à la Ala: Sri Lanka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sri Lanka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sri Lanka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 września 2015

Sri Lanka - tam i spowrotem

W zasadzie Sri Lanka była jednym z moich marzeń, o którym zapomniałam w trakcie wynajdywania kolejnych. Mówi się, że jest jednym z niewielu azjatyckich miejsc, gdzie można jeszcze zobaczyć słonie żyjące na wolności, nie zaprzęgnięte do pracy w przemyśle turystycznym. Zatem można powiedzieć, że słonie i herbata były moimi głównymi motywatorami do zapuszczenia się w ten zakątek świata. Dobry duet.

Do Uda Walawe, czyli słoniastej mekki, wyruszyliśmy w środku nocy, by przed świtem dotrzeć do bram rezerwatu. Tylko o poranku można zobaczyć przemarsz słoni, bo w ciągu dnia uciekają przed upałem, kryjąc się w zaroślach. Na miejscu przesiedliśmy się na pakę otwartej ciężarówki i ruszyliśmy w kierunku wschodzącego słońca. Roślinność zachwycała, rozlane jeziora i delikatne, zielone pagórki tworzyły mistyczny klimat. Nasz przewodnik znał rozkład atrakcji na pamięć, z taką dokładnością, że zastanawialiśmy się czy te warany i kameleony nie są podrzucane na sygnał.

Słonie nie kazały na siebie długo czekać, pojawiły się dosłownie kilka minut po wjechaniu do rezerwatu. Dwie matki i kilka słoniątek jakby nigdy nic buszowały w krzakach, skubiąc listki, posypywały grzbiety piaskiem i nie zwracały na nas najmniejszej uwagi, nawet, gdy byliśmy oddaleni o kilka metrów. Niedługo potem pojawił się samiec, większy i potężniejszy od reszty, z olbrzymim dystansem do otoczenia. Podglądanie słoniego śniadania daje naprawdę wiele radości tym, którzy kochają zwierzęta i przyrodę i choćby dla tych 30 minut warto wybrać się do Uda Walawe. Później oczywiście czeka jeszcze 1,5h innych atrakcji, ale dla mnie słonie były gwoździem programu.


Z Uda Walawe pojechaliśmy w góry, do Hill Country. Odradzono nam miasto Ella, mówiąc, że jest turystyczne, drogie i przereklamowane (2 pierwsze to prawda, 3 nieprawda) zachwalając Haputale, jako prawdziwsze i mniej zatłoczone. My szybko ochrzciliśmy je przydomkiem "miasta żula". Przyrodniczo Haputale jest bajeczne. Jedzie się tam w chmurach, wąskimi serpentynami dróg otoczonymi zielonymi polami uprawnymi herbaty. Panujący klimat jest kompletnie inny niż na południu, jest chłodno, rześko, a wieczorami było wręcz zimno. W powietrzu czuć zapach wilgoci.




Okolica zamieszkiwana głównie przez Tamilów na pozór zdaje się być dzika i niegościnna. Ich czerwone od betelu oczu tępo wodziły za nami wzrokiem, śledząc każdy krok. Dzieci i kobiety na mój widok chichotały, mężczyźni przestawali rozmawiać i stawali jak wryci. Wszyscy niby mili, ale jakby trochę nieobecni. Widzieliśmy wielu niepełnosprawnych i żebrzących ludzi, których na południowym wybrzeżu w ogóle nie było widać. Po angielsku ciężko się porozumieć, na migi też nie zawsze, bo Tamilowie rozumieją wtedy, kiedy chcą. Gdzie się nie pojawiliśmy to wzbudzaliśmy sensację, ale zdecydowanie bardziej pozytywną niż negatywną. Kupując arak (wieczorami jest taki chłód, że trzeba się dogrzewać) doprowadziliśmy sprzedawcę w wine shopie to palpitacji serca. Chyba byliśmy pierwszymi białasami, którzy odważyli się do zakratowanego monopolowego wejść. Biały człowiek musi być na tyle rzadko tam widywany, ze traktuje się go jak osobnika specjalnej troski. W kolejce nas przepuszczano, w pociągu ustępowano nam miejsca, a w lokalnej restauracji dostaliśmy talerz owinięty folią, żeby było bardziej sterylnie. Dobre maniery aż do przesady.


Będąc w górach trochę żałowałam, że tam pojechaliśmy, marnując czas na chłód, ale z perspektywy czasu wiem, ze mniej komfortowe warunki dają później ciekawsze wspomnienia. Hill country jest przepiękne, zielone, mistyczne nawet, ale różnica ekonomiczna i społeczna pomiędzy południem miażdżyła. To jakby inna Sri Lanka, a pewnie im bardziej na powojenną północ tym kontrast się wyostrza.
Mieszkaliśmy w Haputale 3 dni. W tym czasie zwiedziliśmy okoliczne plantacje herbaty, w tym słynną Lipton's Seat, wybraliśmy się na trekking po trasach turystycznych, docierając m.in nad wodospad, gdzie lokalsi świętowali dzień wolny, popijając wódkę (true story). Pojechaliśmy pociągiem do  Nuwara Elijaco było druga najlepszą atrakcją po Uda Walawe. Koniecznie, koniecznie jedźcie pociągiem! Widoki wrażliwców doprowadzają do łez, jest egzotycznie, błogo, bajkowo. Ja większość trasy spędziłam z głową wywieszoną za okno lub stojąc w otwartych drzwiach (indian style ;) Wieczorami, gdy mgły osiadają, a światło gaśnie, wiele atrakcji nie pozostaje, ale ponieważ trafił nam się hotel z kablówką to obejrzeliśmy Piratów z Karaibów. Po lankijsku.




Wspięliśmy się też na najwyższy szczyt na Sri Lance, Adam’s Peak, a raczej daliśmy mu się pokonać. Pech chciał, że wspinaczka wypadła nam w Święto Puny, czyli dokładnie w ten czas w roku w którym wszystkie przewodniki odradzają, żeby się tam pokazywać. Droga na szczyt przypominała przeprawę przez Krupówki w szczycie sezonu. Stragan na straganie, głośna muzyka i tłum podpitych ludzi. Pięknie oświetlona droga, którą nęci się z dołu turystów to nic innego jak sztuczne niebieskie światło bijące od obskurnych bud, z których sprzedawcy wciskają najgorszy możliwy chłam. Poubierani jak ekipa Himalaistów (bo tak każą przewodniki), w kurtki, czapki, rękawiczki, parowaliśmy od ciepła i znużenia. W połowie drogi, gdy wchodzenie po kamiennych schodach zamieniło się w stanie w korku, stwierdziliśmy, że zawracamy. Wschód słońca na Adam’s Peak nie był nam pisany, za to możliwość skończenia w przepaści zdawała się wysoce prawdopodobna. Natężenie kalek liczących na uzdrowienie, pijaków i babć w religijnym amoku była zbyt duża jak na nasze możliwości.





Z poczuciem porażki wróciliśmy na południe z planem totalnego relaksu, surfingu i fun-in-the-sun jak to Lonely Planet mówi. Marzyliśmy też o „normalnym”, czyli europejskim jedzeniu, co nigdy wcześniej podczas podróży nam się nie zdarzyło, dlatego pierwsze co zrobiliśmy po dotarciu do Matary to obiad w Pizzy Hut. Najdroższy fastfood świata smakował nam jak wykwintne danie. 


Wytargowaliśmy tuk-tuka (róbcie to zawsze, nie ustępujcie;) i w końcu nadszedł czas na zrzucenie plecaków. Jeden dzień spędziliśmy w Mirissie, ciesząc się wieczorną fiesta na plaży i zajadając się specjałami w restauracji Amarasinghe (zupa rybna rzuca na kolana!). Kolejne 3 dni mieszkaliśmy w Weligamie, w cudownym cichym pensjonacie położonym nad rzeką, w którym zasypialiśmy pośród odgłosów lasu, a budziły nas śpiewy muezina i zapach domowego śniadania (Luvi Lucas Riverside).




Dwa ostatnie dni przeznaczyliśmy na Kolombo, czyli największe miasto na Sri Lance, mylnie brane za stolicę, którą de facto jest Sri Dżajawardenepura Kotte położona nieopodal. Kolombo wszyscy nam odradzali jako brzydkie, zatłoczone i nieciekawe. My lubimy azjatyckie miasta i za nic mieliśmy sobie zniechęcające komentarze. Jak zwykle mój upór wyszedł nam na dobre, bo Kolombo jest totalnym przeciwieństwem reszty Sri Lanki. Miasto zdaje się być oderwane od lankijskiej rzeczywistości, bardziej przypominając arabską aniżeli azjatycką aglomerację. Ten kontrast dodał podróży smaku, dlatego polecamy by jeden pełny dzień przeznaczyć na zwiedzanie.

