Alice in Warsawland: maja 2013

czwartek, 16 maja 2013

Dlaczego Budapeszt jest fajny?


Kultywuję z moja Mamą tradycję zwiedzania miast na literę "B". Był (i wciąż powraca niczym bumerang) Berlin, była Barcelona, następny miał być Budapeszt. Okazałam się jednak wyrodną córką i wiedziona pokusą majówki spędzonej ze znajomymi zdradziłam mamine plany. Za wszystko obwiniam meteorologów, którzy naobiecywali (słusznie zresztą) ponad 30 stopniowe upały i bezchmurne niebo, podczas gdy w Warszawie była szaruga. Oficjalnie jechałam na rekonesans i badania terenowe, żeby, gdy nadejdzie pora, Mamuśka dostała wszystkie atrakcje na tacy, bez konieczności radzenia sobie z nieprzyjemnymi niedogodnościami. Raport wyszedł pozytywnie!

1. Po pierwsze – nocleg! Chyba nigdy nie udało mi się mieszkać w tak wysokim standardzie, nie licząc hoteli z kilkoma złotymi gwiazdkami. Wraz z trójką co-wojażerów wynajęliśmy, w dodatku na ostatnią chwilę, olbrzymi i w pełni wyposażony apartament z trzema sypialniami, trzema łazienkami, kuchnią, salonem, wyimaginowanym przez nas basenem i salonem gier, położony w dodatku w dogodnej lokalizacji i należący to ultra wyluzowanych, rozrywkowych landlordów, czekających na nas z „welcome drinkiem” i kuponami na darmowe drinki w lokalnych barach! Było tam tak dobrze (za 80 zł od osoby/doba), ze nie mogliśmy przestać szukać haczyków, polskim podejrzliwym zwyczajem. Jak się okazało, haczyków nie było!

2. Forinty to prześmieszna waluta pozwalająca wydawać setki tysięcy, a w rezultacie i tak wychodzi to taniej niż w Polsce. Wino za dwa tysiące? Pewnie, dwa poproszę! 

3. Budapeszt, a dokładniej Peszt, pełen jest imprezowych spotów pod gołym niebem. Co krok to lepsza miejscówka! Jest lepiej - młodzi skupiają się nad oczkami wodnymi i nikt nie krzyczy, że zaraz ktoś się utopi po pijaku. Co dziwniejsze - oni się nie topią! Żadne też bałkańskie odmiany Pani Kuryłowicz nie molestują miasta, że młodzież to zło, zwierzęta, hałas, sodoma i gomora. Nikt się nie burzy na to, że fontanny służą jako stoliki barowe z opcją chłodzenia w bieżącej wodzie. To się nazywa praktyczne zaadaptowanie infrastruktury miejskiej.

4. Moda nie istnieje. Jasne, jest kilka flagowych marek premium, gdzie kupimy Cipo lub Ruha, ale zdają się one świecić pustkami. Za to second handów pełen dostatek. Młode Węgierki uwielbiają zbyt krótkie szorty i mini spódniczki, a do tego głębokie dekolty z których wylewają się ich obfite biusty. Mój kolega do dziś ma koszmary! W dodatku noszą zbyt małe rozmiary i nie przejmują się tzw. "muffin topami". Cyc do przodu i jazda!

5. Język węgierski jest absolutnie niezrozumiały. Nie, żeby to była jakaś nowość, ale zdaje się, że sami Węgrzy mają tego świadomość, bo praktyczna znajomość angielskiego jest wśród nich na wysokim poziomie! Tak poliglotycznych kelnerów i pracowników usług nie spotkałam nigdzie zagranico.

6. Węgierska kuchnia jest tłusta, ciężka i monotonna. Co wieczór zasypiałam z bólem żołądkiem, czego absolutnie nie łączyłabym z wypitym alkoholem! Co więcej, polskie wariacje flagowych węgierskich dań zdają się być smaczniejsze od oryginałów ;-) Wszystko jest zbyt słone, zbyt węglowodanowe, zbyt na głębokim oleju. Są też wyjątki, takie jak mistrzowska kiełbasa paprykowa, podobnie jak Tokaj 3 i 6 puttonowy i piwo Dreher.

7. Im ładniejsza etykieta i bardziej wymyślna nazwa piwa tym możecie być pewni paskudniejszego smaku. Tak okropnych piw zwalających goryczą z nóg jeszcze nie kosztowałam. Trzeba być czujnym!

8. Oprócz pubów pod gołym niebem, ozdabianych świecącymi lampeczkami, wiele jest też klasycznych lokali. Chociaż nie wiem czy nazwałabym klasycznym pub w którym psom wstęp bardzo zalecany (Kisuzem) ;-) albo dwupiętrowy skłot, od którego berlińskie Tacheles mogłoby się wiele nauczyć w kwestii skrajnie niewymuszonej nonszalancji, tudzież dosadniej - stylizacji na żulerię (Szimpla Kertmozi Bar). Wspaniała atmosfera!

