Alice in Warsawland: 2015

środa, 18 listopada 2015

Eat Pay Shop, czyli wakacje na Bali

Nie wybieramy sobie miejsca urodzenia, ale ja jestem pewna, że bocian upuścił mnie w złej strefie klimatycznej. Tak naprawdę celował w tropiki, niestety w locie złapał go skurcz i wyrzucił mnie nad biegunem zimna. Mogło być gorąco, a wyszło jak zwykle.

Kocham upały. I bazary, arbuzy, morską otchłań, bujną roślinność i mniej lub bardziej dzikie zwierzęta. I tak się składa, że to wszystko znajduję w Azji, razem z wszechobecnym chaosem, smrodliwymi wyziewami spalin i brudu, z brakiem szczątkowych zasad BHP. Ale mnie to nie odstrasza, bo ja Azję kocham bezwarunkowo, ze wszystkimi jej wadami i dziwactwami. A marzyłam o niej odkąd pamiętam. A z marzeniami tak bywa, że się nie starzeją i nie wychodzą z mody, zastygają w określonej formie. I tak chyba trochę wyszło z Bali, które rozwinęło się szybciej niż moje o nim wyobrażenie. 

Bali w języku indonezyjskim oznacza "ofiarę przeznaczoną dla Bogów". Wyspa na pocztówkach piękniejsza od słońca, zielona od tarasowych pól ryżowych, tętniąca życiem na wybrzeżu, pękająca w szwach od świątyń, budząca respekt ze strony wulkanów i pozwalająca się rozpłynąć w lazurowej wodzie. A jaka jest Bali w 2015 roku oczami turysty? Przede wszystkim zurbanizowana.

Boczna uliczka w Seminyaku
Wielka trójca, czyli Kuta, Legian i Seminyak, to nic innego jak wielkie centrum handlowe położone nad Oceanem. To tez dowód na to co dzieje się z poczciwymi Azjatami, gdy wkracza zachodni kapitał, a wraz z nim zachodnie zwyczaje.

- Do you have lassie? – pytam młodego Balijczyka, ubranego na zachodnią modłę.
- No mate, but Mohito happy hour just started! – odpowiada z wyćwiczonym australijskim akcentem.
Konsumpcjonizm nie na polskie kieszenie, bardzo mocno dostosowany pod zachodniego turystę, ze szkodą dla lokalnej tradycji i przyrody. Trzeba przyznać, że miasta są bardzo skrupulatnie sprzątane, przez co sprawiają wrażenie zadbanych, ale jednocześnie zatraciły gdzieś po drodze swoją azjatyckość. Butik na butiku, stragan na straganie przyprawiają o zawrót głowy i nieprawdopodobnie męczą. Tych co zakupy lubią wielością wyboru, a tych co za nimi nie przepadają doprowadzają do szału.


Yes, taxi Boss, yes? Viagra? Mushroom boss? Surping lessons? Massage? Whatever you like boss.

Nie mniej jednak trzeba to zobaczyć, żeby uwierzyć. Tak, utoniemy w niewyobrażalnych korkach samochodów i skuterów, tak, udusimy się od spalin i tak, wydamy wszystkie pieniądze, ale warto to przeżyć, żeby poznać wszystkie odcienie Bali. 
Seminyak
Na osłodę powiem, że Balijczycy są wspaniali. Czasem w pierwszym kontakcie mogą wydawać się poważni i lekko zdystansowani, ale już po krótkiej wymianie zdań uśmiechają się i wypytują o to skąd pochodzisz i jak Ci się wiedzie. Są ciekawi świata, bo sami rzadko podróżują. Większość z nich nigdy nawet nie opuściło Bali, nie poznało żadnej z 17 tysięcy indonezyjskich wysp i nie leciało samolotem, mimo, że mają blisko 70 lokalnych linii lotniczych (ponad 50 z nich ma zakaz wkraczania w europejską strefę powietrzną, ponieważ nie spełniają norm bezpieczeństwa). Wakacje nie są popularną koncepcją, chyba, że dłuższy weekend z dziećmi u rodziny, rzadziej w hotelu. Utrzymanie na podstawowym poziomie jest możliwe, ale jakiekolwiek zachodnie ekstrawagancje drogo kosztują. Przykładowo dzienne wyżywienie 4 osobowej rodziny i kilku zwierząt domowych to 50 000 rupii, niecałe 14 złotych. Czyli roczne wyżywienie kosztuje ciut więcej niż iPhone 6s, marzenie wielu. Samsung Galaxy to zło konieczne, drugi wybór, które można kupić już za jedyny 1 mln IDR.

