Alice in Warsawland

niedziela, 9 października 2016

Wszystko co kocham

Czasem przychodzi mi to naturalnie, a czasem muszę się zmuszać, by myśleć „na tak”, częściej niż „na nie”. Szczególnie, że pogoda jest jaka jest, płaszcze, swetry, słota, korki, polityka i w ogóle fryzura nie ta.  Myślę, że większość z nas tak ma i w codziennej pogoni zapominamy o małych przyjemnostkach, dzięki którym czujemy się szczęśliwi. 
Dlatego dziś, w boski dzień tygodnia pomyślałam, że się do siebie i do Was uśmiechnę, spisując 30 prawd, które podnoszą mi poziom serotoniny we krwi. Fajnie jeśli też sobie taką listę wymyślicie i będziecie doceniać te małe radości na których upływa nam życie.  W chwilach zwątpienia to właśnie one pomagają nam stanąć na nogach świadomie, a nie tylko chodzić z rozpędu. Pokrytykować  zdążymy się jutro.


A tymczasem uwielbiam…

1. słoneczne poranki w moim mieszkaniu, kiedy wszystko wydaje się możliwe, a ja mam w sobie zapał twórczy i wielki, dziecięcy optymizm. Ten moment, gdy robię pyszne, zdrowe śniadanie i wierzę, że wszystko będzie dobrze.

2. moją małą, szwedzko szaro-białą kotkę, który ładuje się na mnie z mruczeniem zawszy, gdy mnie widzi.

3. moją drugą tygrysią kotkę, która ma swoją ulubioną piosenkę, przy której wpada w ekstazę.
4. pierwszy powiew jesieni, gdy lato odchodzi w zapomnienia. To jedno z tych słodko gorzkich uczuć, gdy nie chcemy zmiany, ale nie możemy się jej doczekać. Gdy marzymy o ciepłym swetrze, ale głęboko w pamięci wiemy, że za dwa miesiące, okutani w milion warstw, pożałujemy tego zimna. Ale tak, moment przejścia kocham. (edit – powoli zaczynam żałować…)

5. zapach kadzidełek i kremu do opalania, bo zawsze wtedy czuję zapach Azji.

6. 7. pić wodę po zjedzeniu czekolady i jeść oliwki z anchois prosto z puszki.

8. chodzić po Tatrach. Przeklinać windę i siedzący tryb pracy podczas wchodzenia. Słyszeć w uszach tylko własny oddech, jak kosmonauta. A potem to uczucie, gdy widzę świat ponad szczytami. Ten przepiękny niepokój bijący od skał. Tego uczucia opisać się nie da.
9. mieć gęsią skórkę i łzy w oczach ze wzruszenia na samą myśl o podróżach.

10. jeść w łóżku i oglądać seriale do których publicznie nigdy bym się nie przyznała.

11. męskie brzuchy i mocno zarysowane żuchwy. Piękne włosy, niebieskie oczy i wyżyłowane ręce. Mężczyzn, którzy mają coś do powiedzenia, ale nie uczyniło to z nich bufonów.

12. 13. kąpiele w pianie i słuchanie tej samej piosenki non stop przez dwa tygodnie. Albo miesiąc.

14. 15. chodzić z mamą do kina i jej bezpruderyjność. To, że nigdy nie jest na mnie zła, mimo, że daję jej do tego powody.

16. przeglądać milion ciuchów w sklepach online, żeby na koniec kupić jeden czarny T-shirt.

17. polemizować.

18-21. smak arbuza, ciepło słońca, kocie mruczenie i się całować

22. gdy po treningu endorfiny zalewają mi system i zaczynam unosić się nad ziemią.

23. 24. gadać do zwierząt dziecięcym głosem i śpiewać podczas jazdy na rowerze.

25. do sportu ubierać się kolorowo, a na co dzień na czarno, mimo, ze Anna Wintour tym gardzi.
26. czytać książki w autobusach.

27. gdy przyjaciele o mnie pamiętają.

28. ciekawych, inspirujących, mądrych, aktywnych ludzi, którzy pokazują mi inny punkt widzenia.

29. muzykę na żywo, która daje znacznie więcej niż dźwięki.
30. że jestem silniejsza niż mi się wydaje i że mogę siebie jeszcze zaskoczyć.

niedziela, 19 czerwca 2016

Londyn w 50 kilometrów

Kiedy ostatni raz zrobiłam ponad 50 km pieszo po mieście? Nigdy? A wystarczyło pojechać do Londynu i po 3 dniach miałam rekord w kieszeni. O co chodzi z tym Londynem? Wszyscy go albo kochają albo nienawidzą. Jedni mówią, że daje szansę, której w Polsce, by nigdy nie dostali, inni, że to miasto zepsute, naćpane, zawsze Ci obce. Jaka jest prawda? Prawdy nie ma. Albo inaczej- wszystko jest prawdą.

Lotnisko Warszawa Modlin, 5 rano. Mijam mężczyznę z bazarową torbą w kratę zarzuconą na ramię, smarkającego na chodnik bez użycia chusteczki. Wchodzę na halę odlotów. W kolejce za mną stoi 30-sto paro latek z lekką nadwagą, w białych skarpetach naciągniętych wysoko na łydki, założonych do sportowych sandałów. Do kolejki dołącza para z małym dzieckiem, mężczyzna ma więzienne tatuaże na twarzy, szyi i dłoniach. Wiecie, te w których tusz już się utlenił na zielono. Tribale, groźne hasła i symbole diabła. Czuję ze poza bagażem zabrali ze sobą wszystkie niechlubne stereotypy, które się zarzuca Polakom emigrującym na Wyspy.

