Alice in Warsawland: Parada dziwolągów

wtorek, 22 stycznia 2013

Parada dziwolągów

Polakom, mimo iż koncerty zagranicznych gwiazd nie są już dla nich okazjonalnym rarytasem jak w przeszłości, w dalszym ciągu zdarza się wykazywać dość groteskowym, żeby nie powiedzieć prostackim sposobem bycia podczas imprez muzycznych. Nasz polski folklor jest prawdziwie niezwykły. Sądzić by można, że młodych ludzi, którzy skutecznie ulegają internetowej konwergencji, więcej będzie łączyć niż dzielić, ale najwyraźniej wciąż największą rolę odgrywa środowisko w którym dorastają.

Piątkowy koncert Fritza Kalkbrennera w warszawskim klubie 1500m2 był właśnie taką paradą dziwolągów. Długo po jego zakończeniu nie mogłam jeszcze wyjść z podziwu nad indywiduami, które dane mi było oglądać. Nie należę do osób stroniących od tłumów, ba, wręcz mam bardzo rozbudowane doświadczenie klubowo- koncertowe i wiem czego się spodziewać, jednakże to co się działo w 1500m2 systematycznie i skutecznie psuło klimat imprezy.

Wraz z kilkoma znajomymi zaobserwowaliśmy kilka wiodących motywów przewodnich wśród widowni:

1)„na pielgrzyma” – te osobniki nie przychodzą do klubu na koncert. Oni przychodzą, aby po klubie wędrować. Wędrować w zasadzie bez celu, niekoniecznie zatrzymując się w bazach pośrednich. Nie chodzi o stanie w kolejce do baru czy WC, lub szukanie współwędrowców. Dla takich osób po prostu liczy się droga, nie destynacja. Albo po prostu lubią ocierać się o spocony tłum… A, że towarzyszy temu soundtrack Fritza? Tym lepiej!

2)„na pomyliłem imprezy” – kto był w 1500m2 ten wie, że szpilki, kopertówka i sukienka z cekinami nie bardzo się w tych warunkach sprawdzają. Tak samo jak buty w szpic i krawat, albo biały kozak. Trudno mi sobie wyobrazić jakimi motywami kierowały się te okazy i co ich przyciągnęło do warszawsko-berlińskiej oazy, ale wyraźnie było widać, że oni też tego nie wiedzą.

3)„na imbecyla” – gatunek trudny do szybkiego rozpoznania, ponieważ na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżnia. Wystarczy jednak chwilkę poczekać i na pewno zaraz wystrzeli w górę rękę z podstawowym modelem Nokii czy innego Samsunga, aby móc nagrywać koncert w najwyższej jakości. Uff, będzie co wrzucić w sobotę na Youtube’a! Inne zachowanie to pozowanie przed fotografami do zdjęć i nagrywanego filmu. Po trupach do celu, najważniejsze być uwiecznionym na fajnej imprezie. A to, że w zasadzie sami nie wiedzą na jakiej imprezie się znaleźli nie ma znaczenia. Znamienne było zjawisko, że gdy po zagranym secie Fritz wychodził przez środek klubu, praktycznie nikt go nawet nie poznał i dobiegały nas rozmowy: „No gra on jeszcze czy nie gra?”

4)„na dresa” – czyli tzw. polski klasyk. Czymże byłaby impreza bez choćby jednego dresiarza? A gdy jest ich cała zgraja, w pięknych koszulach w kratę wpuszczonych w szerokie Big Stary i świeżo ostrzyżonych fryzurach klubowych (boki i tył na zero, a na górze zostawiona „czapa”) to prawdziwe święto. Od ich bystrych rozmów i żartów, aż serce się raduje.

