Alice in Warsawland: Znowu mi się upiekło...

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Znowu mi się upiekło...

Całe życie zarzekałam się, że nigdy nie upiekę żadnego ciasta. Gotować lubię i jestem w tym, skromnie mówiąc, naprawdę dobra, ale pieczenie zawsze było mi obce. Zresztą po co mi dodatkowa umiejętność tuczenia się? Świadomie ją ignorowałam, szczycąc się wręcz fobią wypiekową. Mikser bardziej przypominał mi narzędzie tortur aniżeli robota kuchennego i nigdy nie myślałam, że to się zmieni. Oczywiście, jak to w życiu bywa, nigdy nie mów nigdy.

Pewnego śnieżnego dnia (w tym kraju innych zdaje się nie ma) obudziłam się z wielką potrzebą stworzenia wypieku, mieszania, łączenia składników, ogrzania się przy cieple piekarnika. Na pierwszy ogień poszły muffiny otrębowe, jako, że niby nietuczące. Dodatkowo uznałam, że muffiny to w zasadzie nie ciasto, więc pozbyłam się wyrzutów sumienia i presji, że coś może się nie udać. Ku mojemu zaskoczeniu wyszły super! Fanfary, fala meksykańska, konfetti z nieba, a przed kuchnią amatorów zastępy.

Sądziłam, że mój jednorazowy kaprys został zaspokojony i spokojnie mogę wrócić do negacji słodkości. Tymczasem wypieki całkowicie mną zawładnęły! Przepisy na muffiny otrębowe dopracowałam do perfekcji i bynajmniej na nich nie poprzestałam. Stworzyłam muffiny wytrawne, a także muffiny czekoladowe, marchewkowe, cytrynowe, pomarańczowe, wiśniowe, po czym przeszłam na następny poziom – pieczenie ciast! Ciasta cytrynowe, ucierane, czekoladowo-bananowe, jogurtowe, bułeczki cynamonowe, kruche tarty, serniki, pierniczki, panna cotty, no pełna profeska. Mikser stał się moim największym sprzymierzeńcem, a piekarnik zdeklasował lodówkę i zmywarkę w rankingu ulubionych sprzętów AGD. Poczułam w sobie ducha Nigelli Lawson i Jamiego Olivera. Nie wiem jak to się mogło stać! Zaczęłam piec na każdą możliwą okazję – Boże Narodzenie, Sylwester, Walentynki, urodziny, Wielkanoc, odwiedziny, imieniny, do pracy, w podróż… AMOK! Pracowałam w kuchni szybciej i sprawniej niż Chińczycy w fabryce Apple!

Dzięki temu kulinarnemu odkryciu dochodzę do wniosku, że w życiu najważniejszy jest odpowiedni moment, timing tak zwany. Wyczucie chwili. Musiałam dojrzeć do wypieków, poczuć na nie ochotę. Gdy tylko ona nadeszła, wszystko stało się łatwe i klarowne, problemy i przeciwności zniknęły. Sądzę, że jest to bardzo uniwersalna mądrość rodem z ciasteczek z wróżbą. Poza tym wypieki, przynajmniej dla mnie, to doskonałe ujście dla kreatywności. Dla mnie najfajniejszym etapem w procesie pieczenia wcale nie była  i nie jest konsumpcja ciast, tylko moment finalnej dekoracji i zrobienia zdjęć… Większość, że swoich ciast nawet nie jadłam, bo nie jedzenie daje mi przyjemność tylko proces twórczy właśnie. Sam smak, choć bardzo ważny, nie byłby dla mnie kompletny bez pięknej oprawy.

Obecnie przystopowałam z pieczeniem, bo zwyczajnie brakuje na moje wypieki amatorów. Mimo iż wiosny nie widać to wciąż wszyscy się łudzimy, że w końcu nadejdzie, a wraz z nią moda na kuse spódniczki i wycięte koszulki. Zamiłowanie do konsumpcji muffinów drzemie w każdym z nas, ale skoro jesteśmy tym co jemy to wolałabym nie obudzić się któregoś dnia jako muffin top ;) Dlatego kuchnię będę rozgrzewać od wielkiego dzwonu, ku ucieszy znajomych i rodziny dbających o linię. 





Od dziś moje wypieki stają się dobrem luksusowym, aby budziły tylko takie reakcje:
A nigdy takich:


1 komentarz:

  1. Pod ambicje mi podeszlas. Ja nie gotuje, rzaaadko, jesli juz to spagetti :P Ale te ciasta za mna chodza, to ta jedyna rzecz kulinarna, z ktorej chcialabym byc naprawde dumna :)

    OdpowiedzUsuń