"Witaj w naszym kraju. Tu zawsze świeci słońce. Chciałbym..." Celnik w okienku kontroli paszportowej już na wstępie rozbroił mnie angielskim humorem ubranym w melodyjny, brytyjski akcent. Myślałam, że w kraju rockowej muzyki, wielkiej mody i Harrego Pottera, kraju o którym tyle słyszałam, a do którego nigdy wcześniej nie miałam okazji dotrzeć, poczuję się jak w domu. Ta myśl przyświecała mi, gdy wyszłam z lotniska i... Przestałam słyszeć angielski. Włoski, hiszpański, arabski, ale angielski? Dopiero w centrum Londynu. Od Amerykanina.

Z shuffle busu wysiadłam na Liverpool Street i czekam. Siedzę, obserwuje, chłonę anglosaski klimat, który tak kochałam w irlandzkim Dublinie. Ale Londyn jest zupełnie inny, widzę to od razu. Tu jest przesyt i tempo, tu nie ma się czasuSzybkim marszem uciekamy z zatłoczonego dworca na Brick Lane. Pierwszy przystanek to Dark Sugars, sklep z ręcznie wyrabianą czekoladą, serwującą oryginalne połączenia i nietypowe smaki. 5 pralinek, 5 funtów. A więc tak tu będzie? Ale jak mogłam odmówić czekoladkom, których hasło brzmi "Make yourself happy", a właścicielem, czekoladnikiem i ekspedientem w jednym jest rozbrajający ciemnoskóry mężczyzna z szerokim białym uśmiechem i Mr Smileyem na koszulce? Najlepszy marketing i najlepsza jakość w mieście, a te kalorie naprawdę poprawiają humor.








Szybka kawa na ulicy przed pobrudzonymi witrynami vintage shopu i zaczynamy zwiedzanie. Najpierw City, w którym mijamy białe kołnierzyki i kobiety w ołówkowych spódnicach. Tu nikt nie nosi garniturów z sieciówek, kraciastych koszul i kolorowych krawatów, tu czuje się jakby każdy mężczyzna był Jamesem Bondem, a kobieta Monicą Bellucci. Króluje czerń i mocne akcenty, dopasowane formy i modne okulary.  To nie są ulice przed biurowcami, to czerwone dywany, czynne od poniedziałku do piątku. W weekend City świeci pustkami, a po chodnikach przetaczają się tumbleweedy, ale nie dziś. Do weekendu zostało kilka godzin, czas przekuć je w pieniądze.


Nagle sceneria krawaciarzy zmienia się w oazę hipsterstwa. Otwarty targ pod arkadami pełen kapeluszników, ciuchów prosto z Azji, sztucznej biżuterii z tureckich bazarów i designerskich gadżetów do domu prosto z kolorowych Chin. Do tego burgery, fish and chips, a na deser pudding. Z głośników leci Indie, a ludzie nigdzie się nie śpieszą, jakby byli na weekendowym pikniku.

Lecimy dalej, podczas gdy pogoda staje się coraz bardziej letnia. Upał wzmaga, podobnie jak mój apetyt na to miasto. Docieramy do Tower Bridge, pierwszy londyński zabytek z przewodników. Robi wrażenie, podobnie jak tłumy robiące sobie na nim selfie. 


Po drugiej stronie Tamizy obieramy azymut "targ lunchowy". Znowu, zupełnie niespodziewanie, w środku miasta w środku dnia pracy wyrasta targ dobroci. Gwar jak na Wall Street, nad głowami kupujący wymieniają się ze sprzedawcami, pieniądze i jedzenia miksują się kolorami. Można zjeść tu wszystko, od wegańskich specjałów do krwistych steków. Pysznie, niedrogo, w genialnej atmosferze. Jemy nasze zdobycze na schodach przed okolicznym kościołem, razem z tłumem podobnych nam. Nikt nie zwraca na nikogo uwagi, nikt nikogo nie ocenia. Czarni, biali, Azjaci, Żydzi, Arabowie, księża siedzą obok siebie, uśmiechają się, jedzą.


Najedzone idziemy dalej, chcemy dojść do London Eye i Hayd Parku. Trasa ambitna, ale pieszo zwiedza się najlepiej. W końcu wyrasta przed nami Pałac Westmisterski. Jak się coś tyle razy widzi w telewizji i filmach to na żywo czuje się dysonans poznawczy. Obcy ale znajomy? Ładny? Duży? Można zgłupieć od sprzecznych odczuć, ale jedno jest pewne- Big Ben robi wrażenie. Podobnie jak szeroko rozpościerająca się zieleń Hayd Parku. Zielone płuca miasta na prawdę pozwalają oderwać się od szalonego tempa i poczuć jak na angielskiej wsi. Gęsi, kaczki, koty, psy, dzieci - wszyscy biegają, hałasują, jest błogo.







Wracamy przez Oxford Street, czyli konsumpcyjny Mordor. Ludzie z wielkimi siatami niczym świadkowie Jehowy chodzą od drzwi do drzwi w poszukiwaniu okazji do zbawienia. Kupują, kupują, ale wciąż im mało, więc kupują dalej. Korkom  ulicznym nie ma końca. W Primarku czyli w taniej sieciówce z której każdy wychodzi z naręczem szmat z bliskiego wschodu, jest jeszcze gorzej. Nie wytrzymuję tego nerwowo i do kasy idę z jedną parą majtek i jednym T-shirtem. Kasjer ze szczerym zdziwieniem pyta, czy to wszystko? Pewnie wieczorem, gdy będzie jadł kolację z rodziną, przewinę się jako ciekawostka dnia minionego.

Soho trochę koi moje nerwy, bo niby blisko, a jednak dzielą go lata świetlne od szaleńczego shoppingu. Butiki zamiast centr handlowych, designersko ubrany tłum, wesołe twarze zamiast kobiet w amoku. Sklepy z vinylami, ubraniami vintage i kawiarnie dają przestrzeń do oddechu i naładowania baterii. Do tego tu zawsze coś zaskakuje!


Jesteśmy zmęczone, a do domu kawałek, więc na ostatnim odcinku łapiemy autobus, bo wcześniej złapał nas deszcz. Szybki przystanek w Marks & Spencer i ze zdrową sałatką z komosą ryżową za 2£ możemy podziwiać Londyn z pierwszego pietra czerwonej karocy.

Drugi dzień miałam spędzić sama, a ponieważ od rana padało, nastawiłam się do tego planu dość sceptycznie. Nie byłam też szczególnie wyspana, bo pół nocy spałam z 6-cio tygodniowym kotkiem, który zrobił sobie legowisko w moich włosach. Właścicielka mieszkania, Brytyjka oryginalnie z RPA, miała osobliwe hobby, które w pewnym stopniu nawet podziwiam. Zawsze, gdy wracała do domu pod wpływem, przynosiła ze sobą znalezionego po drodze kota. Ponieważ nie lubiła wylewać za kołnierz, w domu mieszkało już pięć kotów, w tym maleństwo, zbyt szybko oddzielone od matki. Nie powiem, żebym narzekała, ale czułam, ze to zaniedbane kocie źle skończy i niestety się nie pomyliłam, ale nie o tym...






By mieć energię do samotnego zwiedzania, Anielka z Basią nakarmiły mnie pokaźną porcją tradycyjnego, brytyjskiego śniadania. Gdy ulewa zmieniła się w mżawkę, wyruszyłam przed siebie na spotkanie z Harrym Potterem. Chciałam na własne oczy zobaczyć miejsce, gdzie wszystko się zaczęło. Droga, oczywiście piesza, do Kings Cross nie była jednak tak emocjonująca jak dnia poprzedniego, szczególnie, że deszcz zacinał mi w twarz. Pocieszałam się babeczkami Resses, czekając aż wyjdzie słońce, ale nic takiego się nie wydarzyło. Wstępowałam do każdego ciekawszego sklepu po drodze, jeszcze bardziej uszczuplając budżet, ale prawdę powiedziawszy - umierałam z nudów. Londyn pokazał mi swoje mniej ekscytujące oblicze, ociekającego szarym deszczem molochu. Gdy dotarłam na dworzec byłam już tak przemoczona, że nawet nie chciało mi się szukać peronu 9 i 3/4. Doceniłam za to piękno dworca i wcale mnie nie dziwi, ze magicznie zainspirował J.K.Rowling.





Pokręciłam się po okolicy i ruszyłam w długą drogę powrotną przez Oxford Street, Soho i w końcu Liverpool Street. W Soho, zupełnie nieświadomie, znalazłam się w samym centrum celebracji Światowego Dnia Nagiej Jazdy na rowerze. Przyznam, że uśmiech nie schodził mi z ust jeszcze przez długi czas, po tej wspaniałej lekcji anatomii. Polecam każdemu.
Ostatni dzień w Londynie poświęciłam na spacer do Notting Hill i Portobello Road. To zdecydowanie najładniejsza część Londynu w której mogłabym mieszkać, a która dla normalnego zjadacza chleba jest totalnie niedostępna. Ambasady, domy gwiazd filmowych i muzycznych, wysokiej klasy restauracje. Do tego kontrastujący Portobello Market, pełen hipsterów, hipisów i wszelkiej maści nieodnajdujących się w konsumpcyjnym świecie ludzi, sprzedających cuda, cudeńka, od tandety, do suwenirów z Azji po prawdziwe cacka mające wartość nie tylko emocjonalną. Pyszne jedzenie ze straganów, bogata paleta smaków i zapachów, ale przede wszystkim multum ludzi, którzy chcą z Tobą rozmawiać! Dla mnie, warszawianki, która nie może znieść polskiej hermetyczności, to cudowna sprawa. Obcy ze mną rozmawiają! Wspaniałe.



Ten miły akcent na pożegnanie sprawił, ze na pewno jeszcze do Londynu wrócę. Szczególnie, że pojechałam tam na zaproszenie koleżanki, z którą poznałyśmy się w wyniki wielu nietypowych zbiegów okoliczności. Gdy wraz z siostrą przeniosły się do Londynu, ja zyskałam zamorską przystań do odwiedzin. I to nie byle jaką, ale u prawdziwie nietuzinkowych osób. Takich, których, jeśli ma się szczęście, to może w ciągu życia poznacie kilka. Diablo utalentowane, nieprzeciętnie zmotywowane, szybko i wytrwale zmierzające do celu, nie gubiące się po drodze. Mimo młodego wieku dojrzale i wzajemnie się wspierające. Samo przebywanie z nimi ładuje baterie i pokazuje, że chcieć to móc. Trzymam za nie kciuki i wysyłam pozytywną energię każdego dnia, bo jak one nie zrealizują marzeń to nie wiem komu się uda.

