Alice in Warsawland: Gdybym tylko mogła coś zmalować…

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Gdybym tylko mogła coś zmalować…


Nie umiem malować. Nigdy nie umiałam i zawsze bardzo z tego powodu ubolewałam. Rok temu myślałam, że nastąpił przełom, że fala wcześniej nie odkrytego talentu na mnie spłynęła i w końcu się uda coś stworzyć. Kupiłam podobrazia, akryle, pędzle i zaczęłam malować. Robiłam to całymi godzinami, nocami. Malowała po płótnie, po ziemi, po sobie, po kocie, jeśli akurat znalazł się w pobliżu. Miałam w sobie wielki zapał i jeszcze większe chęci. Namalowałam 3 obrazy po czym mój niespodziewanie nabyty talent, równie niespodziewanie zniknął. Pozostała jedynie szuflada pełna farb olejnych (kupionych w ramach zachęty do rozwoju umiejętności), które czekają na kolejny kompulsywny atak twórczej weny. Dlaczego ich nie wyrzuciłam? Bo bardzo chciałabym móc znowu poczuć ten niesamowity, wszechogarniający spokój, który towarzyszył mi podczas malowania. Uczucie wręcz mistyczne, czyste do głębi. Podczas malowania nic innego się nie liczy, pragnie się jedynie robić to bez ustanku. Obezwładnia Cię totalnie skupienie. Pasja. Brak męczącego dążenia do perfekcji, brak myślenia o efekcie końcowym. Liczy się tylko zadowolenie z wykonywanej czynności.

Z pisaniem jest zupełnie inaczej. Tutaj czuje się palące ataki weny, która wdziera się przemocą do głowy. Chwyta za rękę i sama pozostawia słowa na papierze. Nigdy nie wiadomo, kiedy się pojawi, natomiast, gdy zbyt długo jej nie ma, to czuję się powolną rozpacz. Gdy napadnie na Ciebie w niewłaściwym momencie, kiedy nie można spisać myśli, czuje się poczucie straty, smutek.

Ale w ogóle nie o tym chciałam pisać ;-) Żałuję, że nie umiem malować, ponieważ jadę właśnie pociągiem, a vis a vis mnie siedzi prawdziwie piękny człowiek. Chciałoby się powiedzieć „jak malowany”. Zupełnie nie w moim typie, mijając go na ulicy, pewnie nawet nie zwróciłabym na niego uwagi. Bardzo wysoki Francuz z czarnymi, kręconymi włosami, niebieskimi oczami, dużymi ustami i dwudniowym zarostem. Ubrany przeciętnie, wręcz nudno. Czyta książkę Raymond Queneau "Les fleurs bleues" i co chwilę się do niej uśmiecha. A gdy to robi wygląda jak mały chłopiec, biegający po pomoście i skaczący z kolegami do wody Lazurowego Wybrzeża. Albo ten sam chłopiec podczas rodzinnej kolacji w ogrodzie, jedzący ze smakiem croissanty z Nutellą.

Ma tak bardzo niebieskie oczy, że patrząc w nie czuję się jakbym patrzyła w swoje dzieciństwo. Jakby mnie ktoś przykrywał kocykiem i życzył kolorowych snów. Patrząc na niego czuje się radość, wielką przyjemność estetyczną. Jego rysy są ostre, jednak wyraz twarzy niezwykle ciepły. Jakby był kobietą to pomyślałabym, że jest w ciąży, bo o takich Paniach zwykło się mówić, że „promienieją”. I te jego smukłe dłonie, długie palce. Piękne…

Dziękuję Bogu za okulary przeciwsłoneczne za którymi mogę się skryć i bezczelnie go podpatrywać. Nie ma w tym nic erotycznego, człowiek jest po prostu niezwykłej urody, którą chciałoby się sportretować. Boże, jakaż to szkoda, że nie mam talentu malarskiego.

1 komentarz:

  1. Książkę byś poczytała :) tam też możesz znaleźć pięknych mężczyzn.. tylko czy czytanie takich książek nas nie zgubi, zapędzi w róg marzeń o księciu z bajki. W sumie dobrze, że chociaż popatrzeć można..

    OdpowiedzUsuń