Dzień zaczęliśmy od flagowego lankijskiego deseru, którego nigdzie poza hotelową restauracją nie spotkaliśmy. Wattalappam jest pyszny i bardzo oryginalny w smaku. Pierwszym punktem programu był Old Dutch Hospital, który niegdyś służył jako szpital dla marynarzy, a obecnie jest punktem spotkań dla mieszkańców i turystów. Na jego terenie znajduje się kilka godnych polecenia restauracji i jedyny sklep, w którym na Sri Lance można kupić coś wartościowego (serio) Barefoot.

Później obeszliśmy Fort, zobaczyliśmy Pałac Prezydencki i dzielnicę byłych niewolników, czyli Slave Island. Następnie udaliśmy się do Cinnamon Gardens, czyli dzielnicy willowej. Wszystkie trzy kierunki są bardzo europejskie, czyste, schludne i uporządkowane. Największe wrażenie robi natomiast dzielnica Pettah, położona na wschód od fortu. Jest bardzo zatłoczona, nieokrzesana, przez co autentyczna. Warto również znaleźć chwilę na odpoczynek w parku. Na nas duże wrażenie zrobił Viharamahadevi Park, w którym w konarach drzew odpoczywają gigantyczne nietoperze, głośno przy tym krzycząc. Niestety roi się tam od bezpańskich psów, które tworzą wrogo do siebie nastawione watahy i prowadzą krwawe bójki o terytorium i jedzenie.


Koniec dnia najlepiej zakończyć oglądając zachód słońca nad portem. Wzdłuż chodnika ustawiają się sprzedawcy z wózkami z jedzeniem, a na skwerze rodziny i znajomi urządzają pikniki. To wszystko tworzy gwarną, sielską atmosferę.


Ponad 26 godzinny powrót do Warszawy przemilczę, bo nie jest to wspomnienie do którego chcę wracać, ale zdecydowanie mogę powiedzieć, że warto było. Odwiedzajcie Cejlon dziś, bo zaraz stanie się kolejną Tajlandią. Jedzcie tam, rozmawiajcie z rdzennymi mieszkańcami, surfujcie i nigdzie się nie spieszcie.


Hutton




poniedziałek, 3 sierpnia 2015

W dobrym klimacie


Dla niektórych osób radość wywołana oczekiwaniem na upragniona podróż jest infantylna. Czytanie przewodnika, planowanie, rozmyślanie to dziecinada nie mająca nic wspólnego z prawdziwym podróżowaniem. Robienie zdjęć i dzielenie się nimi ze znajomymi jest żałosne. No cóż, nazwijcie mnie bachorem, ale ja to po prostu kocham. Każdy aspekt podróży jest dla mnie ekscytujący i nie mam zamiaru zabijać w sobie wewnętrznego dziecka, tylko dlatego, ze ktoś ma ściśnięte poślady i tego samego wymaga u innych. Może jestem szajbusem, może jestem naiwna, dziecinnie się wzruszam na widok zwierząt, albo drażnię ludzi swoją ciekawością świata, ale mam to sobie za nic. Bo nie ma przecież nic gorszego niż stać się zgorzkniałym dziadem za młodu.

Jadąc na Sri Lankę spodziewałam się czegoś podobnego do Tajlandii, głównie dlatego, że Azja to w końcu Azja. Różna, ale podobna. Szybko zrozumieliśmy, ze Cejlon to zupełnie inny świat, o dziwo, bardzo Polakom bliski. 
W swojej ignorancji tropiki wrzuciłam do jednego worka pogodowego. W porze suchej ma być piękne, bezchmurne niebo i upalne temperatury. Sri Lanka bez kozery wytrąciła mnie z równowagi, serwując swoją interpretację indyjskiego przeboju "czasem słońce czasem deszcz". Niebo zachmurzone, nie było lampy, czasem też popadało, ale pogoda była bezsprzecznie piękna. Mniejsza spiekota dawała więcej energii do działania.