A co ja z Londynu zapamiętałam? Przede wszystkim wielkość. Londyn jest naprawdę gigantyczny i na prawdę multikulturowy. Chociaż w praktyce ta multikulturowość objawia się częściej w postaci gett myślowych, niż wymianą myśli i doświadczeń. Podobają mi się możliwości i perspektywy jakie to miasto daje, mniej natomiast polubiłam jego szorstkość i łatwo dostępną drogę na dno. Zobaczymy co powiem za drugim razem. Wiem natomiast, że wyspiarskiej pogody nie polubię nigdy.

środa, 18 listopada 2015

Eat Pay Shop, czyli wakacje na Bali

Nie wybieramy sobie miejsca urodzenia, ale ja jestem pewna, że bocian upuścił mnie w złej strefie klimatycznej. Tak naprawdę celował w tropiki, niestety w locie złapał go skurcz i wyrzucił mnie nad biegunem zimna. Mogło być gorąco, a wyszło jak zwykle.

Kocham upały. I bazary, arbuzy, morską otchłań, bujną roślinność i mniej lub bardziej dzikie zwierzęta. I tak się składa, że to wszystko znajduję w Azji, razem z wszechobecnym chaosem, smrodliwymi wyziewami spalin i brudu, z brakiem szczątkowych zasad BHP. Ale mnie to nie odstrasza, bo ja Azję kocham bezwarunkowo, ze wszystkimi jej wadami i dziwactwami. A marzyłam o niej odkąd pamiętam. A z marzeniami tak bywa, że się nie starzeją i nie wychodzą z mody, zastygają w określonej formie. I tak chyba trochę wyszło z Bali, które rozwinęło się szybciej niż moje o nim wyobrażenie. 

Bali w języku indonezyjskim oznacza "ofiarę przeznaczoną dla Bogów". Wyspa na pocztówkach piękniejsza od słońca, zielona od tarasowych pól ryżowych, tętniąca życiem na wybrzeżu, pękająca w szwach od świątyń, budząca respekt ze strony wulkanów i pozwalająca się rozpłynąć w lazurowej wodzie. A jaka jest Bali w 2015 roku oczami turysty? Przede wszystkim zurbanizowana.

Boczna uliczka w Seminyaku
Wielka trójca, czyli Kuta, Legian i Seminyak, to nic innego jak wielkie centrum handlowe położone nad Oceanem. To tez dowód na to co dzieje się z poczciwymi Azjatami, gdy wkracza zachodni kapitał, a wraz z nim zachodnie zwyczaje.

- Do you have lassie? – pytam młodego Balijczyka, ubranego na zachodnią modłę.
- No mate, but Mohito happy hour just started! – odpowiada z wyćwiczonym australijskim akcentem.
Konsumpcjonizm nie na polskie kieszenie, bardzo mocno dostosowany pod zachodniego turystę, ze szkodą dla lokalnej tradycji i przyrody. Trzeba przyznać, że miasta są bardzo skrupulatnie sprzątane, przez co sprawiają wrażenie zadbanych, ale jednocześnie zatraciły gdzieś po drodze swoją azjatyckość. Butik na butiku, stragan na straganie przyprawiają o zawrót głowy i nieprawdopodobnie męczą. Tych co zakupy lubią wielością wyboru, a tych co za nimi nie przepadają doprowadzają do szału.


Yes, taxi Boss, yes? Viagra? Mushroom boss? Surping lessons? Massage? Whatever you like boss.

Nie mniej jednak trzeba to zobaczyć, żeby uwierzyć. Tak, utoniemy w niewyobrażalnych korkach samochodów i skuterów, tak, udusimy się od spalin i tak, wydamy wszystkie pieniądze, ale warto to przeżyć, żeby poznać wszystkie odcienie Bali. 
Seminyak
Na osłodę powiem, że Balijczycy są wspaniali. Czasem w pierwszym kontakcie mogą wydawać się poważni i lekko zdystansowani, ale już po krótkiej wymianie zdań uśmiechają się i wypytują o to skąd pochodzisz i jak Ci się wiedzie. Są ciekawi świata, bo sami rzadko podróżują. Większość z nich nigdy nawet nie opuściło Bali, nie poznało żadnej z 17 tysięcy indonezyjskich wysp i nie leciało samolotem, mimo, że mają blisko 70 lokalnych linii lotniczych (ponad 50 z nich ma zakaz wkraczania w europejską strefę powietrzną, ponieważ nie spełniają norm bezpieczeństwa). Wakacje nie są popularną koncepcją, chyba, że dłuższy weekend z dziećmi u rodziny, rzadziej w hotelu. Utrzymanie na podstawowym poziomie jest możliwe, ale jakiekolwiek zachodnie ekstrawagancje drogo kosztują. Przykładowo dzienne wyżywienie 4 osobowej rodziny i kilku zwierząt domowych to 50 000 rupii, niecałe 14 złotych. Czyli roczne wyżywienie kosztuje ciut więcej niż iPhone 6s, marzenie wielu. Samsung Galaxy to zło konieczne, drugi wybór, które można kupić już za jedyny 1 mln IDR.

Balijczycy są bardzo religijni. Każdy dzień zaczynają od jadźni, czyli ofiary, którą wystawiają na chodniku przed domem lub sklepem oraz przy świątyniach. Praktykują 5 typów ofiar - dla wszystkich bóstw, dla wszystkich żyjących stworzeń, dla przodków, dla Boga Stwórcy i dla innych ludzi, głównie potrzebujących. 

Poza codzienną praktyką bardzo ważne są obrzędy – narodziny dziecka, ślub, pogrzeb. Wyprawienie tradycyjnego ślubu z weselem dla przyjaciół i rodziny kosztuje średnio 30 mln IDR, a bez niego można zapomnieć o zamieszkaniu z ukochaną i założeniu rodziny. Nie dziwi zatem fakt, że przeciętny Balijczyk przeznacza 40% miesięcznych zarobków na cele religijne.
Drugą najważniejszą kwestią po religii jest ryż. Prawie każdy Balijczyk ma swój kawałek pola ryżowego, który z namaszczeniem uprawia, zbierając 3 razy w roku plony własnej pracy. W końcu ryż to tradycja, świętość, życie. 
Rytm dnia poza religią wyznacza praca. Zawodów jest pełno, od tak osobliwych jak wytwarzanie artykułów sakralnych i struganie posągów, do bardziej praktycznych, jak kierowca czy masażysta, ale największą renomą cieszą się fuchy państwowe. Zostać nauczycielem, policjantem czy urzędnikiem to synonim sukcesu. Nie dość, że pracują krótko i mogą pozwolić sobie na drugi, komercyjny etat, to jako jedna z nielicznych grup zawodowych otrzymują  emeryturę i benefity (dodatki na dzieci i niepracującego współmałżonka). A jak się załapać na tak intratną posadę? Oczywiście najpierw trzeba mieć znajomości i dać pokaźną łapówkę. Ach, brzmi znajomo J

Balijczycy są pozytywnie nastawieni do turystów i co ciekawe, doskonale wiedzą gdzie jest Polska i znają wiele faktów z naszej historii (choć spotykały nas niespodzianki w postaci pytań dlaczego nie mówimy po niemiecku i mamy inną walutę niż euro), a to wszystko za sprawą Roberta Lewandowskiego. Na Bali zna go każdy, bo Indonezyjczycy to wielcy fani piłki nożnej. Do tego są niewyobrażalnie muzykalni i to w tym dobrym sensie. Kochają karaoke i mają zaskakująco dobre głosy. Lubią jazz, indie, pop, także nie musicie się martwić o zażynanie uszu azjatycką kakofonią tak popularną w Tajlandii czy na Celjlonie. 

Balijczycy są również bardzo rodzinną nacją. Ich domy są prowadzone w tradycyjny sposób, głównie przez kobiety, podczas, gdy mężczyźni pracują zawodowo, to one dbają o ognisko domowe. Kobiety zajmują się jednak nie tylko gotowaniem i sprzątaniem, ale też remontami i renowacją domowych świątyń – noszenie kubłów wypełnionych cementem lub cegłami na głowie to bardzo częsty widok. Zapytałam jednego z naszych kierowców co myśli o równouprawnieniu, to powiedział, że gdy kobieta zaczyna narzekać to przestaje ją słuchać. Praktyczna i międzynarodowa rada.

Wróćmy jednak do Bali. Na południowo-zachodnim wybrzeżu największe natężenie chaosu jest w Kucie, gdzie do mieszanki konsumpcjonizmu trzeba dodać bogate życie nocne niemających wstydu Anglosasów. Kuta jest żywa w każdym tego słowa znaczeniu. Nigdy nie widziałam, by zachód słońca był tak obtańczony, obśpiewany, obfotografowany i obklaskany jak na tej części plaży. A to wszystko przy pokazie surfingu na światowym poziomie. Nie powiem, miało to magiczny klimat.

Zachód słońca w Kucie
Seminyak jest bardziej przyjazny, wolny od klubów, nieco spokojniejszy, cichszy, wolniejszy, ale droższy. Bardziej dostosowany do preferencji rodzin z dziećmi niż szalejących poszukiwaczy wrażeń. Za to obydwa miejsca, zlewające się obecnie w jeden region mają dostęp do szerokiego pasa plaż ciągnącego się przez 12 kilometrów. To wynagradza inne niedociągnięcia i pozwala się zregenerować. Można surfować, można się kąpać, ale ważne by wybrać miejsce z dala od wpadających do Oceanu rzeczek ściekowych czy świątyń (często natrafialiśmy na obrządki hinduistyczne na plaży, które kończy składanie darów do Oceanu).
A na koniec dnia możemy jeść, jeść, jeść oraz pić, pić i pić. A skoro o jedzeniu już mowa…

Jedzenie na ulicy, tak charakterystyczne dla Tajlandii, Malezji czy Wietnamu, na Bali praktycznie nie istnieje. Zapomnijcie o wszechobecnych, nocnych food marketach z których słynie Azja południowo-wschodnia, ale w zamian za to znajdziecie knajpy serwujące prostą, acz smakowitą kuchnię. 
Nasi goreng
Owszem, duża większość to drogie (warszawskie ceny) turystyczne restauracje (tzn. drogie dla większości Polaków, bo turyści z zachodu są zachwyceni), ale jak trochę poszukacie to znajdziecie indonezyjskie restauracje z przystępnymi cenami. Jak zwykle nasze kroki kierowaliśmy do lokalnych miejscówek, w których żywią się sami mieszkańcy. Tutaj jednak lokalsi rzadko jadają na mieście, bo jest to dla nich zwyczajnie drogie.

