Alice in Warsawland: czerwca 2011

środa, 22 czerwca 2011

"Człowiek jest cywilizowany na tyle, na ile potrafi zrozumieć kota."


Robi to na mnie wrażenie za każdym razem! Ilekroć słyszę zaściankowe wypowiedzi dotyczące zwierząt, włos jeży mi się na skórze. Czoło marszczy mi się do granic możliwości jak przychodzi mi słuchać wypowiedzi ludzi o tym jakie zwierzęta (zwykle pada na koty) są głupie, zbędne, śmierdzące i przede wszystkim, nie mają uczuć. Nie wiem czy to kwestia wychowania, religii, otoczenia czy upośledzenia myślowego sprawia, że niektórzy ludzie oprócz swojego gatunku, nie szanują już żadnego innego. Szczerze mnie to przeraża.

Problem bezdomnych zwierząt w miastach jest z roku na rok większy. Koty lęgną się w piwnicach, śmietnikach, na działkach. Podobny problem dotyczy psów. Kwestia ta mogłaby być prosto rozwiązana poprzez wprowadzenie sterylizacji i kontroli urodzeń. Skoro w Danii się to udało, dlaczego w Polsce miałoby się nie powieść? Dzięki temu uniknęlibyśmy topienia kociaków w rzekach, porzucania psów w lasach lub przemocy fizycznej skierowanej wobec zwierząt. Naprawdę nie wiem skąd w tych tępych ludzkich mózgach wzięło się przekonanie, że zwierzęta nie potrafią odczuwać bólu, straty, zdrady. Że nie potrafią się uśmiechać, płakać czy odczuwać radość. Że są nieprzydatne i głupie. Ciekawe dlaczego nikt tak nie mówi o ludziach niepełnosprawnych, którzy często nie różnią się wiele od warzyw. Dlaczego tych ludzi nikt nie zlikwiduje, tak jak wielu chciałoby zlikwidować niechciane zwierzęta? Bo jeśli wytłumaczeniem ma być fakt wyższej lokaty na szczeblach ewolucji to jest to śmiechu warte.

Wiem, że przemoc i obojętność wobec zwierząt ze strony zwierząt Homo Sapiens nigdy się nie skończy, ale mam nadzieję, że chociaż ciemnogród umysłowy będzie malał. Coraz więcej ludzi adoptuje bezpańskie psy i koty i przekonuje się, że wszystkie stereotypy, którymi dotychczas myśleli to bujdy. Nie wiem czy jest to chwilowy trend czy rzeczywista zmiana w sposobie myślenia, ale podoba mi się i napawa mnie nadzieją. Zwierzęta potrafią dać ludziom tak wiele, warto, żebyśmy w końcu się odwdzięczyli.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Gdybym tylko mogła coś zmalować…


Nie umiem malować. Nigdy nie umiałam i zawsze bardzo z tego powodu ubolewałam. Rok temu myślałam, że nastąpił przełom, że fala wcześniej nie odkrytego talentu na mnie spłynęła i w końcu się uda coś stworzyć. Kupiłam podobrazia, akryle, pędzle i zaczęłam malować. Robiłam to całymi godzinami, nocami. Malowała po płótnie, po ziemi, po sobie, po kocie, jeśli akurat znalazł się w pobliżu. Miałam w sobie wielki zapał i jeszcze większe chęci. Namalowałam 3 obrazy po czym mój niespodziewanie nabyty talent, równie niespodziewanie zniknął. Pozostała jedynie szuflada pełna farb olejnych (kupionych w ramach zachęty do rozwoju umiejętności), które czekają na kolejny kompulsywny atak twórczej weny. Dlaczego ich nie wyrzuciłam? Bo bardzo chciałabym móc znowu poczuć ten niesamowity, wszechogarniający spokój, który towarzyszył mi podczas malowania. Uczucie wręcz mistyczne, czyste do głębi. Podczas malowania nic innego się nie liczy, pragnie się jedynie robić to bez ustanku. Obezwładnia Cię totalnie skupienie. Pasja. Brak męczącego dążenia do perfekcji, brak myślenia o efekcie końcowym. Liczy się tylko zadowolenie z wykonywanej czynności.

Z pisaniem jest zupełnie inaczej. Tutaj czuje się palące ataki weny, która wdziera się przemocą do głowy. Chwyta za rękę i sama pozostawia słowa na papierze. Nigdy nie wiadomo, kiedy się pojawi, natomiast, gdy zbyt długo jej nie ma, to czuję się powolną rozpacz. Gdy napadnie na Ciebie w niewłaściwym momencie, kiedy nie można spisać myśli, czuje się poczucie straty, smutek.

Ale w ogóle nie o tym chciałam pisać ;-) Żałuję, że nie umiem malować, ponieważ jadę właśnie pociągiem, a vis a vis mnie siedzi prawdziwie piękny człowiek. Chciałoby się powiedzieć „jak malowany”. Zupełnie nie w moim typie, mijając go na ulicy, pewnie nawet nie zwróciłabym na niego uwagi. Bardzo wysoki Francuz z czarnymi, kręconymi włosami, niebieskimi oczami, dużymi ustami i dwudniowym zarostem. Ubrany przeciętnie, wręcz nudno. Czyta książkę Raymond Queneau "Les fleurs bleues" i co chwilę się do niej uśmiecha. A gdy to robi wygląda jak mały chłopiec, biegający po pomoście i skaczący z kolegami do wody Lazurowego Wybrzeża. Albo ten sam chłopiec podczas rodzinnej kolacji w ogrodzie, jedzący ze smakiem croissanty z Nutellą.

Ma tak bardzo niebieskie oczy, że patrząc w nie czuję się jakbym patrzyła w swoje dzieciństwo. Jakby mnie ktoś przykrywał kocykiem i życzył kolorowych snów. Patrząc na niego czuje się radość, wielką przyjemność estetyczną. Jego rysy są ostre, jednak wyraz twarzy niezwykle ciepły. Jakby był kobietą to pomyślałabym, że jest w ciąży, bo o takich Paniach zwykło się mówić, że „promienieją”. I te jego smukłe dłonie, długie palce. Piękne…

Dziękuję Bogu za okulary przeciwsłoneczne za którymi mogę się skryć i bezczelnie go podpatrywać. Nie ma w tym nic erotycznego, człowiek jest po prostu niezwykłej urody, którą chciałoby się sportretować. Boże, jakaż to szkoda, że nie mam talentu malarskiego.