Balijczycy są bardzo religijni. Każdy dzień zaczynają od jadźni, czyli ofiary, którą wystawiają na chodniku przed domem lub sklepem oraz przy świątyniach. Praktykują 5 typów ofiar - dla wszystkich bóstw, dla wszystkich żyjących stworzeń, dla przodków, dla Boga Stwórcy i dla innych ludzi, głównie potrzebujących. 

Poza codzienną praktyką bardzo ważne są obrzędy – narodziny dziecka, ślub, pogrzeb. Wyprawienie tradycyjnego ślubu z weselem dla przyjaciół i rodziny kosztuje średnio 30 mln IDR, a bez niego można zapomnieć o zamieszkaniu z ukochaną i założeniu rodziny. Nie dziwi zatem fakt, że przeciętny Balijczyk przeznacza 40% miesięcznych zarobków na cele religijne.
Drugą najważniejszą kwestią po religii jest ryż. Prawie każdy Balijczyk ma swój kawałek pola ryżowego, który z namaszczeniem uprawia, zbierając 3 razy w roku plony własnej pracy. W końcu ryż to tradycja, świętość, życie. 
Rytm dnia poza religią wyznacza praca. Zawodów jest pełno, od tak osobliwych jak wytwarzanie artykułów sakralnych i struganie posągów, do bardziej praktycznych, jak kierowca czy masażysta, ale największą renomą cieszą się fuchy państwowe. Zostać nauczycielem, policjantem czy urzędnikiem to synonim sukcesu. Nie dość, że pracują krótko i mogą pozwolić sobie na drugi, komercyjny etat, to jako jedna z nielicznych grup zawodowych otrzymują  emeryturę i benefity (dodatki na dzieci i niepracującego współmałżonka). A jak się załapać na tak intratną posadę? Oczywiście najpierw trzeba mieć znajomości i dać pokaźną łapówkę. Ach, brzmi znajomo J

Balijczycy są pozytywnie nastawieni do turystów i co ciekawe, doskonale wiedzą gdzie jest Polska i znają wiele faktów z naszej historii (choć spotykały nas niespodzianki w postaci pytań dlaczego nie mówimy po niemiecku i mamy inną walutę niż euro), a to wszystko za sprawą Roberta Lewandowskiego. Na Bali zna go każdy, bo Indonezyjczycy to wielcy fani piłki nożnej. Do tego są niewyobrażalnie muzykalni i to w tym dobrym sensie. Kochają karaoke i mają zaskakująco dobre głosy. Lubią jazz, indie, pop, także nie musicie się martwić o zażynanie uszu azjatycką kakofonią tak popularną w Tajlandii czy na Celjlonie. 

Balijczycy są również bardzo rodzinną nacją. Ich domy są prowadzone w tradycyjny sposób, głównie przez kobiety, podczas, gdy mężczyźni pracują zawodowo, to one dbają o ognisko domowe. Kobiety zajmują się jednak nie tylko gotowaniem i sprzątaniem, ale też remontami i renowacją domowych świątyń – noszenie kubłów wypełnionych cementem lub cegłami na głowie to bardzo częsty widok. Zapytałam jednego z naszych kierowców co myśli o równouprawnieniu, to powiedział, że gdy kobieta zaczyna narzekać to przestaje ją słuchać. Praktyczna i międzynarodowa rada.

Wróćmy jednak do Bali. Na południowo-zachodnim wybrzeżu największe natężenie chaosu jest w Kucie, gdzie do mieszanki konsumpcjonizmu trzeba dodać bogate życie nocne niemających wstydu Anglosasów. Kuta jest żywa w każdym tego słowa znaczeniu. Nigdy nie widziałam, by zachód słońca był tak obtańczony, obśpiewany, obfotografowany i obklaskany jak na tej części plaży. A to wszystko przy pokazie surfingu na światowym poziomie. Nie powiem, miało to magiczny klimat.

Zachód słońca w Kucie
Seminyak jest bardziej przyjazny, wolny od klubów, nieco spokojniejszy, cichszy, wolniejszy, ale droższy. Bardziej dostosowany do preferencji rodzin z dziećmi niż szalejących poszukiwaczy wrażeń. Za to obydwa miejsca, zlewające się obecnie w jeden region mają dostęp do szerokiego pasa plaż ciągnącego się przez 12 kilometrów. To wynagradza inne niedociągnięcia i pozwala się zregenerować. Można surfować, można się kąpać, ale ważne by wybrać miejsce z dala od wpadających do Oceanu rzeczek ściekowych czy świątyń (często natrafialiśmy na obrządki hinduistyczne na plaży, które kończy składanie darów do Oceanu).
A na koniec dnia możemy jeść, jeść, jeść oraz pić, pić i pić. A skoro o jedzeniu już mowa…

Jedzenie na ulicy, tak charakterystyczne dla Tajlandii, Malezji czy Wietnamu, na Bali praktycznie nie istnieje. Zapomnijcie o wszechobecnych, nocnych food marketach z których słynie Azja południowo-wschodnia, ale w zamian za to znajdziecie knajpy serwujące prostą, acz smakowitą kuchnię. 
Nasi goreng
Owszem, duża większość to drogie (warszawskie ceny) turystyczne restauracje (tzn. drogie dla większości Polaków, bo turyści z zachodu są zachwyceni), ale jak trochę poszukacie to znajdziecie indonezyjskie restauracje z przystępnymi cenami. Jak zwykle nasze kroki kierowaliśmy do lokalnych miejscówek, w których żywią się sami mieszkańcy. Tutaj jednak lokalsi rzadko jadają na mieście, bo jest to dla nich zwyczajnie drogie.

Moc ryżu, czyli Babi Guling, Nasi Campur i satajki
Również w kuchni czuć mocne, zachodnie wpływy. Na każdym kroku znajdziemy restauracje serwujące potrawy kuchni włoskiej, greckiej, amerykańskiej. Makarony, pizze i burgery to moim zdaniem przekleństwo Bali, którego nikt tak naprawdę nie chce. Balijczycy bez porcji ryżu nie czują sytości, a turyści nie po to zmieniają strefy czasowe, by paść się włoskim makaronem. Owszem, po pobycie dłuższym niż kilka tygodni można zatęsknić za urozmaiconą kuchnią, ale proporcje niepotrzebnie aż tak się odwróciły.

Dziwna była ta pizza, ale musiałam ją zjeść, bo do obozu wdarło się zatrucie pokarmowe i głośno protestowało przeciwko moim planom na indonezyjski obiad ;)
Dla chcącego jednak nic trudnego. My codziennie jedliśmy same indonezyjskie przysmaki: Nasi Goreng, Nasi Campur, Mie Goreng, Gado-Gado, Sataye, Babi Guling, Cap Cai, Lawar, Tempe. Wszystko świeże, pysznie przyprawione, tanie i autentyczne. 

