Alice in Warsawland: Witamy w Krainie Uśmiechów

piątek, 24 stycznia 2014

Witamy w Krainie Uśmiechów


Tajlandia - checked! Pierwsze z marzeń podróżniczych spełnione! Czekałam lata, żeby móc na własne oczy zobaczyć co też w tej Azji się wyprawia. Było kolorowo, pysznie, olśniewająco i... zupełnie inaczej niż w Polsce, a jednocześnie tak podobnie. W tym i kolejnych wpisach postaram się zrelacjonować prawie trzy tygodnie, które spędziłam w Krainie Uśmiechów.

Po 20 godzinach podróży (11h lotów i 9h przesiadce) w końcu stanęliśmy na tajlandzkiej ziemi! Pierwszy raz leciałam „najlepszymi liniami lotniczymi świata” jak skromnie nazywają siebie Qatar Airlines i nie powiem, syntetyczne posiłki, wygodne siedzenia z prywatnym DVD się spisały, ale co tam lot, ważna destynacja!

Pierwsze wrażenie w Tajlandii? Wow jak gorąco!”. Druga myśl? „Tylko nie dać się naciągnąć.”. Na starcie zostaliśmy mile zaskoczeni przez taksówkarza, który ochoczo włączył taksometr i w komorze kriogenicznej (klimatyzacja nastawiona na zero stopni) zawiózł nas do jądra chaosu. Zanim się z nami pożegnał powiedział tylko: Uuuu Khao San not good. Bangkok not good. Chiang Mai good. Good luck!”

Szybki check in w hotelu i na miasto, w ko
ńcu był Sylwester, godzina 22 czasu lokalnego, nie mieliśmy ani chwili do stracenia! Nasz hotel znajdował się tuż obok najbardziej imprezowej ulicy Bangkoku, niechlubnej Khao San, której zła sława dotarła już w najbardziej odległe zakątki globu. Natężenie dźwięku (nawet jak na tamtejsze standardy) jest potężne, tłum maksymalny. Tajowie, Amerykanie, Skandynawowie, Australijczycy, dzieci, bezpańskie psy i koty bez ogonów mieszali się na nocnych marketach, przy ulicznych straganach z jedzeniem, tajskich spa oferujących masaż stóp i ciała i barach w których można kupić kubełki alkoholu, albo obejrzeć ping-pong show (grę bez użycia rakietek). Bo Tajowie się nie rozdrabniają, nie tracą czasu. Po co pić jeden drinki skoro za 20 zł można kupić całe wiaderko i jeszcze popatrzeć na dziewczyny?

Na jednym ko
ńcu Khao San stała wielka scena, z której dobiegało bardzo inwazyjne, tajskie techno. Chociaż dobiegało to zbyt wyszukany eufemizm. Napierdalało tak mocno, że uszy nam krwawiły. Ale to nie było najdziwniejsze. Jak zwykle smaczku dodawał chaotyczny tłum, który w zasadzie ciężko nawet określić. To był po prostu cyrk na kółkach, prawdziwy kocioł, w którym znalazły się składniki z całego świata. Było to niepokojące, ale wciąż pozytywne. Wszyscy byli uśmiechnięci, tłoczyli się jeden na drugim, pijani, spoceni, opaleni. Uwierzcie, to nie jest doświadczenie, które można przeżyć w świecie zachodnim, a już na pewno nie w Polsce. Warto wziąć w czymś takim udział, jednak do dziś nie wiem czy to było przyjemne czy nie. Po prostu zupełnie inne.

Wykończeni, „zjetlagowani” i rozemocjonowali zasnęliśmy nad ranem, zapominając nastawić budzik. Ocknęliśmy się o 17:00 dnia następnego, tracąc tym samym dzień w Bangkoku i dalej pozostając w pułapce zmiany strefy czasowej. Ponieważ większość świątyń była już zamknięta, stwierdziliśmy, że pójdziemy na spacer do China Town, gdzie podobno w nocy rozkwita niesamowity market z jedzeniem. 

Szybko dowiedzieliśmy się, że w Bangkoku raczej się nie spaceruje. Chodników zwykle nie ma, a przechodzenie przez ulicę grozi śmiercią lub kalectwem. Zmieniające się światła sygnalizacyjne to chyba tylko dekoracja, nikt nie zwraca na nie uwagi. Dobrze, że Tajowie są przemili i pomocni, bo litowali się nad ofiarami losu z Europy i przeprowadzali nas przez pasy. W życiu tyle nie biegałam co wtedy…

Po drodze do China Town odwiedziliśmy Wat Pho w której gigantyczny złoty Budda przechodzi w stan nirwany. Piękny kompleks buddyjskich świątyń zrobił na nas bardzo pozytywne wrażenie, szczególnie, że roiło się tam od śmiesznych kotów. Wiedzieliście, że koty w Tajlandii są po pierwsze mniejsze od europejskich dachowców, a po drugie mają genetyczne wady ogona, przez co sterczą im niezgrabne kikuty? Długo myślałam, że Tajowie im je ucinają, ale na szczęście nie. Są też niewiarygodnie ospałe i brudne, wylegując się gdzie popadnie i nie zwracają na nic i na nikogo uwagi.

