Alice in Warsawland: Dzień Kobiet od Marysi Sadowskiej

niedziela, 5 maja 2013

Dzień Kobiet od Marysi Sadowskiej




Tym razem będzie krótko i na temat. Słowem wstępu zaznaczam, że jestem niczym nieuprzedzającym się, nie kierującym się stereotypami kinomanem, który jednocześnie od kilku lat nie ogląda telewizji (to działa chyba tylko na moją korzyść;-). Jasna sprawa, że mam swoje ulubione gatunki, tematy, reżyserów, aktorów, scenarzystów, blablabla, ale dziś nie o tym. Dziś chcę napisać jak przez zupełny przypadek obejrzałam polski film, który bardzo mi się spodobał.

Z zasady nie hołduję polskiej kinematografii, ponieważ zawiodła mnie zbyt wiele razy. Uważam, mówiąc ogólnikowo, że w polskim filmie źle się dzieje, albo, co gorsza, nic się nie dzieje. Scenariusze w większości są fatalne, reżyserzy słabi, nagłośnienie tragiczne, zdjęcia płaskie, obsady powtarzalne, kostiumy często jakby nieobecne. Tematyka najczęściej ultra depresyjna lub wojenna, tudzież kretyńska (Kac Wawa!?). Polskie filmy oglądam zwykle pod przymusem i z duszą na ramieniu. Mam wtedy zawsze jedno życzenie. Nie, nie to, żeby film mnie poruszył, urzekł, czy zafascynował. Nie. Po prostu, żeby mnie nie wkurzył. Kłamstwem byłoby jakbym napisała, że żaden polski film mi się nie podoba, bo są takie, które szczerze uwielbiam, ale nie zmienia to faktu, że patrząc szeroko, polskie kino jest miałkie. Tym większe zatem było moje zaskoczenie, po obejrzeniu filmu „DzieńKobiet”.

Dzień Kobiet”, reżyserski debiut Marysi Sadowskiej, nazywany jest polską „Erin Brockovich”. Film opowiada historię prawdziwą o korporacyjnym wyzysku i ekonomicznych ograniczeniach, które z kolei powodują osobiste dramaty. Oczywiście owad w logo kosmetycznie został zmieniony, ale analogie są oczywiste. 

Halina (Katarzyna Kwiatkowska) jest pracownicą dyskontu „Motylek”, samotną matką, której życie z momentem awansu, paradoksalnie, przeradza się w koszmar. Pracując pod wielką presją szefa manipulatora, zmuszona jest zapomnieć o solidarności i przyjaźni, wyrzec się zrozumienia i empatii wobec swoich wcześniejszych koleżanek. Gdy w końcu nie wytrzymuje napięcia i niesprawiedliwości, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Odważa się złożyć pozew przeciwko bezprawnemu traktowaniu pracowników, nie godząc się na życie w horrorze.

Film pokazuje realia niewolniczej pracy w międzynarodowych korporacjach, warunki panujące na każdych ich szczeblach, a także pranie mózgu jakie pracownicy przechodzą na wewnętrznych szkoleniach. Sceny „motylkowe” przeplatane są chorobami, romansami i najzwyklejszymi ludzkimi dramatami, których, jak na moje oko, jest jednak trochę za dużo. Odciągają one uwagę od głównego wątku i wywołują u widza znieczulicę. Momentami można czuć zbędne przytłoczenie i przesadę, ale jednocześnie wątki poboczne bez wątpienia budują świat głównej bohaterki, tym bardziej tłumacząc beznadzieję jej życia i motywując późniejsze postępowanie.

Film nie jest oczywiście wolny od tandety (np. „motylkowy” czarny charakter, boss), jednak rewelacyjna kreacja aktorska Katarzyny Kwiatkowskiej, znanej wcześniej głównie z kabaretów, wynagradza inne niedociągnięcia. Zbudowała postać wiarygodną, głęboką, wielowymiarową i widz to po prostu kupuje. Można śmiało powiedzieć, że bez jej autentycznej i naturalnej gry nie osiągnięto by tak dobrego efektu końcowego. 

Film „Dzień Kobiet” nie jest lekki, przyjemny i odprężający, ale jego rolą nie jest jedynie zasmucić i zdeptać dobre samopoczucie widza. Opowiada on uniwersalną historię o odwadze, nadziei i fakcie, że nigdy nie jest za późno, żeby coś w życiu zmienić lub przyznać się do popełnionych błędów. To film o buncie wobec niesprawiedliwości i wyzysku. Bardzo polecam i jednocześnie dziękuję Wiośnie Filmów za możliwość obejrzenia znakomitego, polskiego filmu!

1 komentarz:

  1. Nie lubie okreslen polska "Erin Brockovich", polska "Angelina Jolie", polska jakas tam. Ale, ale napisalas bardzo przekonujaca recenzje i skusze sie z pewnoscia, tym bardziej, ze jestem bardzo ciekawa roli Katarzyny Kwiatkowskiej. Tez mam kilka ulubionych polskich filmow, a o calej innej reszcie nawet mi sie nie chce czytac, slyszec, z wyzej wymienionych przez Ciebie powodow. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń