Alice in Warsawland: 2012

piątek, 30 listopada 2012

Superkobiety czy Superofiary?

Adriana Lima przeszła po wybiegu Victoria’s Secret dwa miesiące po porodzie. Miranda Kerr po trzech miesiącach brała już udział w sesjach zdjęciowych, Halle Berry po niespełna czterech. Jennifer Lopez w siedem miesięcy po urodzeniu bliźniąt wzięła udział w triatlonie. Rekordzistką jak dotąd jest Heidi Klum, która zaledwie 5 tygodni po narodzinach córki zaprezentowała światu swoje skąpo odziane po-porodowe ciało.

Plastyka brzucha, odsysanie tłuszczu, luksusowe kosmetyki, prywatni trenerzy, dietetycy, kucharze, niańki, pomoce domowe, sprzątaczki, surogatki… Wszelka możliwa pomoc w drodze do idealnego ciała jest na wyciągnięcie celebryckiej ręki, ale zastanówmy się czy boginie naszych czasów są społecznie uprzywilejowane czy de facto upośledzone?

Ludzie często powtarzają konsumpcyjne mantry: „Bogactwo wszystko ułatwia”, „Bogaci mają lekkie, wspaniałe życie”, „Piękni są szczęśliwsi”. Mało kto zastanawia się nad wysokością ceny, którą „bold and beautiful” płacą za bajkę w której żyją.

Nie jest niespodzianką, że kanony urody kobiecej wyraźnie się zmieniły. W czasach, gdy świat był typowo męski, kobiety wyróżniały się krągłościami, pulchnością wręcz. Fala feministycznej rewolucji doprowadziła do mniejszego lub większego równouprawnienia i co nastąpiło? Kobiety z własnej woli chcą wyglądać jak mężczyźni – są kościste, żylaste, wychudzone. Taki kanon marketingowcy skrupulatnie lansują, a nam się to siłą rzeczy podoba. Kult, niedługo już androgenicznego ciała, trwa w najlepsze ku uciesze homoseksualnych designerów. Możemy to krytykować i się oburzać, ale czy nie jest prawdą, że większość z nas ten właśnie obraz trzyma na estetycznym ołtarzyku w swoim umyśle? Ave Ciara! Chwała Ci Gisele i Jessico Biel!

Na szczęście trendy wciąż ewoluują i modę na kości stopniowo zastępuje moda na zdrowe, lekkoatletyczne sylwetki. Problem jednak pojawia się wtedy, kiedy wielomilionowe kontrakty zmuszają kobiety do nienormalnego przewartościowania ideałów i burzą biologiczny sens bytu. Bo co innego chudnąć i tyć na zawołanie dla ciekawych ról aktorskich, Oscarów, splendoru, kosztem zdrowia jedynie własnego, a co innego robić to kosztem własnych dzieci.

Bielizna Victoria’s Secret jest jakościowo średnia, designersko niewyszukana a już na pewno nie adresowana dla kobiet o większych biustach. To co świadczy o sukcesie marki to otoczka - bajkowy merchandising, romantyczna i seksowna zarazem oprawa wielomilionowych pokazów mody, które są jednymi z najbardziej wyczekiwanych wydarzeń sezonu i najpiękniejsze kobiety świata prezentujące finezyjne kostiumy. Wszystkie to daje świadectwo cielesnego ideału będącego rzekomo w zasięgu plebejskiej ręki. Obejrzawszy bowiem tę anielską bajkę, aż chce się popędzić do butiku V’sS wierząc, że zakupione tam majtki staną się amuletem, lampą Alladyna, która po potarciu zmieni nas w Mirandę Kerr, Adrianę Limę czy Alessandrę Ambrosio. Genialne! Stratedzy, mazeltov, świetna robota! Szkoda tylko, że to jest przerażające nienormalne!

Na pewno pojawią się opinie, prawdziwe zresztą, że te piękne, sławne kobiety, z racji zawodu na który się zdecydowały, muszą w siebie inwestować. Wiedziały na co się decydują i nie ma nic złego w tym, że kobieta chce od życia czegoś więcej niż zmieniania pieluch, pilnowania pór karmienia i projektowania przyszłości małego człowieka. Kobiety chcą spełniać się zawodowo, chcą realizować marzenia, nie chcą z niczego rezygnować.

Absolutnie się z tym zgadzam, ale zastanówmy się przez moment. Pod jak wielką presją trzeba być lub jakie pranie mózgu należałoby przejść, żeby priorytetem kobiety po porodzie był błyskawiczny powrót do sprawności fizycznej, a nie w pierwszej kolejności opieka nad noworodkiem? Czy biologicznie naturalne i w ogólnym pojęciu zdrowe jest tuż po narodzinach dziecka zamykać się na długie godziny w sali treningowej, spływać strugami potu ze skatowanego ciała, wcześniej wymęczonego ciążą, aby potem pomagać w tworzeniu iluzorycznej wizji Superkobiety? Czy coś by się stało, gdyby te kobiety wolniej niż w kilka tygodni wracały do idealnych sylwetek? Czy naprawdę mniej par majtek by się sprzedało? Dlaczego przemysł zmusza kobiety do zamieniania się w roboty?

Sławne kobiety przestają karmić noworodki piersią, bo może im zwiotczeć skóra. W pierwszych, najtrudniejszych tygodniach ich życia, kiedy to budowana jest wyjątkowa więź matki z dzieckiem, zajmują się odchudzaniem, a nie przytulaniem i pielęgnowaniem. Niestety, ale tych obowiązków nie można przełożyć na później. To jest tworzenie kłamliwej wizji macierzyństwa i kobiecości, która nie ma nic wspólnego z prawdą. Młode matki, które bynajmniej celebrytkami nie są, nie radzą sobie z tak wysoko postawionymi poprzeczkami. Czują, że zawodzą jako kobiety, żony, kochanki. Abstrahując już bowiem od ograniczonego czasu, to kogo stać na prywatnych trenerów, kucharzy i masażystów? Kilka lat temu BabyCenter przeprowadziło sondę wśród kobiet, pytając co czują patrząc na młode matki-celebrytki o nieskazitelnych figurach. 31% wyraziło złość z powodu narzucania dodatkowej presji, a 24% określiło się jako permanentnie z tego powodu przygnębionych.*

Mądre, silne i odporne na manipulacje kobiety racjonalizują i nie dają się mediom omamiać, ale szerokie grono mniej świadomych bądź bardziej przewrażliwionych dziewczyn popada w melancholię i kompleksy. A wszystko w imię sztucznie stworzonych standardów. Jak to powiedział mój kolega: „Kobiety są teraz tak chude, że nawet nie ma co malować!”. Pogląd wart przemyślenia.


*Miranda Kerr takes clothes off 10 months after giving birth

Adriana Lima walks the catwalk — two months after giving birth

piątek, 16 listopada 2012

Tak słodko, że aż...

„Spraw, aby życie było prostsze!” Piękne i jakże motywujące call to action! Cukierkowo słodkie, pastelowo urocze, optymistyczne! Mimo iż hasło jest boleśnie banalne to lubię je – za prostotę, za zastrzyk pozytywnej energii. Po co tracić czas i siły na hatowanie, jeśli można się odprężyć i optymistycznie nastroić? Myślę, że dokładnie taka idea przyświecała Kasi Tusk w wymyślaniu strategii dla swojego bloga Make life easier. Cynizm branżowy każe mi myśleć, że oczywiście za big ideą tego przedsięwzięcia stoi nie ona, a spece od Social Mediów, ale jednak oprę mu się i założę, że w znacznym stopniu to Kasia ma wpływ na stronę, którą branduje własnym nazwiskiem. Nie mając podstaw by sądzić, że jest inaczej, założę również, że to ona jest autorką zamieszczanych treści i stylizacji modowych. A co ja o nich myślę to już zupełnie inna historia.

W sieci panują dwie wiodące, skrajne tendencje związane z podejściem do działalności celebrytów – albo zdecydowana negacja, albo bezkrytyczne uwielbienie. Wypośrodkowanych opinii jest jak na lekarstwo, podobnie jak merytorycznej krytyki, dlatego skłonię się ku tej właśnie, pustawej kategorii. Być może nie jestem najlepszą recenzentką, bo bloga Kasi jedynie sporadycznie przeglądam, a nie systematycznie czytuję, ale pozwoliło mi to wysnuć pewnie wnioski. Trochę szydercze, trochę cyniczne, ale myślę, że dość trafne.

Make life easier to blog o spójnej strategii komunikacyjnej. Jest estetycznie zadowalający, prosty w odbiorze, ma jasno sprecyzowanego odbiorcę. Plasuje się w kategorii bardziej lifestylowej niż specjalistycznej, ale z wyraźnymi przechyłami w stronę mody, kulinariów i designu. Bardzo dużo zdjęć, zarówno własnego autorstwa jak i Pinterestowych, opatrzonych jest lekkim komentarzem. Do niedawna blog tworzyła Kasia z Zosią, odpowiedzialną za gotowanie, teraz widzę jednak, że skład nieco się zmienił, co pewnie wynika z faktu, że Zosia została mamą, nie wnikam. Skupię się zatem na Kasi, w końcu bez jej nazwiska nie byłoby o czym mówić.

Co widzę? Po pierwsze niezwykle zgrabną, ładną dziewczynę, przeważnie z lekkim uśmiechem, czasem strojącą dziecięco przekorne miny. Jedni powiedzą, że jest klasycznej urody, inni nazwą ją pospolitą, ale na pewno prezentuje się lepiej niż statystyczna Polka. Uciekając jednak od personalnych wycieczek chciałabym odnieść się do całokształtu pracy Kasi, bo przyznam, że trochę mnie drażni. Przeskakując ponad warstwą szafiarską, mocno zakorzenioną w sieciówkowych lookbookach, odniosę się do części tekstowej.