Moc ryżu, czyli Babi Guling, Nasi Campur i satajki
Również w kuchni czuć mocne, zachodnie wpływy. Na każdym kroku znajdziemy restauracje serwujące potrawy kuchni włoskiej, greckiej, amerykańskiej. Makarony, pizze i burgery to moim zdaniem przekleństwo Bali, którego nikt tak naprawdę nie chce. Balijczycy bez porcji ryżu nie czują sytości, a turyści nie po to zmieniają strefy czasowe, by paść się włoskim makaronem. Owszem, po pobycie dłuższym niż kilka tygodni można zatęsknić za urozmaiconą kuchnią, ale proporcje niepotrzebnie aż tak się odwróciły.

Dziwna była ta pizza, ale musiałam ją zjeść, bo do obozu wdarło się zatrucie pokarmowe i głośno protestowało przeciwko moim planom na indonezyjski obiad ;)
Dla chcącego jednak nic trudnego. My codziennie jedliśmy same indonezyjskie przysmaki: Nasi Goreng, Nasi Campur, Mie Goreng, Gado-Gado, Sataye, Babi Guling, Cap Cai, Lawar, Tempe. Wszystko świeże, pysznie przyprawione, tanie i autentyczne. 

Gdy poprosiłam naszego kierowcę i przewodnika, żeby nas zawiózł na prawdziwy, balijski obiad, był w szoku, że tak chcemy jeść. A potem był w jeszcze większym szoku jak zobaczył, że nie płakaliśmy od ostrych przypraw. Mimo, że mięsa praktycznie nie jadam, muszę przyznać, że Babi Guling to była najlepsza wieprzowina jaką w życiu kosztowałam.
Azjatyckim zwyczajem największe posiłki jedliśmy na kolację. Kurczak teryaki, krewetki z różnymi sambalami, a ostatni talerz to Babi Kecap, Ayam Sambal Matah, Tempe Manis i wiele więcej w Warung Biahbiah w Ubud.
Indonezyski pomysł na śniadania - naleśniki z mąki ryżowej z bananmi, nasi goreng (bo jego można jeść na każdy posiłek) i jarski wrap z frytkami z batata.
Gado-Gado, czyli obowiązkowy punkt programu z obłędnym sosem orzechowym, a obok krewetki w panierce kokosowej. 
Ładne z pewnością to nie jest, ale pudding z czarnego ryżu i cukru palmowego warto spróbować, żeby się przekonać, że jest pyszny, choć zbyt słodki, ale wiadomo, Azja.
Po kilku dniach spędzonych nad Oceanem wód i wydatków, zaliczając po drodze przepiękną świątynie Ulu Watu (pod którą dostaliśmy 100 zł mandat za nieposiadanie międzynarodowego prawa jazdy, znany policyjny chwyt na niewyedukowanych turystów) w której małpy kradną wszystko, włącznie z okularami i czapkami, które nosimy na głowach, pojechaliśmy do rozsławionego od morza do morza Ubud.


Każdy kto oglądał film z Julią Roberts „Jedz, módl się, kochaj” wie, że Ubud to oaza spokoju, centrum kultury i źródło balijskiej tradycji. No powiem Wam, że i tym razem mocno się spóźniłam, myślę, że o jakieś 30 lat, bo w chwili obecnej Ubud jest tak samo komercyjne jak reszta widzianej przez nas wyspy. Co śmieszniejsze, jest to w części pokłosie wspomnianego filmu, po którym Bali stało się najczęściej wybieraną destynacją do zamieszkania przez Amerykańskich i Australijskich emerytów, ale nie tylko! Podobno na Bali żyje już ponad 40 tysięcy Francuzów i to oni trzęsą przemysłem restauracyjnym i hotelarskim. Co więcej, każdego dnia ponad 100 osób (turystów z zachodu, ale również z Azji) odwiedza blisko 100 letniego Ketuta, czyli duchowego przewodnika Julii Roberts. Wszyscy niby wiedzą, że jego wróżby są tak wartościowe, jak te z chińskich ciasteczek, ale i tak stoją w długich kolejkach i płacą 30$ za kilka minut uduchowienia. Magia kina, cóż zrobić.
Pura Taman Kemuda Saraswati
Mnie klimat Ubud odpowiadał, mimo zatłoczenia czuło się tam pozytywną energię. Olbrzymie nagromadzenie domowych świątyń, z przepięknymi, rzeźbionymi drzwiami i ołtarzami chronionymi przez piętrowe dachy plecione z liści specjalnej odmiany palmy, obrzędy religijne, tańce po zmroku, nocne bazary, wyśmienite jedzenie. Było w czym wybierać. 
Zwiedziliśmy przepiękne tarasowe pola ryżowe, w tym Jatiluwih, którego zieleń zdaje się nie mieć końca. Kąpaliśmy się pod wodospadem z ciepłą wodą, pod którym myślałam, że urwie mi głowę, a kostium odpłynął w siną dal, a mimo wszystko nie chciałam stamtąd wychodzić. 
Tegallalang
Tegenungan
Byliśmy w świątyni wykutej w skale i w takiej zbudowanej na świętych źródłach, gdzie dzieci bawią się w wodzie niczym na lekcjach WF-u. Odwiedziłam „Jaskinię Słonia” w której nie ma tlenu, zaduch od palonych kadzideł drażni krtań i oczy, a mimo tego wierni są w stanie się w niej modlić. Byliśmy na plantacji kawy, gdzie łaskuny trzymane są w klatkach, a mimo tego przewodniczka bez mrugnięcia okiem mówiła, że kopi luwak pochodzi tylko i wyłącznie z odchodów zwierząt wolno żyjących w dżungli. Piliśmy też niewyobrażalnie słodkie kawy, które dla Balijczyków są jak w sam raz. 