Po tranzycie w Hikkaduwie przenieśliśmy się do Midigamy, gdzie zostaliśmy na dłużej, zwiedzając południowe wybrzeże. Midigama to mała, rybacka wioska, w której poza stacją kolejową, obwoźną piekarnią i kilkoma kioskami spożywczymi nie ma w zasadzie nic. Nic więcej tam jednak nie potrzeba, bo jest to jedna z najlepszych reef breaków na wyspie (a kilka km dalej jest Weligama z beach breakiem dla mniej zaawansowanych). Pojedyncze pensjonaty i dużo lokalnej, życzliwej ludności żyjącej wolno, spokojnie i zgodnie z rytmem natury pozwala spojrzeć na codzienność w mniej europejski, zabiegany sposób. Jasne, lankijczycy dużo pracują, ale mają przy tym czas, żeby wyjść na deskę, albo rodzinny spacer brzegiem morza. A wraz z zachodem słońca aktywności  się kończą, wioska zasypia, a do życia budzą się olbrzymie nietoperze owocowe. Zdaje się, że nikt nie jest tu  szczególnie nieszczęśliwy z powodu takiego stanu rzeczy.

Co robić, gdy światło znika? Raz próbowaliśmy pospacerować, ale okoliczne psy głośno protestowały, a sąsiedzi stali jak wryci, dziwiąc się co Ci białasi wyczyniają. Dwóch skuterzystów chciało nam nawet przyjść z pomocą, bo nie mogli pojąć dlaczego z własnej i nieprzymuszonej woli chodzimy po okolicy bez wyraźnego celu. Myśleli, że się zgubiliśmy… Jak widać spacery ewidentnie nie lezą w centrum zainteresowania Lankijczyków, a my wiedzieliśmy, że po zachodzie słońca i kolacji czas spać.

A co robić w raju za dnia? Jako, że nasz pensjonat ukryty był w ogrodzie i dawał dużą dawkę spokoju, więc ciśnienie podnosiliśmy sobie przejażdżkami na skuterach zwiedzając okolicę.

Odwiedziliśmy ponoć ukrytą i dla turystów niedostępną plantację herbaty, ale jak przewodnik mówił do nas „po polsku” i opowiadał o naszej sytuacji politycznej, krytykując europejski kapitalizm w którym jest 50% bezrobocie (tak właśnie) to zaczęłam mieć wątpliwości. Nie mniej jednak dowiedziałam się jak wygląda herbata, które listki są najcenniejsze, widzieliśmy pracę zabytkowych wręcz maszyny i kosztowaliśmy prawdziwie cudownych mieszanek herbacianych. W oczy kuła mnie rzeczywistość w której to kobiety i tylko kobiety wykonują najcięższe prace w fabryce, za głodową stawkę, a przy tym są za to prawdziwie wdzięczne. Niemiłosiernie chude i wysuszone, wiecznie pochylone nad sitami, z brakami w uzębieniu uśmiechały się do nas, ale z ich oczu wydzierał smutek. W przerwach piły najtańszą herbatę (podobnie jak każdy Lankijczyk), bo ta lepsza przeznaczona jest na eksport.

Oglądaliśmy nieliczne świątynie, dużo bardziej ascetyczne i skromne niż te widziane w Tajlandii, ale równie majestatyczne.

Zawitaliśmy na latarnię morską w Galle, czując się bardziej jak w Dolinie Muminków, aniżeli w Azji. Roztaczał się z niej przepiękny widok, również w nieznane. Patrząc na południe nie było widać absolutnie nic, poza bezkresem oceanu. I tak podobno aż do Antarktydy.

Gdy nie chciało nam się jechać dalej to włóczyliśmy się po centrum Weligamy, przedzierając się przez wzburzone morze bazarów na których można kupić absolutnie każdy wyrób z nieatestowanego plastiku, kicz sakralny i indyjskie pumpy. Do tego pyszne owoce, świeżo złowione ryby i krewetki grillowane na miejscu (chociaż według lokalnej receptury, przez co smakowały wątróbką), herbaciarnie i naciągacze udający, że łowią ryby zawieszeni na kijku nad poziomem wody. Gdy przyuważyli, że robisz im zdjęcie od razu lecieli z wyciągniętą dłonią.