Z przykrością stwierdzam, że w ogólnym odbiorze blog Kasi jest przede wszystkim pretensjonalny. Treści pisane są językiem sztucznym, nienaturalnym, momentami spłyconym, a czasem niepotrzebnie nadętym. Konstrukcje słowne są infantylne i naiwne. Nie chce mi się wierzyć, że dorosła kobieta, absolwentka wyższej uczelni i córka Premiera 40-sto milionowego państwa może pisać w tak oczywisty sposób i mieć tak przyziemne przemyślenia. O modzie można pisać szalenie ciekawie, ale Kasia woli pisać prostolinijnie. Ok, rozumiem, gimnazjalny target, ale jest to dla mnie solą w oku. Po co tworzyć tutoriale o tym jak należy się prezentować podczas czytania książki (od teraz ilekroć mam na sobie bluzkę w marynistyczne paski to odczuwam potrzebę sięgnięcia po Hemingwaya), pisać co się zjadło na śniadanie lub, że uwielbia się kawę? Tematyka jest miałka i banalna, podczas, gdy z takimi możliwościami można by pisać o czymś głębszym, wartościowszym. Albo chociaż pisać ciekawiej, śmieszniej, cokolwiek! Cóż za marnotrawstwo możliwości jakie daje nazwisko!

Te czynniki zmuszają mnie sądzić, że blog Kasi został stworzony nie z pasji, a przede wszystkim w celach zarobkowych. Nie deprecjonuje to zupełnie jego wartości, ale daje do myślenia i rzuca cień na twórcę. W końcu dlaczego mielibyśmy śledzić poczynania i wzorować się na działaniach osób, które nie są ekspertami w tym co rekomendują? Ciężko bowiem myśleć, że Kasia Tusk zna się chociażby na modzie, jeśli w nachalnie sponsorowanym poście o kosmetykach Heleny Rubenstein pisze, że nie miała pojęcia kim była Madame, aż do momentu otrzymania paczki od Brand Managera tejże marki… Auć!

Kasia pozuje na „dziewczynę z sąsiedztwa”, a nie dobrze sytuowaną córkę Premiera. Stara się jak może, żeby Polacy uwierzyli, że jest zwyczajną, fajną dziewczyną, ale popełnia zasadniczy błąd, ponieważ z założenia nikt jej w to nie uwierzy. A skoro nie ma na to szans to po co brnąć w pozoranctwo i zaprzeczać faktom? Po co postować zdjęcia idealnie dobranego looku domowego, z podpisem „Tak wyglądam po przebudzeniu” i roztaczać wizję idealnej gospodyni z lat 50tych? Ośmielę się uważać, że takie działanie odnosi odwrotny do zamierzonego skutek i buduje jeszcze większy dystans i rezerwę na linii nadawcy-odbiorcy.

Świadomość biznesu blogowego jest w chwili obecnej bardzo wysoka, dlatego zwyczajnie nie opłaca się udawać, że posty sponsorowane takowymi nie są, banery wiszą z uwielbienia do marki, a lokacja produktu nie miała miejsca. Po co tworzyć bańkę wzorowej żony ze Stepford, kiedy można wykreować wiarygodny wizerunek młodej dziewczyny z pasją i głową na karku? Na tle innych celebrytek Kasia i tak wypada nieźle stroniąc od show-biznesowych maskarad i stara się pokazać od kreatywnej, przedsiębiorczej strony, ale osobiście wolałabym, żeby przestała brać udział w kampanii wizerunkowej Kancelarii Premiera i pokazała prawdziwą twarz. No chyba, że naprawdę nie czyta ona książek, a „zanurza się w kolejnych ich rozdziałach”.


Wpis dedykuję Karolinie, która doskonale zdaje sobie sprawę, że bez należytego savoir vivru i stylizacji pasującej do okładki aktualnie czytanej książki, lepiej w ogóle nie czytać!

poniedziałek, 29 października 2012

Mój Kot

- Człowiek całe życie uczy się jak funkcjonować bez dywaniku w łazience, a teraz ma się uczyć jak żyć z dywanikiem?

Miałam 6 lat gdy rozpoczęłam swoje taktyczne działania mające na celu adopcję kota. W wieku 8 lat moja strategia wkroczyła w decydującą fazę, polegającą głównie na jęczącym wymuszaniu i z początkiem roku stałam się szczęśliwą właścicielką Urwisa. Jak to w życiu zwykle bywa nie dostałam tego co chciałam, tylko, który był mi przeznaczony. Urwis był najsilniejszym kocurem w miocie kociąt, które niestety po kolei umierały w okrutnych, piwnicznych warunkach. Urwis był nie do zdarcia, mimo, że zarobaczony, niedożywiony, z dużą główką i śmiesznymi łapkami. Wydawał mi się wtedy straszną paskudą. Krzyczał najgłośniej i tym samym wymiauczał sobie świetlaną przyszłość w ciepłym i obfitującym w jedzenie domu. Był moim ostatnim wyborem, a okazał się wyborem najlepszym z możliwych.

Urwis miał zaledwie 6 tygodni, gdy przekroczył próg naszego mieszkania. Po trudnym starcie, wyglądał trochę jak kocie wcielenie szatana. Jego granatowe oczka rozglądały się strachliwie po nieznanym terenie, a pękaty od wygłodzenia brzuszek domagał się jedzenia. Miał czarne futerko, biały krawacik pod szyją i białe włoski na łapkach, które z uporem maniaka mu wyskubywałam. Nie prezentował się szczególnie okazale, podchodziłam do niego z rezerwą, nie przypuszczając nawet jak nieprzeciętny i przepiękny kocur z niego wyrośnie.

Urwis od początku zachowywał się inaczej niż standardowe koty. Każdemu z domowników przypisał odpowiednią rolę, każdy służył mu do czegoś innego. Ja pilnowałam segmentu rozrywki. Tylko ze mną rozmawiał, gadał całymi dniami, szczekając, mrucząc, miaucząc, nie da się tego opisać, ale było to przezabawne. Zaczepiał mnie, biegał, polował, aportował. Ponieważ razem się wychowywaliśmy to wiedział, że za każde ugryzienie może liczyć na rewanż z mojej strony. Oboje byliśmy dziećmi i takie zachowanie wykształciło między nami wzajemny szacunek i zrozumienie, wiedzieliśmy na co możemy sobie wzajemnie pozwolić. Zawsze byliśmy razem, nawet, gdy ja akurat opatrywałam podrapane ręce, a on leżał odwrócony plecami, obrażony, że wyjechałam na wakacje, bez niego. Znałam każde jego zachowanie, wiedziałam bez pudła co akurat chodzi po jego puchatej głowie. On natomiast przyglądał się całemu mojemu życiu.

Jako małe czarne bobo uwielbiał zwijać się w kuleczkę na kapciu mojej mamy i zasypiać, gdy ona akurat myła naczynia. Był tak maleńki, że mieścił się na nim bezproblemowo. Wieczorami, przed zaśnięciem, potrafił godzinę wisieć przyczepiony do dłoni i ciumkać ją niczym brzuch matki. Trzymał ją kurczowo pazurkami, tak bardzo potrzebował miłości. A my mu ją dawaliśmy w nielimitowanych pokładach.

Od początku do końca szedł swoją ścieżką i wściekle machał ogonem, gdy ktoś chciał ograniczać jego wolność. Niemożliwy do zdominowania, przekorny z charakteru, indywidualista od aksamitnego noska aż po koniuszek ogona. Tak bardzo kochałam tę czarną cholerę, że pustka po nim powstała, jest niemożliwa do wypełnienia. Brakuje mi go na każdym kroku. Szukam go w każdym zakamarku mieszkania, a łazienkowego dywaniku znieść nie mogę. Człowiek całe życie uczył się żyć bez niego, a teraz ma się uczyć jak żyć z nim?

Miłość kotów jest bezcenna, bo niewymuszona. Miłość Urwisa, podobnie jak on sam, była wyjątkowa i najlepsza.

"Ludzi można z grubsza podzielić na dwie kategorie: miłośników kotów i osoby poszkodowane przez los."
Oscar Wilde

środa, 24 października 2012

Pisać każdy może...

- Powinnaś pisać bloga! – Wykrzyknęła Basia z błyskiem w oku, trzymając w dłoni widelec, którym dziubała szpinakowy quiche.
- Basiu, ale ja piszę bloga… - odpowiedziałam trochę zbita z tropu.
- No piszesz, ale rzadko, nie promujesz go, piszesz bardziej dla siebie niż dla czytelników. A powinnaś szerzej!

Basia niewątpliwie miała rację, w końcu sama blogowała od dawna, nawet z pewnymi sukcesami. Rzeczywiście, powinnam pisać częściej. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego zatem tego nie robię? Na pewno nie będę zasłaniać się największym z kłamstw – brakiem czasu. Nie, nie, dałabym radę znaleźć czas. Wykrzesałabym go. O co zatem chodzi? Brak weny? Brak pomysłów? Lepsze zajęcia? Odpowiedzi jest kilka, ale wyselekcjonowałam trzy najważniejsze.

Po pierwsze – mania doskonałości.
Każdemu autorowi, nieważne czy piszącemu, grającemu, malującemu czy robiącemu na drutach, zawsze zależy na efekcie doskonałym. Jest to wielka pułapka twórcza, ponieważ stan zadowolenia własnym dziełem jest niczym fatamorgana. Wydaje Ci się, że ją widzisz, po czym znika bez śladu. Zawsze jest coś do poprawy, do zmiany.

Każdy life coach i trener motywacyjny zgodzi się, że najważniejsze w sukcesie, jest działanie, a nie bierne planowanie. Nic nie osiągniemy poprzez niewykorzystane, niezrealizowane pomysły. Należy robić, robić, robić i udoskonalać się w trakcie trwania procesu twórczego. Wiem o tym i ja sama, jednakże z każdym tekstem czuję na plecach zimny pot, że to co piszę jest miałkie i niejeden gimnazjalista bez doświadczenia i wykształcenia poradziłby sobie lepiej. Na szczęście, gdy sięgam później po prasę, czy to kolorową, kobiecą czy codzienny dziennik, oddycham z ulgą. Uff, jednak pisać nie każdy potrafi, może coś tam jednak umiem.

Innym problemem jest rozterka, czy poruszany przeze mnie temat kogoś w ogóle zainteresuje. Myślę sobie: „Przecież wszyscy to już wiedzą!”, albo „Cóż za banał”, lub rzadziej „To już było”. Co mnie wtedy ratuje? Oczywiście artykuły konkurencyjne. Okazuje się, że tak naprawdę nie ma wyczerpanych tematów. Nie ma przebrzmiałych treści. Jedyne na co warto zwracać uwagę to na świeże podejście do omawianego aspektu i przystępną formę. Nic prostszego…;-)

Kilka tygodni temu, znajomy bloger, z zawodu strateg z wieloletnim doświadczeniem i wielką wiedzą, podesłał mi swój tekst do zaopiniowania. Nie byłam być może tego dnia nadzwyczaj delikatna, biorąc pod uwagę fakt, że ów kolega robił wszystko, aby mnie zdenerwować i postanowiłam dać mu nauczkę. Pokazać czarno na białym ile zrobił błędów, ile nielogicznych konstrukcji słownych stworzył, ile zdań bez polotu popełnił. Prawy margines krwawił purpurą komentarzy, a ja się świetnie bawiłam. W końcu tak fajnie jest kogoś pouczać, prawda? Nie jestem żadną wyrocznią stylu pisarskiego, nie jestem też proof readerem, ale otrzymawszy tak wdzięczny organizm do pracy, miałam szalone używanie. Prawda jest też taka, że głaskanie po głowie niczego nie uczy, a ja chciałam mu uświadomić popełnione błędy. Mnie samą kolega copywriter karcił, zamęczał, zawstydzał błędami. Ba, w którejś z kolejnych prac wyklinali mnie za źle stawiane przecinki! Co tam jakość treści, PRZECINKI!!! Wiem zatem, że są to kwestie ważne, ale nie najważniejsze. Przypomniał mi o tym mój kolega właśnie.

Otrzymawszy mój feedback skwitował go następująco: „Dziękuję, niektóre uwagi są fajne, skorzystałem z nich, ale jakbyś mój pierwszy post blogowy tak zjechała to nigdy nie odważyłbym się pisać! A piszę, blog dobrze prosperuje, ludzie chcą mnie czytać. Jaki z tego wniosek?”
Dobre pytanie!

Drugą przeszkodą jest nie merytoryczna krytyka.
Nic tak nie podcina skrzydeł jak internetowe haterstwo. Oczywistym jest, że tylko osoba, która nie robi nic, nie będzie krytykowana, ale uwierzcie, odechciewa się robić cokolwiek, gdy czyta się pod swoim adresem inwektywy. Często zdają się być one próbą psychoanalizy mojej osoby, innym razem są zwyczajnie prostackie. Za każdym jednak razem nie mogę wyjść z negatywnego wrażenia jak ludzie potrafią być podli i jaką władzę czują jako internetowe anonimy. Często mnie to wręcz bawi, gdy co poniektórzy wyciągają błyskawiczne wnioski, że teksty mojego autorstwa to odbicie lustrzane mojej osoby. Czasem faktycznie piszę z bardziej osobistej perspektywy, ale przeważnie bardzo unikam personalnych wywodów. Od tego mam uszy i oczy przyjaciół, a nie bloga.

Raz zdarzyła się wręcz sytuacja kuriozalna, gdy mój znajomy hatował mojego posta u siebie na Facebooku. Przypadkowo wcześniej odrzuciłam jego koślawe zaloty i chyba postanowił wziąć w ten sposób odwet. Przez ułamek sekundy nie mogłam uwierzyć własnym oczom, ale gdy nasi wspólni znajomi zaczęli pisać do mnie prywatne wiadomości, że ten delikwent bardziej ośmieszyć się nie mógł i w ich oczach właśnie zarył w moralny muł, poczułam siłę i radość. Radość, że hater zawsze prędzej czy później zginie od obosiecznego miecza, którym jest, nie wiem, zawiść? Nienawiść? Brak poczucia własnej wartości? Kompleksy? Zwał jak zwał, ale dzięki temu uświadomiłam sobie jak wiele cudownych osób mnie otacza. I bynajmniej nie klakierów, ale takich, którzy bez wbijania szpil potrafią konstruktywnie ocenić moją pracę. Dla nich właśnie piszę. Dla nich i z potrzeby serca, jakkolwiek górnolotnie i romantycznie by to nie brzmiało.

Na koniec trzeci, najmniej sensowny z powodów pisarskiej apatii. Często uważam, że pisanie bloga jest bez sensu, bo przecież nikt tego nie czyta. A skoro nikt nie czyta to mogłabym równie dobrze pisać do szuflady. A skoro pisać do szuflady to po co pilnować systematyczności? O nie, to już zakrawa o lenistwo! Na szczęście, znajoma psycholog powiedziała mi ostatnio ciekawostkę, którą zgrabnie dla siebie zaadaptowałam. Mianowicie: „Lenistwo nie istnieje. Istnieje tylko zaniechanie działań wywołane obawą, lękiem lub innymi czynnikami”. Stawiam sobie w związku z tym październikowe postanowienie noworoczne – koniec z wymówkami! Będę pisać, pisać, pisać i nic na to poradzić nie mogę! Może ktoś w końcu przeczyta, nie opluje, doceni. A może nie, ale ja będę się przynajmniej szerzej uśmiechać.

poniedziałek, 15 października 2012

Brunetka w żółtej sukience

"Z wielkim żalem śledziłem, jak ostatnia miłość mojego życia odchodzi od bankomatu, jeszcze kawałek idzie Jana Pawła i na zawsze, na zawsze skręca w Pańską. Kolejny raz w dziejach wielkie uczucie przegrało z pieniędzmi. Nagle ogarnęła mnie potworna złość, byłem zły na bankomaty, których jeszcze parę lat temu nie było. Ogarnęła mnie furia, przypomniałem sobie o upadku muru berlińskiego i byłem przeciwko upadkowi muru berlińskiego, wszyscy entuzjaści rozbijający murarskimi młotami mur berliński zabierali mi brunetkę w żółtej sukience, i byłem przeciwko „Solidarności”, bo „Solidarność” zabierała mi brunetkę w żółtej sukience, i Lech Wałęsa zabierał mi brunetkę w żółtej sukience, i Jan Paweł II wołający: zstąp, Duchu Święty zabierał mi brunetkę w żółtej sukience. Boże mój, Duchu Święty – pomyślałem – gdyby wszystko było po staremu, gdyby komunizm nie upadł, gdyby nie było wolnego rynku, gdyby w tej części Europy, w której się urodziłem, nie nastąpiły rozliczne przemiany, nie byłoby tu teraz bankomatów, a jakby nie było bankomatów, wszystko pomiędzy mną a ciemnowłosą pięknością w żółtej sukience ułożyłoby się jak trzeba."

Jak ja mogłam żyć tyle lat bez Jerzego Pilcha? Wzbraniam się ze wszystkich sił przed polską literaturą i sztuką wszelakiej maści, nie wiedząc ileż tracę, ba, nie interesując się tym nawet! „Pod mocnym aniołem” też dałam wcisnąć sobie w momencie nieuwagi, niby przypadkiem. Wyraziłam chęć przeczytania jej, mówiłam jednak po kilku kieliszkach wina, a pech chciał, że rozmówca mój wypił znacznie mniej. W efekcie on zapamiętał tę żarliwą chęć przeczytania owej pozycji, a żarliwa bynajmniej nie była, po prostu kiwałam głową, żeby nie zasnąć chyba, nie pamiętam zresztą. Także wskutek kilku mniej świadomych decyzji lub chichotu losu wpadła mi w ręce pijactwem przesiąknięta proza Pilcha i uwiodła mnie od pierwszego zdania. W końcu literat kochający jak ja zdania wielokrotnie złożone! Mój Boże, pierwsze zdanie zawiera 68 wyrazów, 10 znaków interpunkcyjnych i morze treści. W końcu autor wertujący słowniki synonimów, związków frazeologicznych i inne skarbnice polszczyzny, nie zatrwożony by ich zawartość zuchwale używać. Pewnie duża zasługa w tym przypada wódce, która ośmiela i zawsze stanowi dobrą wymówkę, ale tym lepiej nawet! „To nie ja pisałem, to wódka.” Nie ważne! Cokolwiek by to nie było, chłonę każde zdanie! Najchętniej bym się nimi wysmarowała. Wtarła w skórę pojedyncze wyrazy i oddychała nimi codziennie. Albo w dziąsła, żeby do krwi lepiej uderzyły! Cokolwiek, byleby wpaść w ten sam, niepowstrzymany strumień ciągu świadomości. Panie Jerzy, zdrówko!

poniedziałek, 17 września 2012

Ale się popisałeś!

Kryminaliści, skazańcy, narkomani, ludzie z wątpliwymi morale, margines społeczny, chorzy! Wydziarani, kim oni są? Kto normalny, dobrowolnie dałby się permanentnie oszpecić tuszem?

Tego typu stereotypy wciąż surfują na wysokiej fali, mimo znacznej liberalizacji poglądów w kwestii tatuaży oraz postępującej akceptacji społecznej, wręcz mody na rysunki na ciele. Dla młodego pokolenia w kolorowych obrazkach czy napisach nie ma nic dziwnego, kontrowersyjnego, jednak starsze roczniki patrzą spode łba. Dla nich kotwicę na przedramieniu tatuowali sobie zapijaczeni marynarze, czaszki i noże były domeną więźniów, a tribale tubylców z dzikich wysp. W ich mniemaniu tatuaże nie niosą ze sobą wartości emocjonalnej czy estetycznej, są jedynie kleksami, które oszpecą ciało na całe życie, które będą źle wyglądały na starość (tak jakby stara skóra bez dziar wyglądała atrakcyjniej…). Czym natomiast są tatuaże dla pasjonatów? Dlaczego się tatuujemy?

Dla wielu tatuaże to nośniki pamięci, to upamiętnianie chwil, momentów wartych zapamiętania. Często są ładne, estetyczne, zdobią, sprawiają przyjemność. Jestem zdania, że jak ze wszystkim, warto zachować i w tatuowaniu umiar oraz rozwagę. Znam jednak osoby, które dały się ponieść i niczego nie żałują.

Jednym z takich amatorów dziar jest Paweł, mocno od tuszu uzależniony. Obecnie Paweł ma na sobie około 25 tatuaży. Mówi około, bo dokładnej liczby nie zna, dawno już stracił rachubę w liczeniu. Jego tatuaże to głównie napisy lub proste symbole, wszystkie wykonane czarnym tuszem. Dla niego jest to mapa, drogowskazy, upamiętnienie przeżyć. Mówi, że na bank wkroczą nowe, o ile starczy tylko na nie miejsca ;-) Pytałam Pawła, co oznaczają jego tatuaże, czy wiąże się z nimi jakaś historia. Okazuje się, że oczywiście tak, niemalże streszczenie jego życia.

Paweł ma w życiu kilka wielkich miłości, które wytrwale pielęgnuje. Deskorolka, Kalifornia, rodzina. Mimo bezgranicznej miłości do San Diego, w którym jak sam mówi pozostawił część serca, nigdy nie zapomina skąd pochodzi, gdzie są jego korzenie. Jest lokalnym patriotą.

Zapytałam dlaczego Kalifornia? W odpowiedzi padła szybka riposta: „A dlaczego nie? Deskorolka, pogoda, atmosfera. Wszystko się zgadza, wszystko jest na miejscu.”

Calilove - the golden state był pierwszym tatuażem wykonanym w USA. Duże emocje towarzyszące odkrywaniu nieznanej ziemi znalazły swoje ujście w studiu tatuażu. Napis So Cal (skrót od Kaliforni południowej) przypomina mu ten kalifornijski luz i palące słońce. Liczba 619 to nic innego jak kod pocztowy San Diego. SD Crown, nie trzeba chyba tłumaczyć. Wiele kalifornijskiej miłości, wiele wspomnień.

Nie wszystkie tatuaże były planowe. Niektóre znalazły się na skórze zupełnie spontanicznie, w efekcie porozumienia ponad podziałami. Tak było z Amerykaninem Alfiem, który jak tylko zobaczył Pawła, to już wiedział, że chce go wydziarać. Powstał tatuaż California outline. Natomiast napis West Coast to zwieńczenie uwielbienia do zachodniego wybrzeża.

Paweł to wieczny optymista. Wierzy w dobro w ludziach i w karmę. Jest zdania, że dzięki ciężkiej pracy i wytrwałości można wiele w życiu osiągnąć i spełnić marzenia. Do tej ideologii nawiązują napisy Hope, Grit, Faith, My Life My Way, One Life One Chance i cytat: Good things come to those who wait, bad things come to those who hate.

Nie ważne, gdzie rzuci nas życie, nigdy nie wolno zapominać o swoich korzeniach i rodzinie. Paweł mocno i zdecydowanie wyznaje te wartości, co upamiętnił tatuażami Always remember where you came from, a także liczbą 032 - numer kierunkowy dla województwa Śląskiego, w którym się wychował. Tatuaż Zero Cztery Osiem to nic innego jak numer kierunkowy do Polski. Inne ślady lokalnego patriotyzmu wyrażają tatuaże PTG - Pomnik Trudu Górniczego, miejsce, w którym spędził kawał życia. Na rękach widzimy Herb Sosnowca - miasta, jakich wiele, ale dla Pawła oznacza ono dzieciństwo, pierwszą deskorolkę, naukę życia.

Paweł ma również wytatuowane nazwisko panieńskie swojej mamy, a także datę 26.V czyli Dzień Matki. Jest to również data jego urodzin, podwójnie ważna zatem, symboliczna. Dumnie nosi inicjały swoim rodziców- I & R, którzy zawsze są z nim, niezależnie od tego, gdzie akurat rzuciło go życie w drodze.

Na koniec, miłość największa – deskorolka. To z nią Paweł postanowił związać swoje życie. Tatuaż La familia zarezerwowany jest dla byłych riderów i członków legendarnego skateshopu z Sad Diego, Street Machine. Paweł podczas swojego pobytu w Kalifornii do tego stopnia zżył się z ekipą, że otrzymał swój własny tatuaż, wyraz przynależności. Cytat: Only The People With Passion Are Truly Rich, mówi sam za siebie, podobnie jak sk8 mafia.

Na ulicy wiele osób za Pawłem się ogląda. Bo wydziarany, bo charakterystycznie ubrany, bo deskorolkarz. Tak, Paweł nie jest szarym człowiekiem, nie jest typowym ślązakiem, szablonowym Polakiem. Ma pasję, ma olbrzymie pokłady optymizmu i dąży do celu. Na deskorolce. Takie właśnie ma „Swoje szalone życie”* I niczym nie przypomina ono życiorysu zapisanego w kartotekach policyjnych. Mimo tych plugawych tatuaży ;-)

*Ostatni tatuaż

czwartek, 13 września 2012

Only sky is the limit


Niewiele jest lepszych doznań, niż to przeżywane podczas wzbijania się samolotem nad poziom chmur. Ten moment, gdy pierwsze promienie słońca, które na ziemię nie dochodzą, delikatnie ogrzewają twarz. Bezcenny. Czuje się wtedy, że nic nie musi trwać wiecznie, nawet mrok okalający jesienną ziemię. Nieskończoność. Jakie to proste, wystarczy jedynie wejść na pokład samolotu, aby poczuć radość i nadzieję.

Już sam start jest ekscytujący. Koła odrywają się od pasu startowego, a ciśnienie w uszach uderza tępym ciosem w tył głowy. Czuje się bezwładność, lekkość, jak gdyby dusza chciała uwolnić się z ciała, dryfować. Następnie ziemia oddala się, staje się coraz mniejsza, monochromatyczna, nieistotna, błaha. Przebijamy się przez warstwy chmur, przez symboliczne wrota do innego wymiaru. Raz są gęste, mięsiste, białe niczym bita śmietana. Chciałoby się je jeść łyżką. Innym razem są rzadkie i porwane, podobne do welonu powiewającego na głowie panny młodej lub do waty cukrowej trzymanej w ręku przez 3 letnią dziewczynkę. Jeszcze kilka sekund, kilka wzniesień i już nic nie będzie nas obchodzić, pozostanie jedynie pustka błękitu nieba.

I to uczucie jakby się stało w miejscu, a nie pędziło przez przestworza. Czasem obok przeleci inny samolot to mamy szansę zrozumieć jak szybko oddalamy się od domu. Albo do niego wracamy. Gdy tylko niebo jest limitem nic zdaje się nie mieć większej wartości. Jest czysto, spokojnie, bez kontroli, bez odpowiedzialności i trosk. Lekko. Lekko.

środa, 8 sierpnia 2012

Call me maybe

„Emancypacja powinna polegać na tym, by wszystko, co jest naszym przyrodzonym bogactwem, otoczyć szacunkiem i kultywować. Należy mieć nadzieję, że kobietom nie uda się na zawsze wyprzeć swojej archetypowej zdolności do współodczuwania i tworzenia więzi. Choć zrozumiałe jest to, że współcześnie emancypujące się kobiety odcinają się od serca. Doświadczenie pokoleń uczy je, że to jest ich największa słabość – bezlitośnie wykorzystywana przez mężczyzn. Dlatego zachowują się podobnie jak mężczyźni. Ale czy rezygnację ze swoich naturalnych atrybutów można nazwać emancypacją albo wyzwoleniem?”

Takie pytanie stawia przed czytelnikami psycholog Wojciech Eichelberger w artykule „Targowisko niewolnic”. Według niego emancypacja, o którą tak zaciekle walczyły nasze przodkinie, cofa się. Obecnie, obyczajowe i społeczne równouprawnienie jest w znacznym stopniu wykorzystywane przez kobiety do naśladowania mężczyzn, do przejmowania ich najbardziej pierwotnych zachowań i instynktów. Eichelberger twierdzi, że nikt kobietom nie narzuca takiego stanu rzeczy i nie wymaga męskiego modelu zachowania. A ja się zastanawiam, czy aby na pewno?

Daleko mi do wojującej feministki, co więcej, zwykle zdecydowanie lepiej dogaduję się z mężczyznami, aniżeli z kobietami. Wynika to z prostego faktu, że kobiety przeważnie nie są szczere i nie potrafią się precyzyjnie wyrażać, nie są konkretne, mają skłonności do knowań. Mówiąc ogólnikowo rzecz jasna. Ja ze swoją szczerością i otwartością nie raz słyszała w pracy, że jestem zbyt szorstka, zbyt ostra. Ciekawe czy jakikolwiek mężczyzna usłyszał kiedykolwiek coś podobnego? To pierwsza z nierówności, którą widzę i która codziennie przyprawia mnie o ból głowy – nierówność na rynku pracy. My, kobiety, mamy pod górkę, zarówno jeśli chodzi o finanse, jak i o ograniczające nas konwenanse i stereotypy. Dlaczego tak jest wie każdy i nie ma co tematu drążyć. Chciałam go jedynie po raz kolejny wskazać.