Gunung Kawi
Pura Tirta Empul
Staw w Pura Tirta Empul z karpiami koi większymi od kotów.
Elephant Temple
Podziwiałam świątynię na jeziorze, które akurat było częściowo wyschnięte, a i tak onieśmielała swoim pięknem. Byliśmy w przepięknym małpim lesie, w którym makaki zawładnęły rzeczywistością i robią sobie małpie figle na głowach turystów, kradnąc ich okulary, komórki, czapki i inne dobra, za które można wymienić się później na banana lub batonika.
Pura Ulun Danau Bratan
Monkey Forest
Monkey Forest
Monkey Forest
Moje ulubione zwierzaczki z Ubud. Po prawej goldenek podczas kary za kąpanie się w domowej fontannie.
Po Ubud, okrężną drogą dotarliśmy na 1,5 dnia do Sanur, by odpocząć przed wyprawą na Gili. Sanur zdaje się być opuszczonym kurortem, nie takim, który nie jest zatłoczony, bo sobie tego nie życzy, tylko takim, który by bardzo chciał być modny, ale nie wyszło. Puste plaże, wymarłe stragany, nieuczęszczane hotele. W dodatku gigantyczna rafa koralowa sprawia, że morze z tej strony wyspy stoi, a odpływy pokazują kilometry mielizny. Na szczęście pobyt umiliło mi jedno z najlepszych jakie w życiu jadłam sushi i poznałam szalenie ciekawego 60-latka, emigranta z RPA, od 15 lat mieszkającego w Australii, którego na Bali ściągnął azjatycki portal randkowy na którym poznał kobietę marzeń. Niestety, ta wystawiła go do wiatru jak jeszcze był w samolocie i tym samym został sam na nieznanej sobie wyspie, nie posiadając nawet przewodnika, ale w ogóle nie tracąc dobrego nastroju. Co ma być to będzie, stwierdził, że ma iPada z internetem,  a to najważniejsze. Podzielił się ze mną również swoją pasją – pisaniem romantycznym historii o ludziach i zwierzętach. A to wszystko przy śniadaniu J
 
Plaża w Sanur. Spokojnie, to odpływ.
Trzy maleńkie wysepki Gili przy większym Lomboku to według Lonely Planet raj na ziemi, Bali sprzed boomu turystycznego. Największa i najbardziej rozwinięta Gili T (Trawangan) słynie z imprez do białego rana, mniejsza Gili Air  zachwyca bujną roślinnością, a Gili Meno to oaza spokoju, na której nic się nie dzieje, nie ma hałasu, ludzi, jedynie koty i morze. 
Gili T
Nie potrzebowałam długiego namysłu, żeby wybrać i po 1,5 godzinnym rejsie zobaczyliśmy Gili Meno.  Ponieważ postój w „porcie” był niemożliwy z powodu silnych prądów, wysadzono nas z drugiej strony wyspy, jakieś 200 metrów od brzegu. Spacer po rafie z 15 kg obciążeniem nie należał do przyjemnych, ale uwierzcie, woda miała z 40 stopni. Czułam się jak w wannie, więc nie było na co narzekać! Na brzegu zobaczyliśmy wysuszone na wiór drogi, pełne lepkiego i cholernie gorącego miału, oblepiającego stopy. Opuszczone, zupełnie zdemolowane ex-kurorty na powitanie straszyły turystów, a lokalna ludność zdawała się ich nie zauważać. Nasz hotel, położony nad słonym jeziorem, był przepiękny, luksusowy i francuski. Panowała w nim jednak dziwna atmosfera, albo jak niektórzy to nazwali, typowo francuska atmosfera. Obsługi nie było, basen świecił pustkami, właściciele szeptali między sobą, tu i ówdzie wisiały kartki z regulaminami jak należy, a jak nie należy się zachowywać… Później dowiedzieliśmy się (w prawdzie od konkurencji), że właściciel jest szaleńcem, bił kijem podwładnych i pewnego dnia wszyscy się zwolnili, nikt nowy do pracy nie chce przyjść, więc francuska rodzina musi radzić sobie sama. Mimo tego bungalow był bardzo wygodny i przestronny, dało się w nim doskonale wyciszyć. Co śmieszne, z kranu płynęła słodko-słona woda, co jest typowe dla Gilisów, gdzie nie ma kanalizacji.
Spacer pobudzający krążenie
Na szczęście to nie nasz...
Ten był nasz :)
Czy Gili to raj? Pewnie dla wielu tak, ale nas to miejsce trochę przygnębiało, za dużo kontrastów na zbyt małej przestrzeni. Wybrzeże wyspy faktycznie było przepiękne, z jednej strony plaża piaszczysta, a morze pozwalało na kąpiele. Z drugiej plażę szczelnie pokrywała wymieciona z morza rafa koralowa, a do morza wejść było trudno, rafa raniła stopy. O snorkeling przy brzegu można było zapomnieć, fale wzburzały drobny piasek, przez co widoczność była zerowa. Płycizna utrzymywała się kilkaset metrów, a następnie był duży spadek głębokości, co dla mnie, słabej pływaczki nie było zbyt komfortowe, bo prądy przy Gili są silne.
Wybrzeże z widokiem na Gili T