5)„na żula” tudzież „na nastolatka wyrwanego spod skrzydeł rodziców” – nieokrzesany, zerwany ze smyczy, chaotyczny tłum. Pije piwo na hejnał, albo polewa się nim z koleżankami. Pyta ze wzrokiem maniaka: „Ej stara, masz haszysz?”, a gdy ktoś zapali go nieopodal krzyczy w orgazmicznej euforii: „O matko, matko, matko, czujecie? Ale super!!!”. Dla nich najważniejszym jest, aby się w cieple najebać i zerwać sobie film.

Nie wiem, naprawdę nie wiem co się w piątek wydarzyło w 1500m2, ale czułam się chwilami jak na planie dokumentu „Czekając na sobotę”. Czy niska cena biletów przyciągnęła tak niewyrafinowanych słuchaczy, czy może pomylili Fritza z Paulem i liczyli na set z Berlin Calling? Albo darmowe jointy na bramce? Albo wiejskiego techno-disco-polo? To tłumaczyłoby białe rękawiczki u niektórych…

Żeby zakończyć ten geriatryczny wpis miłym akcentem, odniosę się do samego popisu gościa. Set zagrany przez Fritza był bajeczny i gdy tylko udało mi się zbunkrować w miejscu dość osłoniętym od powyższych cudaków, mogłam się rozkoszować wspaniałą muzyką. Przy zamkniętych oczach wyobrażałam sobie, że jest lato, a muzyka rozbrzmiewa nie w zadymionym lofcie, ale w Tiergarten lub na dziedzińcu Tascheles. Berliński koncert Paula w Arenie był cudowny, euforyczny i przede wszystkim pozytywny, radosny. Ludzie bawili się w sposób dla innych nieinwazyjny, transowy, byli pełni pasji. Mam nadzieję, że na kolejny koncert Fritza też uda mi się udać do źródła i sprawdzić jak się sprawuje na własnym podwórku.

4 komentarze:

  1. Niestety w Krakowie nie lepiej. Koncert Saschienne zupełnie mnie zniechęcił do przekraczania progów Prozaka, mimo, że obecnie klub ma całkiem dobre bookingi. Impreza w Alchemii, na której grał m.in. Mikkel Metal wywołała we mnie więcej nienawiści niż ścisk w tramwaju- aż miałam ochote podpalać biegającym wte i wewte wylansowanym dziewczętom papierosami włosy. Luksusem staje sie wpadanie w transy muzyczne! I aż tęskno za setami podobnymi do offowego Andyego Stott'a!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla mnie koncert Fritza był o tyle zaskoczeniem, że to nie jest na tyle popularny w PL dj, żeby wszystkie okoliczne miasteczka i wsie na niego ściągały. A 2 tyg wcześniej zagrali WhoMadeWho i koncert był rewelacyjny!!! Także z publiką nigdy nie wiesz, nie ma reguły.

    OdpowiedzUsuń
  3. Smutne jest to, że artystę, na którego koncert idziemy, można wybrać, lecz „współkoncertowiczów“ nie. Koncert Fritza był wyjątkowo bolesnym przykładem na to, że koncerty bywają jak pudełko czekoladek - nigdy nie wiesz co Ci się trafi. Przez ponad 2 godziny trwania seta Kalkbrennera moja uwaga skupiała się na tym: kto mnie depcze?; czym aktualnie mnie oblewają?; jak dużo razy muszę jeszcze odepchnąć gościa przede mną żeby się odsunął? Itd. Itp. To nie wpisuje się w moją definicję dobrej zabawy (chyba w niczyją zresztą).
    Z czego wynikają takie niespodzianki na koncertach? Może z braku znajomości artystów i ich repertuaru? Braku szacunku dla ich pracy? - myślę, że to dobre tropy, ale problem tkwi gdzie indziej. To ciągła spina, stan permanentnego niezadowolenia, nieposzanowania innych, zacięcia, które towarzyszy nam na co dzień. Jedni uciekają od niego w weekendowe spuszczenie ze smyczy, inni przynoszą mentalny badyl w tyłku ze sobą na koncert. Pozbądźmy się tej cechy jako społeczeństwo, a berliński klimat zawita na każdy dobry event.

    OdpowiedzUsuń