Gdy poprosiłam naszego kierowcę i przewodnika, żeby nas zawiózł na prawdziwy, balijski obiad, był w szoku, że tak chcemy jeść. A potem był w jeszcze większym szoku jak zobaczył, że nie płakaliśmy od ostrych przypraw. Mimo, że mięsa praktycznie nie jadam, muszę przyznać, że Babi Guling to była najlepsza wieprzowina jaką w życiu kosztowałam.
Azjatyckim zwyczajem największe posiłki jedliśmy na kolację. Kurczak teryaki, krewetki z różnymi sambalami, a ostatni talerz to Babi Kecap, Ayam Sambal Matah, Tempe Manis i wiele więcej w Warung Biahbiah w Ubud.
Indonezyski pomysł na śniadania - naleśniki z mąki ryżowej z bananmi, nasi goreng (bo jego można jeść na każdy posiłek) i jarski wrap z frytkami z batata.
Gado-Gado, czyli obowiązkowy punkt programu z obłędnym sosem orzechowym, a obok krewetki w panierce kokosowej. 
Ładne z pewnością to nie jest, ale pudding z czarnego ryżu i cukru palmowego warto spróbować, żeby się przekonać, że jest pyszny, choć zbyt słodki, ale wiadomo, Azja.
Po kilku dniach spędzonych nad Oceanem wód i wydatków, zaliczając po drodze przepiękną świątynie Ulu Watu (pod którą dostaliśmy 100 zł mandat za nieposiadanie międzynarodowego prawa jazdy, znany policyjny chwyt na niewyedukowanych turystów) w której małpy kradną wszystko, włącznie z okularami i czapkami, które nosimy na głowach, pojechaliśmy do rozsławionego od morza do morza Ubud.


Każdy kto oglądał film z Julią Roberts „Jedz, módl się, kochaj” wie, że Ubud to oaza spokoju, centrum kultury i źródło balijskiej tradycji. No powiem Wam, że i tym razem mocno się spóźniłam, myślę, że o jakieś 30 lat, bo w chwili obecnej Ubud jest tak samo komercyjne jak reszta widzianej przez nas wyspy. Co śmieszniejsze, jest to w części pokłosie wspomnianego filmu, po którym Bali stało się najczęściej wybieraną destynacją do zamieszkania przez Amerykańskich i Australijskich emerytów, ale nie tylko! Podobno na Bali żyje już ponad 40 tysięcy Francuzów i to oni trzęsą przemysłem restauracyjnym i hotelarskim. Co więcej, każdego dnia ponad 100 osób (turystów z zachodu, ale również z Azji) odwiedza blisko 100 letniego Ketuta, czyli duchowego przewodnika Julii Roberts. Wszyscy niby wiedzą, że jego wróżby są tak wartościowe, jak te z chińskich ciasteczek, ale i tak stoją w długich kolejkach i płacą 30$ za kilka minut uduchowienia. Magia kina, cóż zrobić.
Pura Taman Kemuda Saraswati
Mnie klimat Ubud odpowiadał, mimo zatłoczenia czuło się tam pozytywną energię. Olbrzymie nagromadzenie domowych świątyń, z przepięknymi, rzeźbionymi drzwiami i ołtarzami chronionymi przez piętrowe dachy plecione z liści specjalnej odmiany palmy, obrzędy religijne, tańce po zmroku, nocne bazary, wyśmienite jedzenie. Było w czym wybierać. 
Zwiedziliśmy przepiękne tarasowe pola ryżowe, w tym Jatiluwih, którego zieleń zdaje się nie mieć końca. Kąpaliśmy się pod wodospadem z ciepłą wodą, pod którym myślałam, że urwie mi głowę, a kostium odpłynął w siną dal, a mimo wszystko nie chciałam stamtąd wychodzić. 
Tegallalang
Tegenungan
Byliśmy w świątyni wykutej w skale i w takiej zbudowanej na świętych źródłach, gdzie dzieci bawią się w wodzie niczym na lekcjach WF-u. Odwiedziłam „Jaskinię Słonia” w której nie ma tlenu, zaduch od palonych kadzideł drażni krtań i oczy, a mimo tego wierni są w stanie się w niej modlić. Byliśmy na plantacji kawy, gdzie łaskuny trzymane są w klatkach, a mimo tego przewodniczka bez mrugnięcia okiem mówiła, że kopi luwak pochodzi tylko i wyłącznie z odchodów zwierząt wolno żyjących w dżungli. Piliśmy też niewyobrażalnie słodkie kawy, które dla Balijczyków są jak w sam raz. 

Gunung Kawi
Pura Tirta Empul
Staw w Pura Tirta Empul z karpiami koi większymi od kotów.
Elephant Temple
Podziwiałam świątynię na jeziorze, które akurat było częściowo wyschnięte, a i tak onieśmielała swoim pięknem. Byliśmy w przepięknym małpim lesie, w którym makaki zawładnęły rzeczywistością i robią sobie małpie figle na głowach turystów, kradnąc ich okulary, komórki, czapki i inne dobra, za które można wymienić się później na banana lub batonika.
Pura Ulun Danau Bratan
Monkey Forest
Monkey Forest
Monkey Forest
Moje ulubione zwierzaczki z Ubud. Po prawej goldenek podczas kary za kąpanie się w domowej fontannie.
Po Ubud, okrężną drogą dotarliśmy na 1,5 dnia do Sanur, by odpocząć przed wyprawą na Gili. Sanur zdaje się być opuszczonym kurortem, nie takim, który nie jest zatłoczony, bo sobie tego nie życzy, tylko takim, który by bardzo chciał być modny, ale nie wyszło. Puste plaże, wymarłe stragany, nieuczęszczane hotele. W dodatku gigantyczna rafa koralowa sprawia, że morze z tej strony wyspy stoi, a odpływy pokazują kilometry mielizny. Na szczęście pobyt umiliło mi jedno z najlepszych jakie w życiu jadłam sushi i poznałam szalenie ciekawego 60-latka, emigranta z RPA, od 15 lat mieszkającego w Australii, którego na Bali ściągnął azjatycki portal randkowy na którym poznał kobietę marzeń. Niestety, ta wystawiła go do wiatru jak jeszcze był w samolocie i tym samym został sam na nieznanej sobie wyspie, nie posiadając nawet przewodnika, ale w ogóle nie tracąc dobrego nastroju. Co ma być to będzie, stwierdził, że ma iPada z internetem,  a to najważniejsze. Podzielił się ze mną również swoją pasją – pisaniem romantycznym historii o ludziach i zwierzętach. A to wszystko przy śniadaniu J
 