Ładne bungalowy też są!
Oni nie wiedzą co mają...
Budowaliśmy zamki z rafy
Wnętrze wyspy wołało natomiast o pomstę do nieba. Poznałam azjatyckie realia, kocham Azję taką jaka jest, ale takiego pierdolnika nie widziałam nawet w powojennej Sri Lance. Syf niewyobrażalny, niczym na mazowieckiej wsi, z całym szacunkiem dla Mazowsza. Powycinane zarośla pod uprawę palm, wszędzie leżały suche, obumarłe liście i skorupy kokosów. No około domów wysypane śmiecie w których grzebały kury i załatwiały się krowy. Szmaty suszące się na sznurkach rozciągniętych od anteny satelitarnej do kurnika, dziurawe materace na dziurawym płocie, zużyte butelki po wodzie piętrzące się na stosach. A gwoździem do trumny rozczarowania był brak obiecywanych kotów! 
Krowo-sarna
Wyspy Gili nie mają dróg i transportu spalinowego, jedynie zaprzęgi konne i rowery. Nie mają kanalizacji, nie mają regularnego oświetlenia, więc latarka jest koniecznością. Jeśli potrafisz cały dzień leżeć w ciszy na plaży i patrzeć w ocean, to miejsce Ci się spodoba. Jeśli potrafisz się odciąć od zupełnie bezsensownego syfu, wynikającego z biedy, lenistwa i braku edukacji, to miejsce Ci się spodoba. Jeśli nurkujesz z butlą albo snorklujesz z rurką, to miejsce Ci się bardzo spodoba. Rafy są przepiękne, mienią się milionem barw. Do tego przeróżne pod względem kształtu i kolorów ryby, manty i żółwie, z którymi i nam udało się popływać. Takie momenty zapierają dech w piersiach i to dla nich warto znosić przeróżne niedogodności. Szkoda, że Azjaci nie chcą zrozumieć, że tak długo będą zarabiać na turystach, jak długo zadbają o nieziemską przyrodę swojego otoczenia.
Ostatni zachowany artefakt
Mikro konie, czyli taxówki na Gili
Gili T
Ostatnim punktem podróży była Dżakarta, stolica nosząca niechlubne miasto najbrzydszego miasta świata. Nam ciężko aż tak krytycznie na nią spojrzeć, ponieważ mieszkaliśmy w centralnej, biznesowej dzielnicy, a większość czasu spędziliśmy albo w domu albo w samochodzie. Faktycznie, Dżakarta do urodziwych nie należy, jest dość posępna i przemysłowa, tzw. poziom zero tworzą często ruiny budynków, a do tego jest fatalnie zakorkowana. Przemieszkanie się po mieście jest męczące, śmierdzące i powolne. Z punktów turystycznych zwiedziliśmy stare miasto i słynną restaurację o kolonialnym charakterze, Cafe Batavia. Na placu Indonezyjczycy z Jawy i Sumatry robili sobie z nami zdjęcia, dzieci zaśmiewały się na widok przebierańców w strojach Kubusia Puchatka, Doreamona i Son Goku, a dorośli jeździli na kolorowych holenderkach. Europejska nostalgia w azjatyckim wydaniu.
Kota Tua
Cafe Batavia
17 dni minęło błyskawicznie, wróciłam i zastanawiałam się kiedy to wszystko się wydarzyło, przecież ja dopiero zaczęłam się rozkręcać. Czy na Bali wrócę? Nie sądzę (mimo, że absolutnie nie żałuję, że ją zobaczyłam), ale za to bardzo chciałabym poznać Sumatrę, Borneo, Sulawesi i inne indonezyjskie wyspy. Mam nadzieję, że to będzie możliwe, że Indonezja się odrodzi, że rozległe pożary lasów i torfowisk w końcu zostaną ugaszone, a wnioski na trwale wyciągnięte. Tyle się teraz mówi o zbrodniach człowieka przeciwko ludziom i przyrodzie, a temat indonezyjskiego dramatu jest tak wytrwale w mediach polskich omijany. To wszystko zaczęło się, gdy tam jeszcze byliśmy, ale nikt nie spodziewał się takiej zagłady. Dlaczego tak się stało? Posłuchajcie TUTAJ 
A jak już posłuchacie zastanówcie się nad podpisaniem petycji. To jedna z niewielu rzeczy, które możemy dla siebie i innych zrobić. 



Kilka przydatnych cen:

Taxi z lotniska Denpasar do Seminyak 300-350k
Taxi z Seminyak do Ubud 250-350k. 10osobowy bus kosztuje 70-80k/os i  tę opcję rekomenduję.
Wynajem skutera na 1 dzień- 30k
Wycieczka całodniowa po okolicy Ubud- Tirta Empul, Kiwi, Elephant Cave, coffee plantation,Tegalaland Rice Fields i Tegenungan Waterfall, w klimatyzowanej taxówce, z prywatnym kierowcą - 450k/dzień
Wycieczka z Ubud z prywatnym kierowca do Pura Bratan, Jatiluwih, kończąć w Sanur - 650k
Fastboat na Gili 800k w obie strony, 1000-1200k średnia cena
Lekarz 700k
Sznurkowe bransoletki 20-30k, Koralikowe bransoletki 40-120k
Srebrna biżuteria tak popularna na Bali zaczyna się od 70k. Pierścionki ok 250-800k. Bransoletki ok 1000k
Puszka Coca-Coli - 7k 
Kokos - 10-20k (30 to naciąganie)
Nasi goreng 20-30k - to lokalna cena. W restauracja dla turystów 60-80k
Gado Gado 15-30k. W turystycznych ok 60k
Owoce morza 60-120k
Wejście do świątyni – 15k Wejście na wodospad – 10kLeżak na plaży na cały dzień - ok 150k