Kolejna niby nie wymuszana przez mężczyzn, nie kobieca cecha charakteru to asertywność. Kobieta nie powinna być asertywna, powinna być uległa. Oczami wyobraźni widzę to oburzenie połączone z kpiną na Twojej twarzy czytelniku, ale czy naprawdę nie mam racji? Sądzę, że w głębi duszy większość mężczyzn tak właśnie myśli. Asertywność i skupienie się na rozwoju osobistym, idealizacja jednostki, to znak naszych czasów. Wcześniej liczyła się rodzina, dom, dobro wspólne, wspólna sprawa. Teraz, choćbyśmy nawet bardzo chciały, nie zawsze możemy sobie na tego typu myślenie pozwolić. Kobiety bowiem są uczone egoizmu, asertywności, zwał jak zwał, od mężczyzn właśnie. Niemal codziennie słyszę, czy to sama, czy w opowieściach znajomych, oświadczenia pokroju: „Mam taki moment w życiu, że nie interesuje mnie nikt, poza mną samym!”

Pytanie zatem, jak bardzo naiwne mamy być? Jak mamy kultywować nasze wrodzone cechy charakteru, skoro na każdym kroku spotykamy się z murem lub z symptomami chęci ich wykorzystania? Jedyne co możemy zrobić to zacząć grać według męskich reguł, bo niestety, ale biologicznie rzecz ujmując, to my jesteśmy na przegranej pozycji. To nam wiek nie służy, liczebnie to nas jest więcej, to nam bardziej zależy na przedłużaniu gatunku. I to nie jest mój wymysł. Przysięgam, że wielokrotnie dostawałam od kolegów dobre rady, żebym zachowywała się jak oni, olewająco, z nastawieniem tylko na siebie. Zgodnie z maksymą – miej wyjebane, a będzie Ci dane.

I teraz paradoks. Mężczyźni najpierw uczą nas swoich cech charakteru, żeby potem mówić, że ich zniewieściałość to nasza wina. Eichelberger pisze: „Nasilającą się epidemię męskiej impotencji i bezpłodności można interpretować jako przejaw biernej agresji wobec płci pięknej. Nie damy się upokorzyć waszą wyzwoloną seksualnością! (…) W tradycyjnej seksualnej grze kobieta powinna zaryzykować i pozytywnie odpowiedzieć na nieprzyzwoitą męską propozycję w nadziei, że jej piękno, ciepło i zaangażowanie rozbiją okowy krępujące miłosny potencjał serca kochanka.”

To wszystko bardzo piękne, ale jeśli już odwołujemy się do tradycji, to czy przypadkiem mężczyzna nie był odpowiedzialny za rolę głowy rodziny? Czy to nie mężczyźni starali się o kobiety, byli aktywni, chętni do działania, odważni? A teraz nie są, bo? Oczywiście, bo to wina kobiet. Nie ich, nie nasza wspólna, tylko kobiet. Wieje lekkim absurdem, nie sądzicie?

Oczywiście nie ma nic złego w kobietach lubiących seks i w mężczyznach, którzy nie chcą żyć w związkach. Problem jednak prawie zawsze polega na tym, że takie zachowania wynikają z różnych, nie rzadko trudnych doświadczeń. I tak jak mężczyźni zwykle nadużywają swobód seksualnych, bo jakaś zła kobieta zraniła wcześniej ich serce, lub chcą sobie coś udowodnić, to kobiety bawią się seksem, bo mogą, lub w oczekiwaniu na tego właściwego. I niby ludzie są obecnie szczerzy i grają w otwarte karty, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że na takich układach i tak zawsze ktoś traci. Bo ta szczerość taka grubymi nićmi szyta jest. I ciężko zachować wystarczający szacunek do drugiego człowieka, jeśli stawiamy siebie samego w centrum wszechświata.

Pamiętamy czasy w których w świadomości publiczno-społecznej istnieli głównie mężczyźni heteroseksualni. Potem pojawił się boom homoseksualnych, następnie metroseksualnych, a obecnie usłyszałam nowe, wdzięczne określenie – retroseksualnych. Czyli wracamy do korzeni. Na razie jednak widać to jedynie na zewnątrz, w postaci nieogolonych bród, nonszalanckich, post-hipsterskich „stylówek” i mrocznym spojrzeniu. Dobre i to, ale fajnie byłoby, gdyby Ci chłopcy przestali biadolić na kobiety i zaczęli zachowywać się jak mężczyźni, a nie rozbestwione dzieci. Ciekawe jak wtedy zachowywałyby się kobiety, czy ochoczo kultywowałyby empatię i troskę o partnera, czy wręcz przeciwnie, rozhasałyby się jeszcze bardziej? Jeśli psychologowie mają rację i androgenizm wśród kobiet, a męskie niewieścienie lub syndrom Piotrusia Pana wciąż będą ewoluować, w końcu ziści się scenariusz Juliusza Machulskiego. Sądzę jednak, że tego naprawdę nie chce nikt. Ani wyzwolone, wyemancypowane lub nie, kobiety, ani mężczyźni, jakkolwiek seksualni.

czwartek, 12 lipca 2012

Magiczny namiot Open'era

Intymność. Przytulność. Ciepło. Wchodząc w otchłań wyzierającą spod czarnego namiotu, wyglądającego z zewnątrz niczym unosząca się nad ziemią peleryna Batmana, czujesz jak przepełniają Cię te właśnie uczucia. Te i ekstatyczne mieszanki kolejnych, ponieważ Scena Namiotowa Festiwalu Heineken Open’er to zdecydowanie najbardziej klimatyczne miejsce do przeżywania koncertów na żywo.

Tent Stage z roku na rok budował swoją markę. Z początku był tylko jedną ze scen, później główną alternatywą dla Sceny Głównej, a obecnie? To bez wątpienia wielki wygrany festiwalu. Znajdujący się na skrajnym końcu lotniska, skapany we mgle i otoczony błotem sięgającym kostek, samym swoim kształtem i budową tworzy atmosferę nie do podrobienia. Żeby znaleźć się pod sceną, trzeba się nie lada natrudzić i być gotowym na duchotę i strugi spływającego potu po plecach, a niekiedy też przepychanki i siniaki od napierającego tłumu, nie mniej jednak warto, ponieważ Tent Stage już na wstępie daje +10 punktów prestiżu dla wykonawcy i odbiorców. Minimalizuje stres, znosi bariery przed publicznością, tworzy intymne połączenie. Jednym słowem – robi doskonałą robotę!

W tym roku całkowity potencjał namiotu wykorzystali M83 i SBTRK (life), dając najlepsze koncerty festiwalu. Chyba pierwszy raz mieliśmy sytuację, kiedy koncert zamykający festiwal, odbył się nie na Scenie Głównej, ale pod namiotem właśnie i był to doskonały wybór. Również Julia Marcell i Jamie Woon klimatycznie wpasowali się w atmosferę namiotowej bliskości. Natomiast The XX, w moim odczuciu wielcy festiwalowi przegrani, dużo stracili występując na Scenie Głównej. Magia ich muzycznej nostalgii zwyczajnie rozpłynęła się w powietrzu. Ich delikatne brzmienia są stworzone dla indooru, wielka szkoda, że nie mieli okazji wykorzystać swojego potencjału.

Nie czułabym, że moje wspominki o Open’erze są kompletne bez generalnej wzmianki o kilku rewelacyjnych występach. Justice, Bon Iver, New Order, Bloc Party i Mumford & Sons na Scenie Głównej, wyśmienici, wielcy zwycięzcy! Björk i The Cardigans zaś, mimo iż przez wielu najbardziej wyczekiwane, odegrały poprawny, mocno osadzony w koncertowej rutynie, bezemocjonalny występ. Bez bisów, bez wzlotów. Zresztą w tej edycji bisy generalnie było mocno nieobecne.

Największe zaskoczenie festiwalu? Janelle Monáe! Jej charyzma i nieokiełznana, nieskończona energia idealnie podźwignęłaby potęgę największej sceny. Ta kobieta to petarda! World Stage zdecydowanie była dla niej niewystarczająca! Aż strach pomyśleć, co stałoby się, jakbyśmy znaleźli się z nią pod jednym namiotem…

piątek, 29 czerwca 2012

Twórcze Twórczywo

Twórczywo, marka o dość przewrotnej nazwie, specjalizująca się w autorskich dekoracjach do wnętrz z ilustracjami młodych polskich projektantów, zyskuje coraz większą popularność wśród estetów i ludzi lubiących wyróżniać się z szarego tłumu. Michalina Zakrocka i Michał Zakrocki - twórcy i właściciele Twórczywa - zgodnie zapewniają, że ich brand wymyka się wszelkim definicjom; po co się ograniczać? „Twórczywo kreuje i aranżuje, by zwalczać nudę” i jak dotąd, z założonymi celami radzi sobie wyśmienicie!

Nazywacie się Michał i Michalina. Jesteście razem i w życiu i w biznesie. Co w takim razie Was odróżnia?

Już chyba tylko kluczowe różnice anatomiczne. Nawet nazwisko mamy takie samo ;-)

Powiedzcie w dwóch słowach - kim jesteście, co robicie na co dzień?