Matara, czyli najbliższe największe miasto jest oazą cywilizacji. Zdecydowanie polecam lokalną knajpę na dworcu (gdzie jedzący dłońmi mężczyźni milkną, gdy wchodzi biały człowiek, tak bardzo jesteśmy dla siebie nawzajem egotyczni) z wybornymi klasykami rice and curry, ale serwowanymi nie pod turystów. W tego typu knajpach napoje podają z rurką i nigdy, absolutnie nigdy nie próbujcie pić z gwinta, bo skończy się to roztrojeniem żołądka.
To czego nie polecam to jazda na skuterach po Matarze w godzinach szczytu. Tam każdy jeździ jak wariat, a ponieważ na Sri Lance ruch jest lewostronny, to wszystko wydaje się nienaturalne i fatalne w skutkach. 

Unawatuna jest mekką Rosjan, więc serdecznie odradzam. Sympatyzuję w tej kwestii z lankijczykami, którzy ich nie znoszą. Wyobraźcie sobie najgorszego Janusza w żonobijce, klapkach Kubota, złotym łańcuchem na szyi, gardzącego każdym napotkanym człowiekiem i pomnóżcie to przez 100. Tak wygląda Unawatuna, chociaż miejscowość przyrodniczo jest niezwykle urocza. Klimat jednak rozpłynął się w rosyjskim techno.

Jungle Beach jest świetna na sjestę. Stosunkowo mało ludzi, fajna, ciepła zatoka, leżaki i owocowe lassi. Kilka godzin można tam spędzić bez żalu, szczególnie, że obok są dwie piękne stupy i zapierająca dech w piersiach panorama.

Plażę Koggala polecam fanom kąpieli. Fale są delikatne, a woda ciepła jak zupa. Mogłabym w niej siedzieć i dwa dni. Dwa tygodnie. Wieczność! A co najlepsze, poza nami nie było nikogo.

Ale jeśli wolicie tłumy to zdecydowanie jedźcie do Mirissy. Najbardziej turystyczna z miejscowości na południu, zatłoczona, głośna, ale przez to wcale nie mniej piękna. W nocy księżyc odbija się od wzburzonego morza, fale podmywają beach bary, psy latają pomiędzy nogami wesołych Lankijczyków, zaczepiając jedzących turystów. Jest tam też jedna z najlepszych knajp w której jedliśmy, Amarasinghe Guest House, gdzie wszystko smakuje przepysznie, mimo, że trochę trzeba się naczekać. Jeśli nie na dłużej, to warto tam pojechać choćby na dzień na plaży lub surfing. 
Po kilku dniach spędzonych w gościnie w Subodinee Guest House, gdzie poznaliśmy prawdziwą, domową kuchnię lankijską (zamieszkajcie tam choćby dla tych pysznych kolacji) byliśmy gotowi do dalszej podróży w głąb wyspy.

Subodinee Guest House, widok z pokoju. Cisza absolutna, pyszna kuchnia, a w ogródku trzymali cielaczka.
Plaża 4 min od domu.
Śniadanie, czyli ryżowe płatki z bananem, ananasem + jogurt naturalny do tego. Pyyyszne!
Kolacja każdego dnia była inna. Zawsze 2 lub 3 rodzaje curry, biały ryż, ziemniaki smażone na głębokim oleju, krewetki, ryby, kalmary, smażone owoce dyni lub cukinia, prażona cebula, szakszuka, no było w czym wybierać.
Inna opcja na śniadanie - hoppersy z kokosowym sambalem.
Typowy widok na koniec każdego dnia...
Plaża w Weligamie.
Szkoła surfingu w Weligamie.
Pierwsze kroki na białej wodzie :)
Tuńczyk, trochę wątrobiany.
Zabójstwo krewetek, czyli smak bardzo wątrobiany, aż płakać mi się chciało nad tak zepsutą potrawą.
Centrum Weligamy.
Weligama
Kotów na Sri Lance praktycznie nie ma, ale jak już są to Cię kochają.
Byłam trochę rozczarowana, bo arbuzy na Sri Lance są żałosne - małe, wodniste i drogie. Byliśmy poza sezonem na mango, więc jedliśmy głównie ananasy i banany.
Weligama
Fabryka herbaty.
Plantacja herbaty.
Wielki Budda
Jedna z bogatszych świątyń.
Droga do latarni morskiej w Galle.


Bezkresny ocean



Matara, stupa na wyspie.
Stupa niedaleko Jungle Beach.




Jungle Beach
Mirissa