W Wat Pho, podobnie jak w każdej buddyjskiej świątyni, przed wejściem należy zdjąć buty. Wielu to dziwi, ale dla mnie to wspaniała tradycja. Nikt nie stuka, nie szura, nie nanosi brudu (co najwyżej grzyba…). Można się skupić na modlitwie lub zwiedzaniu. Piszę o tym po to, żebyście wyobrazili sobie jaka cisza i spokój panuje w takiej świątyni. Byliśmy tam wieczorem, tuż przed zamknięciem, turystów prawie nie było, mnichów już nie było, tylko rozgrzane powietrze i koty ;) Jedyny słyszalny hałas to odgłos monet odbijających się od cynowych dzbanów. Każdy może kupić sobie za dowolną kwotę pudełeczko monet i przejść przez rząd dzbanów, wrzucając do każdego po jednej, w konkretnej intencji.

Idąc dalej wzdłuż rzeki w końcu doszliśmy do China Town, ale spotkało nas tam wielkie zaskoczenie. China Town zamknięte! Każdy sklep był zamknięty, na ulicach nie było żywego ducha. Czuliśmy się jak w porzuconym mieście lub na planie filmu „Jestem Legendą”. Rozczarowani wróciliśmy przez kwiatowy market, gdzie zjedliśmy obłędne krewetki, tak poprzyprawiane, że odjęło nam mowę, a tamtejszą zupę Tom Yum jeszcze długo będę wspominać z łezką w oku (dosłownie, bo była tak ostra, że się popłakałam, ale warto było!).

Sądziliśmy, że po tylu godzinach spaceru zaśniemy jak zabici, ale niestety jet lag rządzi się swoimi prawami. To najobrzydliwsza rzecz z jaką się spotkałam. Napiszę o tym w kolejnych wpisach, ale minęło 5 dni zanim mogłam normalnie zasnąć i rano wstać względnie wypoczęta. Nawet tajski masaż stóp, który sobie na wieczór zafundowaliśmy nie pomógł. Bolał cholernie, a wszyscy mówili, że warto, bo człowiek jest po nim szczęśliwy. Ja faktycznie byłam szczęśliwa, że miła Pani skończyła! Nie mniej jednak polecam każdemu, bo w końcu jest to element tamtejszej kultury. Poniżej kilka zdjęć, które pozwolą poczuć tajski klimat, a niedługo kolejny wpis!

Uliczne gar kuchnie uczęszczane przez Tajów to najlepsze miejsca do jedzenia w Tajlandii.

Sang Som bucket :) 200 B.

Khao San o godzinie 00:01, 1/01/2014.

Ulica Bangkoku.

Stópki leżącego Buddy.

Kwiaty na targu kwiatowym pozawijane w gazety.

Okolicznościowe wiązanki.

Tajski masaż stóp dla masochistów.

Dobrze, że tego nie ma w Polsce, bo bym była gruba i szczęśliwa ;) Wodorosty w tajskich przyprawach, coś pysznego! A na dole pestki arbuza (nic się nie może zmarnować) i mieszanka studencka ;)
Wat Pho nocą.

Kolejna mini kapliczka przy skrzyżowaniu.

Jajka (oby kurze) usmażone w tempurze.

Wat Pho.

Leżący Budda gigant.

Robi wrażenie....

Jedno z trzech tajskich piw, bardzo zacne.

Market kwiatowy nocą.

Jedno z pyszniejszych dań jakie w życiu jadłam, chociaż nie wygląda.
Najmniejsza Nutella świata ;)



3 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. najlepsze piwo w Tajlandii to chang - innego nie da się pić ...
    Bangkok omijałem szerokim łukiem ;) słaby jak dla mnie ....
    phuket dla wypoczynku karon beach - mandarava mistrz ... dla poznawania kultur khao lakk, albo dalej wyjazd kambodża laos .... ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dla mnie Chang, Leo czy Singha to to samo, nie czułam różnicy, ale wszystkie mi smakowały ;)
    Ja omijałam wielkie wyspy, na Phuket byłam tylko 1 dzień i mi wystarczyło. Żałowałam, że na Lancie byliśmy aż 5 dni, bo Ko Ngai jest prawdziwym rajem. Ale o tym niedługo napiszę ;)

    OdpowiedzUsuń