Jesteśmy niepoprawnymi, zapracowanymi do granic możliwości, ale nadal szczęśliwymi optymistami. Na co dzień, w godzinach biurowych pracujemy na pełne etaty - Michalina w firmie taty, a ja w agencji reklamowej jako specjalista ds. tekstów reklamowych, w branży zwany Copywriterem.

Michał, które z Was było inicjatorem Twórczywa? Jak dzielicie się obowiązkami?

Inicjatorem była Michalina. To było jej marzenie, jej wizja i jej niezaspokajalna potrzeba tworzenia. Ja na początku starałem się nie przeszkadzać. Teraz staram się jak najwięcej pomagać. Dzięki temu możemy więcej czasu spędzać razem i dobrze się bawić, tworząc Twórczywo. Podział obowiązków? Jest dość płynny, przy czym ja zajmuję się przede wszystkim pisaniem - na stronę, na Facebooka, na wizytówki, metki, ulotki etc., a Misia.... Misia robi wszystko to, co leży w gestii prezeski.

Twórczywo to designerskie produkty i gadżety do wystroju wnętrz. Dlaczego grubą kreską odcięliście się od mody odzieżowej? Nie sądzicie, że wasze wzory fajnie wyglądałyby na T-shirtach i torbach typu "tote"?

Wręcz przeciwnie. Sądzimy, że fajnie, bo to dobre wzory są. My się nie odcięliśmy od mody odzieżowej. Odcięliśmy od niej Twórczywo, bo nie możemy robić wszystkiego. Jeśli jakaś firma odzieżowa będzie chciała kupić od nas nasze wzory i zrobić z nich kolekcję ubrań, chętnie z nią porozmawiamy. Ale Twórczywo to wyrywanie mieszkań z wnętrzarskiego mainstreamu III RP i na tym się koncentrujemy.

Gustujecie w pastelach i stylu retro. Jest jakiś szczególny powód tych inspiracji?

Pytasz o jakieś głęboko ukryte freudowskie motywacje? Nie. Nie ma takich. Po prostu takie nam się podobają. Zresztą oprócz pasteli mamy też cieszące się wielkim powodzeniem wściekłe fluo kolory, nie boimy się też czerni, nie unikamy bieli. Jesteśmy kolorofilami.

O co chodzi z mopsem?

No jak to o co? Fajowy jest i tyle. Po co pytać? Po co wnikać? Trzeba się tym cieszyć i już.

Planujecie rozwinąć Twórczywo, np. poza granice Polski, albo poszerzyć gamę produktów?

Tak i... tak. Chcemy zaistnieć na rynkach zachodniej Europy i Skandynawii. W końcu design jest tematem ogólnoświatowym, nie znającym granic. Jeśli jest dobry, nic nie może stanąć mu na przeszkodzie. Poza tym czekają tam na nas liczni klienci spragnieni bliższego kontaktu z mopsem ;-)
Jeśli chodzi o gamę produktów, to już na dziś jest dość szeroka. Są to abażury, poduszki, zasłony prysznicowe, tapety, naklejki na ściany, okleiny na meble, napisy 3d, akcesoria ozdobne, kafelki - całkiem przyzwoita lista; a będzie jeszcze lepiej.

Czy z rękodzieła można się w obecnych czasach utrzymać?

Nie wiem. W Polsce jest to pewnie bardzo ciężki kawałek chleba, dlatego my nie zajmujemy się rękodziełem. Owszem większość naszych rzeczy jest ręcznie wykonywana, ale to profesjonalna produkcja, daleka od chałupniczych metod większości rękodzielników.

Jakie benefity płyną z posiadania własnej, kreatywnej działalności? Jakie są jej ciemne strony?

Benefity emocjonalne i racjonalne - cokolwiek to oznacza.

Wasz największy sukces to...

No cóż... jest kilka rzeczy, z których jesteśmy zadowoleni, czy wręcz dumni, ale mamy nadzieję, ze nasze największe sukcesy są nadal przed nami.

I na koniec kwestionariusz Prousta :) Proszę odpowiadać spontanicznie!

Marzenie o szczęściu?
Michał: Spełniło się, więc niech trwa jak najdłużej.
Michalina: Ja jestem szczęśliwa. Poza tym marzeń się nie zdradza.

Co Cię pociąga?
Michał: Nieprzewidywalność.
Michalina: Nowe.

Co daje Ci sztuka?
Michał: Jako twórcy - immunitet przy wyrażaniu różnych opinii. Jako odbiorcy - radość bycia zaskakiwanym.
Michalina: Sztuka mięsa?

Czego najbardziej na świecie nie lubisz?
Michał: Głupich ludzi.
Michalina: Chamstwa, prostactwa i lenistwa - to chyba oznacza, że większości ludzi...

Ulubione przekleństwo?
Michał: Nie przeklinam.
Michalina: Lubię wszystkie.

Ulubiony zapach?
Michał: L'eau par - Kenzo i Gio - Giorgio Armani
Michalina: Konwalie i benzyna.

Znienawidzony dźwięk?
Michał: Pękającego naciągu w rakiecie do squasha.
Michalina: Odgłos śmieciarki o 6 rano pod moim oknem.

Twoi idole?
Michał: Nie zdradzam nazwisk swoich idoli.
Michalina: Większość nie żyje.

Jaka muzyka?
Michał: Każda, byle dobra.
Michalina: Raz melancholijna, raz histeryczna.

Twoje motto?
Michał: Żyj tak, żeby inni przez Ciebie nie płakali.
Michalina: Motto za bardzo kojarzy mi się z religią. Nie mam motta.

wtorek, 26 czerwca 2012

Nie ma Cię na Facebooku to nie istniejesz


Janusz Wiśniewski to prawdziwy trendsetter. W 2001 roku ukazała się książka jego autorstwa, o przewrotnie melancholijnym tytule "Samotność w sieci". Wówczas to wyrażenie dopiero raczkowało, nieśmiało uśmiechało się w stronę przyszłości, która miała dopiero nadejść. Obecnie nabrało już rzeczywistej, realnej, w pełni ukształtowanej postaci i towarzyszy większości heavy userów nowych mediow w wędrówce po cyber świecie.

Gdzie jest granica, kiedy technologia przestaje ułatwiać codzienne życie, a zaczyna od niego odciągać i upośledzać w relacjach? Psychologowie bija na alarm! Nowocześni rodzice doprowadzają do sytuacji w których ich dzieci, w pierwszej kolejności uczą się obsługiwać iPady, a dopiero później zaczynają mówić i chodzić. Zamiast zabaw w piaskownicy, która dostarcza szeregu bodźców (dotykowych, wizualnych, smakowych nawet), rodzice zostawiają swoje cyber dzieci na godzinkę z Angry Birds. Zamiast ukladać klocki i biegać po podwórku, maluchy przekładają wirtualną Jenge lub skaczą przy Wii albo PlayStation Move. Jest gorzej- zamiast pisać rączką po papierze, najmłodsi szybciej zapamiętują układ i kształt literek na klawiaturze.

Ostatnio u kolegi na Facebooku zobaczyłam zdjęcie jego 2 letniego syna, siedzącego z rówieśnikiem na sofie. Wydawałoby się, ze chłopcy będą pochłonięci własnym towarzystwem, lecz nic z tych rzeczy. Każdy siedział ze swoim iPadem na kolankach i stukał we własną grę! No nikt mi nie powie, ze to jest normalne i korzystne dla emocjonalnej i psychicznej higieny. Kolega, który sam jest „geekiem”, z syna jest dumny i nie widzi w takim modelu wychowania nic niewłaściwego. Ani w tym, ze jego syn podchodząc do wyłączonego TV chce go paluszkiem odblokować niczym iPhone’a. Tylko, że kolega ma 35 lat i dopiero jako dorosły człowiek zetknął się z zaawansowanymi technologiami, dzieciństwo zaś miał typowe dla tamtych czasów i dnie spędzane na świeżym powietrzu na offlinowych zabawach z rówieśnikami, wspomina z rozrzewnieniem. Dlaczego wiec pozbawia go własnych dzieci? Nie wiem.

Z nastolatkami i dorosłymi nie jest lepiej. Codziennie możemy zaobserwować, jak milcząco siedzą obok siebie w kawiarniach, każdy macając swojego smartfona. Potrafią nawet w tym samym czasie siedzieć na Fejsie i wirtualnie ze sobą rozmawiać, podczas, gdy w realu cisza. Sama ostatnio tego doświadczyłam, gdy spędzałam czas z kolegą, z którym nie widzieliśmy się od roku i każdy gmerał na swoim iPhone’nie. Na swoją obronę mam tylko tyle, ze on zaczął pierwszy i zwyczajnie musiałam się czymś zająć...

Pojawiają się pierwsze artykuły i raporty o wpływie nowych technologii na ludzi. Określono nawet nowe zjawisko, tzw. syndrom smartfona, czyli specyficzne skrzywienie twarzy, wynikłe przez pochylanie się nad ekranem. Nie wiem, może, gdy ludziom zaczną rosnąć drugie brody to się zastanowią, ale śmiem wątpić.

Córka mojej przyjaciółki w wieku 2 lat potrafiła mówić całymi zdaniami, miała rewelacyjnie rozwiniętą wyobraźnię, przez co opowiadała wciągające i ciekawe bajki oraz miała niesamowitą, jak na swój wiek, pamięć. Jedyna technologia z jaką miła styczność to maksymalnie godzina dziennie z bajkami animowanymi. Starymi bajkami Disney’a, Moniką i Kulfonem, a nie psychodeliczną sieczką z Minimaxa. Rodzice cyber dzieci powiedzą, ze to nie ma związku, że każde dziecko rozwija się inaczej. Wszystko to prawda, ale co jeśli ich dziecko również miało potencjał, który zwyczajnie nie miał szans się rozwinąć?

