przed biurowcami, to czerwone dywany, czynne od poniedziałku do piątku. W weekend City świeci pustkami, a po chodnikach przetaczają się tumbleweedy, ale nie dziś. Do weekendu zostało kilka godzin, czas przekuć je w pieniądze.


Nagle sceneria krawaciarzy zmienia się w oazę hipsterstwa. Otwarty targ pod arkadami pełen kapeluszników, ciuchów prosto z Azji, sztucznej biżuterii z tureckich bazarów i designerskich gadżetów do domu prosto z kolorowych Chin. Do tego burgery, fish and chips, a na deser pudding. Z głośników leci Indie, a ludzie nigdzie się nie śpieszą, jakby byli na weekendowym pikniku.

Lecimy dalej, podczas gdy pogoda staje się coraz bardziej letnia. Upał wzmaga, podobnie jak mój apetyt na to miasto. Docieramy do Tower Bridge, pierwszy londyński zabytek z przewodników. Robi wrażenie, podobnie jak tłumy robiące sobie na nim selfie. 


Po drugiej stronie Tamizy obieramy azymut "targ lunchowy". Znowu, zupełnie niespodziewanie, w środku miasta w środku dnia pracy wyrasta targ dobroci. Gwar jak na Wall Street, nad głowami kupujący wymieniają się ze sprzedawcami, pieniądze i jedzenia miksują się kolorami. Można zjeść tu wszystko, od wegańskich specjałów do krwistych steków. Pysznie, niedrogo, w genialnej atmosferze. Jemy nasze zdobycze na schodach przed okolicznym kościołem, razem z tłumem podobnych nam. Nikt nie zwraca na nikogo uwagi, nikt nikogo nie ocenia. Czarni, biali, Azjaci, Żydzi, Arabowie, księża siedzą obok siebie, uśmiechają się, jedzą.


Najedzone idziemy dalej, chcemy dojść do London Eye i Hayd Parku. Trasa ambitna, ale pieszo zwiedza się najlepiej. W końcu wyrasta przed nami Pałac Westmisterski. Jak się coś tyle razy widzi w telewizji i filmach to na żywo czuje się dysonans poznawczy. Obcy ale znajomy? Ładny? Duży? Można zgłupieć od sprzecznych odczuć, ale jedno jest pewne- Big Ben robi wrażenie. Podobnie jak szeroko rozpościerająca się zieleń Hayd Parku. Zielone płuca miasta na prawdę pozwalają oderwać się od szalonego tempa i poczuć jak na angielskiej wsi. Gęsi, kaczki, koty, psy, dzieci - wszyscy biegają, hałasują, jest błogo.







Wracamy przez Oxford Street, czyli konsumpcyjny Mordor. Ludzie z wielkimi siatami niczym świadkowie Jehowy chodzą od drzwi do drzwi w poszukiwaniu okazji do zbawienia. Kupują, kupują, ale wciąż im mało, więc kupują dalej. Korkom  ulicznym nie ma końca. W Primarku czyli w taniej sieciówce z której każdy wychodzi z naręczem szmat z bliskiego wschodu, jest jeszcze gorzej. Nie wytrzymuję tego nerwowo i do kasy idę z jedną parą majtek i jednym T-shirtem. Kasjer ze szczerym zdziwieniem pyta, czy to wszystko? Pewnie wieczorem, gdy będzie jadł kolację z rodziną, przewinę się jako ciekawostka dnia minionego.

Soho trochę koi moje nerwy, bo niby blisko, a jednak dzielą go lata świetlne od szaleńczego shoppingu. Butiki zamiast centr handlowych, designersko ubrany tłum, wesołe twarze zamiast kobiet w amoku. Sklepy z vinylami, ubraniami vintage i kawiarnie dają przestrzeń do oddechu i naładowania baterii. Do tego tu zawsze coś zaskakuje!


Jesteśmy zmęczone, a do domu kawałek, więc na ostatnim odcinku łapiemy autobus, bo wcześniej złapał nas deszcz. Szybki przystanek w Marks & Spencer i ze zdrową sałatką z komosą ryżową za 2£ możemy podziwiać Londyn z pierwszego pietra czerwonej karocy.

Drugi dzień miałam spędzić sama, a ponieważ od rana padało, nastawiłam się do tego planu dość sceptycznie. Nie byłam też szczególnie wyspana, bo pół nocy spałam z 6-cio tygodniowym kotkiem, który zrobił sobie legowisko w moich włosach. Właścicielka mieszkania, Brytyjka oryginalnie z RPA, miała osobliwe hobby, które w pewnym stopniu nawet podziwiam. Zawsze, gdy wracała do domu pod wpływem, przynosiła ze sobą znalezionego po drodze kota. Ponieważ nie lubiła wylewać za kołnierz, w domu mieszkało już pięć kotów, w tym maleństwo, zbyt szybko oddzielone od matki. Nie powiem, żebym narzekała, ale czułam, ze to zaniedbane kocie źle skończy i niestety się nie pomyliłam, ale nie o tym...






By mieć energię do samotnego zwiedzania, Anielka z Basią nakarmiły mnie pokaźną porcją tradycyjnego, brytyjskiego śniadania. Gdy ulewa zmieniła się w mżawkę, wyruszyłam przed siebie na spotkanie z Harrym Potterem. Chciałam na własne oczy zobaczyć miejsce, gdzie wszystko się zaczęło. Droga, oczywiście piesza, do Kings Cross nie była jednak tak emocjonująca jak dnia poprzedniego, szczególnie, że deszcz zacinał mi w twarz. Pocieszałam się babeczkami Resses, czekając aż wyjdzie słońce, ale nic takiego się nie wydarzyło. Wstępowałam do każdego ciekawszego sklepu po drodze, jeszcze bardziej uszczuplając budżet, ale prawdę powiedziawszy - umierałam z nudów. Londyn pokazał mi swoje mniej ekscytujące oblicze, ociekającego szarym deszczem molochu. Gdy dotarłam na dworzec byłam już tak przemoczona, że nawet nie chciało mi się szukać peronu 9 i 3/4. Doceniłam za to piękno dworca i wcale mnie nie dziwi, ze magicznie zainspirował J.K.Rowling.





Pokręciłam się po okolicy i ruszyłam w długą drogę powrotną przez Oxford Street, Soho i w końcu Liverpool Street. W Soho, zupełnie nieświadomie, znalazłam się w samym centrum celebracji Światowego Dnia Nagiej Jazdy na rowerze. Przyznam, że uśmiech nie schodził mi z ust jeszcze przez długi czas, po tej wspaniałej lekcji anatomii. Polecam każdemu.
Ostatni dzień w Londynie poświęciłam na spacer do Notting Hill i Portobello Road. To zdecydowanie najładniejsza część Londynu w której mogłabym mieszkać, a która dla normalnego zjadacza chleba jest totalnie niedostępna. Ambasady, domy gwiazd filmowych i muzycznych, wysokiej klasy restauracje. Do tego kontrastujący Portobello Market, pełen hipsterów, hipisów i wszelkiej maści nieodnajdujących się w konsumpcyjnym świecie ludzi, sprzedających cuda, cudeńka, od tandety, do suwenirów z Azji po prawdziwe cacka mające wartość nie tylko emocjonalną. Pyszne jedzenie ze straganów, bogata paleta smaków i zapachów, ale przede wszystkim multum ludzi, którzy chcą z Tobą rozmawiać! Dla mnie, warszawianki, która nie może znieść polskiej hermetyczności, to cudowna sprawa. Obcy ze mną rozmawiają! Wspaniałe.



Ten miły akcent na pożegnanie sprawił, ze na pewno jeszcze do Londynu wrócę. Szczególnie, że pojechałam tam na zaproszenie koleżanki, z którą poznałyśmy się w wyniki wielu nietypowych zbiegów okoliczności. Gdy wraz z siostrą przeniosły się do Londynu, ja zyskałam zamorską przystań do odwiedzin. I to nie byle jaką, ale u prawdziwie nietuzinkowych osób. Takich, których, jeśli ma się szczęście, to może w ciągu życia poznacie kilka. Diablo utalentowane, nieprzeciętnie zmotywowane, szybko i wytrwale zmierzające do celu, nie gubiące się po drodze. Mimo młodego wieku dojrzale i wzajemnie się wspierające. Samo przebywanie z nimi ładuje baterie i pokazuje, że chcieć to móc. Trzymam za nie kciuki i wysyłam pozytywną energię każdego dnia, bo jak one nie zrealizują marzeń to nie wiem komu się uda.

A co ja z Londynu zapamiętałam? Przede wszystkim wielkość. Londyn jest naprawdę gigantyczny i na prawdę multikulturowy. Chociaż w praktyce ta multikulturowość objawia się częściej w postaci gett myślowych, niż wymianą myśli i doświadczeń. Podobają mi się możliwości i perspektywy jakie to miasto daje, mniej natomiast polubiłam jego szorstkość i łatwo dostępną drogę na dno. Zobaczymy co powiem za drugim razem. Wiem natomiast, że wyspiarskiej pogody nie polubię nigdy.