Reasumując, Budapeszt jest na prawdę fajny! Ładny, przestronny, przyjazny. Zróżnicowane widoki, spójna zabudowa, efektowne zabytki, brak wieżowców, oryginalne miejsca dla młodych i starszych imprezowiczów - to wszystko składa się na obraz miasta przyjaznego mieszkańcom, w którym można nie tylko pracować, ale również wypoczywać. Bardzo polecam na krótsze lub dłuższe wypady, szczególnie w ciepłym okresie, kiedy można w pełni korzystać ze wszystkich atrakcji. Ceny są atrakcyjniejsze niż w Polsce, a pogoda iście południowa. Lokalne jedzenie mogłoby być lepsze, ale dla wybredziochów jest dużo zamienników. W powietrzu czuć bałkański, niezobowiązujący klimat, który pozwala się odprężyć i wypocząć. Chętnie tam wrócę :-)




niedziela, 5 maja 2013

Dzień Kobiet od Marysi Sadowskiej




Tym razem będzie krótko i na temat. Słowem wstępu zaznaczam, że jestem niczym nieuprzedzającym się, nie kierującym się stereotypami kinomanem, który jednocześnie od kilku lat nie ogląda telewizji (to działa chyba tylko na moją korzyść;-). Jasna sprawa, że mam swoje ulubione gatunki, tematy, reżyserów, aktorów, scenarzystów, blablabla, ale dziś nie o tym. Dziś chcę napisać jak przez zupełny przypadek obejrzałam polski film, który bardzo mi się spodobał.

Z zasady nie hołduję polskiej kinematografii, ponieważ zawiodła mnie zbyt wiele razy. Uważam, mówiąc ogólnikowo, że w polskim filmie źle się dzieje, albo, co gorsza, nic się nie dzieje. Scenariusze w większości są fatalne, reżyserzy słabi, nagłośnienie tragiczne, zdjęcia płaskie, obsady powtarzalne, kostiumy często jakby nieobecne. Tematyka najczęściej ultra depresyjna lub wojenna, tudzież kretyńska (Kac Wawa!?). Polskie filmy oglądam zwykle pod przymusem i z duszą na ramieniu. Mam wtedy zawsze jedno życzenie. Nie, nie to, żeby film mnie poruszył, urzekł, czy zafascynował. Nie. Po prostu, żeby mnie nie wkurzył. Kłamstwem byłoby jakbym napisała, że żaden polski film mi się nie podoba, bo są takie, które szczerze uwielbiam, ale nie zmienia to faktu, że patrząc szeroko, polskie kino jest miałkie. Tym większe zatem było moje zaskoczenie, po obejrzeniu filmu „DzieńKobiet”.

Dzień Kobiet”, reżyserski debiut Marysi Sadowskiej, nazywany jest polską „Erin Brockovich”. Film opowiada historię prawdziwą o korporacyjnym wyzysku i ekonomicznych ograniczeniach, które z kolei powodują osobiste dramaty. Oczywiście owad w logo kosmetycznie został zmieniony, ale analogie są oczywiste. 

Halina (Katarzyna Kwiatkowska) jest pracownicą dyskontu „Motylek”, samotną matką, której życie z momentem awansu, paradoksalnie, przeradza się w koszmar. Pracując pod wielką presją szefa manipulatora, zmuszona jest zapomnieć o solidarności i przyjaźni, wyrzec się zrozumienia i empatii wobec swoich wcześniejszych koleżanek. Gdy w końcu nie wytrzymuje napięcia i niesprawiedliwości, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Odważa się złożyć pozew przeciwko bezprawnemu traktowaniu pracowników, nie godząc się na życie w horrorze.

Film pokazuje realia niewolniczej pracy w międzynarodowych korporacjach, warunki panujące na każdych ich szczeblach, a także pranie mózgu jakie pracownicy przechodzą na wewnętrznych szkoleniach. Sceny „motylkowe” przeplatane są chorobami, romansami i najzwyklejszymi ludzkimi dramatami, których, jak na moje oko, jest jednak trochę za dużo. Odciągają one uwagę od głównego wątku i wywołują u widza znieczulicę. Momentami można czuć zbędne przytłoczenie i przesadę, ale jednocześnie wątki poboczne bez wątpienia budują świat głównej bohaterki, tym bardziej tłumacząc beznadzieję jej życia i motywując późniejsze postępowanie.

Film nie jest oczywiście wolny od tandety (np. „motylkowy” czarny charakter, boss), jednak rewelacyjna kreacja aktorska Katarzyny Kwiatkowskiej, znanej wcześniej głównie z kabaretów, wynagradza inne niedociągnięcia. Zbudowała postać wiarygodną, głęboką, wielowymiarową i widz to po prostu kupuje. Można śmiało powiedzieć, że bez jej autentycznej i naturalnej gry nie osiągnięto by tak dobrego efektu końcowego. 

Film „Dzień Kobiet” nie jest lekki, przyjemny i odprężający, ale jego rolą nie jest jedynie zasmucić i zdeptać dobre samopoczucie widza. Opowiada on uniwersalną historię o odwadze, nadziei i fakcie, że nigdy nie jest za późno, żeby coś w życiu zmienić lub przyznać się do popełnionych błędów. To film o buncie wobec niesprawiedliwości i wyzysku. Bardzo polecam i jednocześnie dziękuję Wiośnie Filmów za możliwość obejrzenia znakomitego, polskiego filmu!