Idąc dalej tropem techno- kiedyś najniższą forma komunikacji był telefon. Potem sms, mail, gg. Teraz to już nawet nie wiadomość na FB czy Twitterze, ale "zaczepka" i "polajkowanie" dodawanych na swoim profilu treści! Jak chciałam zadzwonić do chłopaka z którym randkowałam, bo nienawidzę pisać smsów, a on nie znosi maili, to moi znajomi uderzyli na alarm! „No co Ty, nie dzwoń! Pomyśli, że Ci zależy, że wygrał! Telefon = zaangażowanie!". No ja pierdole, jak tu być normalnym?

Kiedyś, gdy człowiek się nudził, bo np. jechał autobusem, albo stał w kolejce, to marzył, myślał, wymyślał. Teraz? Internet ze smartfona. Sami okradamy się z treningu umysłu, z ćwiczenia wyobraźni poprzez dostarczanie gotowych bodźców, prostych rozwiązań. Internet z całym ogromem niefiltrowanych informacji, zamiast nas edukować, wprowadza zamęt i chaos. Jeśli wiemy co chcemy znaleźć, jest ciut prościej, ale któż z nas nie stracił dziesiątek godzin na bezmyślnym surfowaniu po sieci?

Dokąd to wszystko zmierza, pojęcia nie mam. Internet, w tym serwisy społecznościowe, tak mocno zawładnął życiem każdego z nas, że ciężko bez niego egzystować. Jest strasznym i niebezpiecznym nałogiem. Ja obiecałam sobie detox i 10 kroków do trzeźwości. Podobnie moi znajomi. W końcu nic nie powinno zastępować prawdziwych kontaktów międzyludzkich, prawdziwych rozmów, zabaw i żartów. Nie wiem jak Wy, ale ja wolę oglądać prawdziwe uśmiechy, a nie emotikony.

środa, 20 czerwca 2012

Ich bin nicht ein Berliner


Berlin wszystkich podnieca. Na sam dźwięk nazwy tego miasta, niejedna osoba czuje podekscytowanie, a już z całą pewnością kręci w głowie film o równoległej rzeczywistości, pełnej ekstatycznego życia w rytmie reve’u i pełnej ambiwalencji doznań, od bogactwa duchowego aż do nędzy i ćpuństwa na Dworcu Zoo oraz dziwkarstwa na Oranienburger Strasse. Tak, Berlin każdego podnieca, ale mało kto spędzał tam czas na aktywnościach innych niż zabawa, więc ciężko się temu dziwić.

Tak się w życiu poukładało, że Berlin cyklicznie odwiedzam i dość dobrze go poznałam. Spędziłam tam spory kawałek czasu i również moje podniecenie z nim związane osłabło. Z początku, jak każdy, byłam nim ślepo zafascynowana, szybko jednak zauważyłam, że Berlin to również miejsce trudne i udręczone. Śmierdzące, anonimowe i samotne, bezwzględne i szybkie, czyli metropolityczny klasyk, ale w bardziej intensywnym wydaniu.

John Milton uwielbiał Nowy York. W jego opinii to miasto, bardziej niż inne, odznaczało się szczerością. Bez upiększeń, bez cenzury, bez litości. Prawdziwe, gołe doznania. Berlin to zaledwie wycinek, ale jednak, analogiczny opis pasuje jak ulał.

Urodzona i wychowana w Warszawie, nie wyobrażałam sobie nigdy życia w mieście mniejszym, a wręcz marzyłam o większym. Teraz nie jestem już taka pewna tego pomysłu. Coraz częściej myślę o społeczności bardziej intymnej, mniej anonimowej, gdzie ludzie rozpoznają się na ulicy, bo zamiast biegać pomiędzy domem-pracą-zajęciami i patrzeniem pod nogi, mają czas spojrzeć sobie w twarz.

Z każdym miastem wiążą się określone emocje, tworzone przez zapachy, muzykę, kolory. Warszawa jest jasno szara – zimna, dystansująca, ale również lekka i w pewnych aspektach delikatna. Berlin natomiast to czysty grafit – niedostępny, twardy, trudny, a jednocześnie szlachetny i hipnotyzujący, dający wolność. Dla kontrastu, malutki Kraków to nasycony brąz, ciepły, gościnny, kojący. Pytanie, czego się od życia oczekuje?

Jest kilka ciekawych dla mnie faktów, które zaobserwowałam w Berlinie i nigdzie indziej.

Po 1 – panuje tam prawdziwa i zatrważająca obsesja jedzenia! Tam każdy non-stop je! Niezależnie od tego czy jedzie akurat S-Bahnem, czy jest na spacerze w Zoo, czy na zakupach w KaDeWe. Jeść trzeba! A najlepiej dużo i tłusto. Na każdym kroku można zaopatrzyć się w wielkie, lukrowane buły, currywursty czy kebaby. Obsesja jedzenia ma niestety swoje negatywne przełożenie na figury Niemców. Generalizując, otyły jest praktycznie każdy, niezależnie od wieku. Jak jednak może to dziwić, skoro w sklepach z zabawkami można kupić dokładnie każdy towar FMCG z półki w spożywczaku, w wersji pluszowej lub drewnianej. Skoro dzieci zamiast lalkami i miśkami, bawią się kiełbasą, śmietaną i udkami kurczaka w panierce, no to sorry. Czym skorupka nasiąknie za młodu…

Po 2 – Berlińczycy uwielbiają lody w kulkach. Są one wszechobecne. Można je kupić niemalże co krok, ku uciesze dorosłych, bynajmniej nie dzieci… Dlaczego?

Po 3 – w Berlinie w zasadzie nie ma dzieci! Na palcach jednej ręki mogłabym policzyć białe dzieci (jedyne maluchy to dzieci imigrantów, bynajmniej bez cech aryjskich), które spotykam na ulicach. Starzejące się społeczeństwo bardzo rzuca się w Niemczech w oczy.

Po 4 – z drugiej strony, w Niemczech fajnie jest być na emeryturze! Ludzie wyglądają świetnie (oprócz otyłości:P). Są bogaci, świetnie ubrani (niemiecki design jest mało estetyczny, ale praktyczny i dobry jakościowo), uśmiechnięci i kontaktowi, chętni do rozmowy i pomocy. Są mobilni, podróżują i wożą się Mercedesami. Dosłownie żyć, nie umierać!

Po 5 – niewiarygodne, że w tak multinarodowym społeczeństwie, występuje tak słaba znajomość j. angielskiego. Taksówkarze, służba zdrowia, kelnerzy, sprzedawcy – dogadać się z nimi to wyzwanie. Przeważnie odpowiadają „I speak English a little bit”, ale w praktyce oznacza to „less than a little”.

Po 6 – codzienną egzystencję w Berlinine bardzo utrudnia wszechogarniający smród. Berlin śmierdzi i to bardzo! I jest brudny. Pewnie, gdybym znalazła się w środku sezonu w Neapolu, to miałabym inny punkt odniesienia, ale na chwilę obecną brudniejszy i bardziej śmierdzący był tylko Kair.

Po 7 – można pić alkohol w miejscach publicznych i jest to przecudowne! Wcale nie wpływa negatywnie na większą liczbę żuli czy bezdomnych, za to pozwala relaksować się na zielonych trawnikach, których jest wiele.

Reasumując, Berlin to barwne miasto, w którym można się zakochać, ale należy pamiętać, że potrafi być bardzo szorstki i pełen wyzwań. Na imprezę, wręcz wymarzone, dla niespokojnych duchów, artystów, studentów, dla osób poszukujących. Na codzienne życie? Waham się...

czwartek, 14 czerwca 2012

Odjechani


To uczucie, które mnie przenika na wskroś, gdy patrzę przez okno pociągu, na domy mijające mnie jeden po drugim, uciekające, by zrobić miejsce kolejnym krajobrazom. Choć tak naprawdę, to ja uciekam, odjeżdżam, aby jak najdalej i patrzę jak wszystko zostaje w tyle. Marzę o tym każdego dnia, każdej minuty swojego życia. By wyjechać, porzucić znane mi piekiełko, którego codzienna powtarzalność dotkliwie mnie przypieka.

Gdy nigdzie nie czuje się domu, nagle cały świat stoi otworem i tylko niebo zdaje się być limitem. Dlatego tak ciężko jest spójnie połączyć wszystkie marzenia i oczekiwania, nie musieć z niczego rezygnować?

Miarowy stukot kół, delikatne odgłosy lokomotywy, zawsze działają na mnie kojąco. Mogłabym tak jechać i jechać bez końca, bez ustanku. Samotnie, w ciszy, tylko patrzeć i słuchać. Boże, co ja bym bez tych zmysłów zrobiła?

Po środku żółto zielonej łąki, stoi mężczyzna w średnim wieku, w zielonkawej, zeszmaconej czapce z daszkiem na głowie. Stoi i patrzy przed siebie, bez ruchu, niczym skamieniały. W dłoni trzyma gumowy wąż ogrodniczy, tak jakby łąkę trzeba było podlewać, ale on nie podlewa. On tylko patrzy. Mam wrażenie, że gdyby zamknął oczy, parzyłby dalej. Boleśnie, ślepo, w rozpaczy. Jak gdyby chciał uciec od samego siebie, od tej wsi, co go otacza, od przyziemnych realiów. Nie wiem co myśli, pewnie nie zrozumielibyśmy się dobrze, ale w tej krótkiej chwili, gdy nasze spojrzenia się spotkały, wspólna tęsknota bez reszty nas połączyła. Za czym ta tęsknota, przed czym ucieczka? Chyba zawsze tylko przed sobą samym. Lub w poszukiwaniu samego siebie właśnie.

środa, 16 maja 2012

Daj się zgubić!