Plaża w Sanur. Spokojnie, to odpływ.
Trzy maleńkie wysepki Gili przy większym Lomboku to według Lonely Planet raj na ziemi, Bali sprzed boomu turystycznego. Największa i najbardziej rozwinięta Gili T (Trawangan) słynie z imprez do białego rana, mniejsza Gili Air  zachwyca bujną roślinnością, a Gili Meno to oaza spokoju, na której nic się nie dzieje, nie ma hałasu, ludzi, jedynie koty i morze. 
Gili T
Nie potrzebowałam długiego namysłu, żeby wybrać i po 1,5 godzinnym rejsie zobaczyliśmy Gili Meno.  Ponieważ postój w „porcie” był niemożliwy z powodu silnych prądów, wysadzono nas z drugiej strony wyspy, jakieś 200 metrów od brzegu. Spacer po rafie z 15 kg obciążeniem nie należał do przyjemnych, ale uwierzcie, woda miała z 40 stopni. Czułam się jak w wannie, więc nie było na co narzekać! Na brzegu zobaczyliśmy wysuszone na wiór drogi, pełne lepkiego i cholernie gorącego miału, oblepiającego stopy. Opuszczone, zupełnie zdemolowane ex-kurorty na powitanie straszyły turystów, a lokalna ludność zdawała się ich nie zauważać. Nasz hotel, położony nad słonym jeziorem, był przepiękny, luksusowy i francuski. Panowała w nim jednak dziwna atmosfera, albo jak niektórzy to nazwali, typowo francuska atmosfera. Obsługi nie było, basen świecił pustkami, właściciele szeptali między sobą, tu i ówdzie wisiały kartki z regulaminami jak należy, a jak nie należy się zachowywać… Później dowiedzieliśmy się (w prawdzie od konkurencji), że właściciel jest szaleńcem, bił kijem podwładnych i pewnego dnia wszyscy się zwolnili, nikt nowy do pracy nie chce przyjść, więc francuska rodzina musi radzić sobie sama. Mimo tego bungalow był bardzo wygodny i przestronny, dało się w nim doskonale wyciszyć. Co śmieszne, z kranu płynęła słodko-słona woda, co jest typowe dla Gilisów, gdzie nie ma kanalizacji.
Spacer pobudzający krążenie
Na szczęście to nie nasz...
Ten był nasz :)
Czy Gili to raj? Pewnie dla wielu tak, ale nas to miejsce trochę przygnębiało, za dużo kontrastów na zbyt małej przestrzeni. Wybrzeże wyspy faktycznie było przepiękne, z jednej strony plaża piaszczysta, a morze pozwalało na kąpiele. Z drugiej plażę szczelnie pokrywała wymieciona z morza rafa koralowa, a do morza wejść było trudno, rafa raniła stopy. O snorkeling przy brzegu można było zapomnieć, fale wzburzały drobny piasek, przez co widoczność była zerowa. Płycizna utrzymywała się kilkaset metrów, a następnie był duży spadek głębokości, co dla mnie, słabej pływaczki nie było zbyt komfortowe, bo prądy przy Gili są silne.
Wybrzeże z widokiem na Gili T

Ładne bungalowy też są!
Oni nie wiedzą co mają...
Budowaliśmy zamki z rafy
Wnętrze wyspy wołało natomiast o pomstę do nieba. Poznałam azjatyckie realia, kocham Azję taką jaka jest, ale takiego pierdolnika nie widziałam nawet w powojennej Sri Lance. Syf niewyobrażalny, niczym na mazowieckiej wsi, z całym szacunkiem dla Mazowsza. Powycinane zarośla pod uprawę palm, wszędzie leżały suche, obumarłe liście i skorupy kokosów. No około domów wysypane śmiecie w których grzebały kury i załatwiały się krowy. Szmaty suszące się na sznurkach rozciągniętych od anteny satelitarnej do kurnika, dziurawe materace na dziurawym płocie, zużyte butelki po wodzie piętrzące się na stosach. A gwoździem do trumny rozczarowania był brak obiecywanych kotów! 
Krowo-sarna
Wyspy Gili nie mają dróg i transportu spalinowego, jedynie zaprzęgi konne i rowery. Nie mają kanalizacji, nie mają regularnego oświetlenia, więc latarka jest koniecznością. Jeśli potrafisz cały dzień leżeć w ciszy na plaży i patrzeć w ocean, to miejsce Ci się spodoba. Jeśli potrafisz się odciąć od zupełnie bezsensownego syfu, wynikającego z biedy, lenistwa i braku edukacji, to miejsce Ci się spodoba. Jeśli nurkujesz z butlą albo snorklujesz z rurką, to miejsce Ci się bardzo spodoba. Rafy są przepiękne, mienią się milionem barw. Do tego przeróżne pod względem kształtu i kolorów ryby, manty i żółwie, z którymi i nam udało się popływać. Takie momenty zapierają dech w piersiach i to dla nich warto znosić przeróżne niedogodności. Szkoda, że Azjaci nie chcą zrozumieć, że tak długo będą zarabiać na turystach, jak długo zadbają o nieziemską przyrodę swojego otoczenia.
Ostatni zachowany artefakt
Mikro konie, czyli taxówki na Gili
Gili T
Ostatnim punktem podróży była Dżakarta, stolica nosząca niechlubne miasto najbrzydszego miasta świata. Nam ciężko aż tak krytycznie na nią spojrzeć, ponieważ mieszkaliśmy w centralnej, biznesowej dzielnicy, a większość czasu spędziliśmy albo w domu albo w samochodzie. Faktycznie, Dżakarta do urodziwych nie należy, jest dość posępna i przemysłowa, tzw. poziom zero tworzą często ruiny budynków, a do tego jest fatalnie zakorkowana. Przemieszkanie się po mieście jest męczące, śmierdzące i powolne. Z punktów turystycznych zwiedziliśmy stare miasto i słynną restaurację o kolonialnym charakterze, Cafe Batavia. Na placu Indonezyjczycy z Jawy i Sumatry robili sobie z nami zdjęcia, dzieci zaśmiewały się na widok przebierańców w strojach Kubusia Puchatka, Doreamona i Son Goku, a dorośli jeździli na kolorowych holenderkach. Europejska nostalgia w azjatyckim wydaniu.
Kota Tua
Cafe Batavia
17 dni minęło błyskawicznie, wróciłam i zastanawiałam się kiedy to wszystko się wydarzyło, przecież ja dopiero zaczęłam się rozkręcać. Czy na Bali wrócę? Nie sądzę (mimo, że absolutnie nie żałuję, że ją zobaczyłam), ale za to bardzo chciałabym poznać Sumatrę, Borneo, Sulawesi i inne indonezyjskie wyspy. Mam nadzieję, że to będzie możliwe, że Indonezja się odrodzi, że rozległe pożary lasów i torfowisk w końcu zostaną ugaszone, a wnioski na trwale wyciągnięte. Tyle się teraz mówi o zbrodniach człowieka przeciwko ludziom i przyrodzie, a temat indonezyjskiego dramatu jest tak wytrwale w mediach polskich omijany. To wszystko zaczęło się, gdy tam jeszcze byliśmy, ale nikt nie spodziewał się takiej zagłady. Dlaczego tak się stało? Posłuchajcie TUTAJ 
A jak już posłuchacie zastanówcie się nad podpisaniem petycji. To jedna z niewielu rzeczy, które możemy dla siebie i innych zrobić. 



Kilka przydatnych cen:

Taxi z lotniska Denpasar do Seminyak 300-350k
Taxi z Seminyak do Ubud 250-350k. 10osobowy bus kosztuje 70-80k/os i  tę opcję rekomenduję.
Wynajem skutera na 1 dzień- 30k
Wycieczka całodniowa po okolicy Ubud- Tirta Empul, Kiwi, Elephant Cave, coffee plantation,Tegalaland Rice Fields i Tegenungan Waterfall, w klimatyzowanej taxówce, z prywatnym kierowcą - 450k/dzień
Wycieczka z Ubud z prywatnym kierowca do Pura Bratan, Jatiluwih, kończąć w Sanur - 650k
Fastboat na Gili 800k w obie strony, 1000-1200k średnia cena
Lekarz 700k
Sznurkowe bransoletki 20-30k, Koralikowe bransoletki 40-120k
Srebrna biżuteria tak popularna na Bali zaczyna się od 70k. Pierścionki ok 250-800k. Bransoletki ok 1000k
Puszka Coca-Coli - 7k 
Kokos - 10-20k (30 to naciąganie)
Nasi goreng 20-30k - to lokalna cena. W restauracja dla turystów 60-80k
Gado Gado 15-30k. W turystycznych ok 60k
Owoce morza 60-120k
Wejście do świątyni – 15k Wejście na wodospad – 10kLeżak na plaży na cały dzień - ok 150k