Jak najlepiej poznawać obcą kulturę, ludzi, miejsca? Jaki jest idealny przepis na podróżowanie, żeby nastrój się nie zwarzył, a zapał nie zwietrzał? Według mojej znajomej, kluczową warstwę stanowi lokalna kuchnia. Podczas posiłków w restauracjach, można zgłębić bogactwo historycznego dziedzictwa, przyjrzeć się z bliska stołowemu savoir-vivrovi, wziąć na widelce biesiadników. Dla mnie jednak jest to przepis zdecydowanie za drogi! Przynajmniej dopóki nie zaczniemy zarabiać w Euro. Nie sądzę również, że znajomość faktów historycznych czy ukształtowania terenu, są najważniejsze w procesie kształtowania się emocjonalnego odbioru miejsca X. Dlatego ja preferuję inny przepis, z kuchni fusion! Brzmi on następująco: Przygotuj mapę, przewodniki, GPS i co tylko możesz, po czym wyrzuć to do kosza i daj się zgubić! Tak, dokładnie, gub się i odnajduj, ile razy chcesz. Chodź bez mapy, bacznie obserwuj otaczającą Cię rzeczywistość, zaglądaj przez otwarte okiennice do sypialni lokalsów. Tak właśnie lubię robić ja.

Dane mi było ponownie umówić się z Barceloną na randkę. Odwiedzając miejsce kolejny raz, ma się ten komfort, że nie trzeba już zaliczać kolejek do wszystkich kluczowych punktów turystycznej mapy el extranjero! Można się włóczyć, oddychać lokalnym powietrzem, patrzeć w niebo. Tak też robiłam, w przerwach na zakupy, wiadomo. Co zaobserwowałam? Trochę „dziwactw”. Oto fajniejsze z hiszpańskich smaczków:

1. Wszyscy Hiszpanie są brodaci. Wszyscy!
2. Klatki schodowe kamienic są okrutnie wąskie! Mówię okrutnie, ponieważ nie ma szans, żeby dwie, grubsze osoby mogły się na schodach wyminąć. Nie wspomnę już o wnoszeniu mebli po krętych schodach. Chciałabym to kiedyś zobaczyć!
3. Afrykańscy imigranci preferują handel obnośny, a dokładniej, na głowach lub plecach, taszczą olbrzymie toboły. Jest to nic innego jak stosy „markowych” torebek, zawiniętych w prześcieradła. Za pierwszym razem myślałam, że wszyscy idą do pralni…
4. 25 stopni to zimnica. Kobiety noszą wtedy kozaki, rajstopy i ocieplane trencze.
5. Faktory do opalania do fanaberia – najlepsza jest spalenizna na oliwkę Nivea!
6. Rak piersi? Gdzie tam! Opalanie tylko toples!
7. W bramce metra wchodzi się od prawej strony. Naród leworęcznych?
8. Moda uliczna nie istnieje! Hiszpanie ubierają się bardzo marnie. Noszą przypadkowe szmaty z 3 świata, ani modne, ani wystylizowane, ani dobrane. Dobrze, że Gaudi ubarwił ulice, bo inaczej byłoby słabo.
9. Hiszpanie są wysocy i bardzo szczupli, podczas gdy kobiety są raczej niskie, często nieurodziwe i przygrube, zwykle. Szkoda.
10. Repertuar kin jest bardziej zacofany niż Polski! Zwycięstwo!
11. Po co Amerykańskiemu turyście mapa? Żeby mógł wprowadzić poprawne dane do iPhone’a ;]
12. Amerykański turysta przemieszczający się po dzikim, europejskim lądzie, zawsze ma na głowie baseballówkę, a na plecach plecak. Zawsze!
13. W spożywczaku nie ma twarożku, ani białych serów.
14. Praktycznie nie ma bezdomnych zwierząt, a i tych z domami jest jak na lekarstwo.
15. W restauracji, za siedzenie w ogródku, należy dopłacić do rachunku.
16. Przepis na plażowe Mojito, przygotowywane przez tureckiego imigranta: Zakop lód w piasku, umyj w morzu metalowe wiaderko, a drewniany moździerz wytrzyj o koszulę. Następnie krusz lód, dosypuj listków mięty, a drugą dłonią wyjmuj cytrynę. Dłoń wytrzyj w spodnie. Dosyp białego cukru i wszystko ponownie wymieszaj. Rozlej do plastikowych kubków i ustaw je na tacy. Chodź po plaży, w jednej dłoni dzierżąc tace, a w drugiej butelkę z rumem(?). Marketing bezpośredni jak malowany!

A może Wy również macie ciekawe obserwacje?

niedziela, 11 marca 2012

Przepięknie jest i tylko tlenu brak...


„Nie żyje”. Bardziej absurdalnego zlepku dwóch słów, chyba próżno szukać. Szczególnie, gdy dotyczą one kogoś, czyjej śmierci nie można było się spodziewać. Wtedy, te dwa słowa, brzmią jak żart, jak zwrot w obcym języku. Gdy je słyszysz, z początku nic nie rozumiesz! Nie wiesz czy się śmiać, czy nie wierzyć, czy zacząć przeklinać. Zamierasz. A potem zalewa Cię gorąca, szokująca fala, na której dryfujesz przez następne, długie godziny, dni.

Człowiek, szczególnie w obecnych czasach, ma silną potrzebę racjonalizacji wszystkiego. A jak tu pojąć śmierć młodego człowieka, który tak mocno kochał życie? Który nie marnował ani jednej jego minuty, który w ciągu dwudziestu paru lat zrobił, osiągnął, przeżył więcej niż tuzin starców? Który był dobry, skromny, życzliwy, nie tylko dla przyjaciół, ale dla każdego. Który nie budował murów, nie unosił się pychą, nie wywyższał, mimo, że mógł, bo życiorys miał imponujący…

Nie znaliśmy się z Fredem za dobrze, ale wystarczająco, żebym miała okazję go polubić i obdarzyć szczerym szacunkiem, podziwem i zwykłą sympatią. Imponował mi, być może najbardziej, z osób, które znam osobiście. Zazdrościłam mu odwagi i optymizmu. Nietuzinkowości i wielkiej, wielkiej pasji! W moich oczach był niezłomny marzycielem, któremu nic nie mogłoby przeszkodzić w realizacji celów. Był dla mnie przykładem postawy „chcieć to móc”. Ciarki miałam za każdym razem, gdy czytałam kolejny wpis na jego autorskim blogu: http://mygrandtour.pl/, na którym wspaniale opisywał podróż po Ameryce Południowej i nie tylko. Jego dokonania i przygody zapierały mi dech w piersiach i to się nigdy nie zmieni.

Dziś jego bliska koleżanka napisała mi zdanie: „On myślał, że ludzie go nie lubią, a ludzie go uwielbiali”. Takie osoby to inspiracja dla pokoleń. Niektórzy nigdy nie mają szczęścia poznać choć jednego, tak charyzmatycznego człowieka. Ja miałam i jestem za to niezwykle wdzięczna. Fred bowiem otwierał innym oczy. Mnie otworzył wielokrotnie.

czwartek, 2 lutego 2012

Zawsze nigdy


Nie wiem i to zawsze będzie nie wiem.
Nigdy tak, nigdy żegnaj,
zawsze bądź, zawsze wróć,
zawsze nie chcę Cię znać.

Poznałam Cię niezamierzenie i tak samo Cię puściłam,
nigdy nie będąc pewna czego chcę,
zawsze z Twoim strachem w tle.

Nie nam pisane wspólne życie i tęsknoty,
wspólne troski i wzajemne wzloty.

Odejdź,
daj spokój,
nic z tego nie będzie,
zapomnij mnie.

Wspomnij czasem tak jak ja Ciebie wspominam,
jako najważniejszą osobę dotychczasowego życia.

Stonka wkoło, a my samotni osobno, nawet jeśli czasem razem.

Sing IMANY...

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Wariaci



Nic już nie rozumiem. Nic zrozumieć się już nie da. Jedynie małe dzieci wszystko rozumieją i wiedzą. One wiedzą, znają prawdę. O sensie, o istocie rzeczy. Potem jest tylko gorzej. Jeśli wcześniej coś było niejasne, to później jest niejasne po stokroć. W dodatku obarczone doświadczeniami, nierzadko normalnymi. Zwykle nie. Zwykle są to doświadczenia z pogranicza groteski wręcz. I horroru. Dużo horroru. A potem z takich doświadczeń powstaje dorosły człowiek z umysłem dziecka. Który pije wódkę, jakby pił mleko z butelki, trzymanej przez matkę. Bądź nianię. Który jara jointy, jakby wciągał w płuca powietrze, w pierwszym oddechu życia. I nic on nie rozumie, ale wszystko czuje. Jak kora drzewa. Tylko głośna, awanturująca się kora. Wielkie, gadające drzewo! Porost, huba, pasożyt. Pasożyt, wampir, który żyć sam nie umie i z kimś też nie umie. Bo nauczono go tylko brania. I wchodzi bez ostrzeżenia, bez szkarłatnej litery na piersi. Wchodzi w społeczeństwo, niczym równy, ba, niczym lepszy od pozostałych i roztacza urok. Zniewala, czaruje, niszczy. Niszczy choć nie chce. Chyba nie chce, tak nam się zdaje i jemu się tak zdaje, bo kto chciałby tylko niszczyć, ale tak naprawdę nikt tego nie wie. On sam wie najmniej. Wie tylko tyle, że chciałby, ale nie umie, nie potrafi, nie nauczono go. I musi żyć przez wieki w tym dysfunkcyjnym umyśle, uwięziony. Bo kilkadziesiąt lat to niczym wieki, jeśli się czuje za dużo, nie rozumiejąc nic. Wariactwo ogarnęło planetę, znikąd widać ratunku.