Alice in Warsawland: Północ-Południe, czyli rajskie plaże Tajlandii

niedziela, 17 sierpnia 2014

Północ-Południe, czyli rajskie plaże Tajlandii

"Nie rezerwujcie żadnych hoteli i przelotów, wszystko załatwicie bez problemu na miejscu"Złote rady doświadczonych podróżujących znajomych wyszły nam bokiem bardzo szybko, ale najdotkliwiej poczuliśmy je, gdy z Chiang Mai chcieliśmy polecieć na Krabi. Po ponad godzinnej naradzie z przemiłym ladyboyem w chiangmejskim biurze podróży wyszliśmy z kontami uszczuplonymi o 1200 zł na głowę (dla porównania lot Warszawa-Bangkok-Warszawa Qatar Airlines kosztował 2050zł), i ciężkim uczuciem na sercach. Na domiar złego podróż okazała się niezupełnie warta swej ceny... Po blisko 10 godzinach dotarliśmy w końcu do hotelu, ale byliśmy tak wykończeni, że widok morza, palm i malowniczego kurortu nie zrobił na nas większego wrażenia. Bez zbędnych ceregieli zasnęłam na leżaku nad basenem, marząc by 5 dzień jet laga okazał się ostatnim, a Nakara Long Beach Resort okazała się warta zachodu.

Niewątpliwie, nasz kurort był uroczy (mimo, że niewart 1600 zł za 5 noclegów), ale... to mekka dla skandynawskich rodzin z dziećmi i emerytów lubiących pasywny rodzaj odpoczynku. Szybko zrozumieliśmy, ze panuje tu raczej uzdrowiskowy, niż rajski klimat. Owszem, basen był świetny, sam fakt bycia w Tajlandii tez, ale to za mało, żebym zakrzyknęła z zachwytu. Pragnęłam braku tłumów, tropikalnej fauny, skał widocznych na horyzoncie, pysznego jedzenia… Niestety,  jeśli macie podobne wymagania to zapomnijcie o Lancie i oszczędźcie sobie rozczarowania. 
Żeby jednak nie było, że narzekam na to, że Bóg pokarał mnie wakacjami w Tajlandii, powiem, że hotelowy basen był rewelacyjny i każda minuta w nim spędzona napawała mnie wielką radością. Gdyby nie on to bym niechybnie spłonęła.

Co zatem robić na tak „nieudanej” wyspie? My ratowaliśmy się spacerami, zresztą chyba jako jedyni desperaci na wyspie. Raz nawet zostaliśmy przez Taja-tuktukarza uznani za biedaków, ale cóż, taka karma.

Każdego wieczoru szliśmy do "centrum", czyli do przystani wokół której rozwinęła się sieć straganów, knajp, aptek i biur podróży. Jedzenie w hotelu było bardzo przeciętne i 3 razy droższe niż na mieście (gdzie i tak było drożej, niż w Bangkoku) dlatego szukaliśmy jadłodajni, która nas zachwyci. Wychodziło nam to z różnym skutkiem, ale przynajmniej nie tkwiliśmy 24/7 w jednym miejscu. Poza tym spacery były wartością samą w sobie. Raz spotkaliśmy na drodze węża, którego gładka skóra lśniła srebrzyście odbijając światło księżyca. Innym razem zobaczyliśmy małpę przywiązaną do drzewa, rozpaczliwie łaknącą wolności. Jeszcze innym natrafiliśmy na kawiarnio-księgarnię z używanymi książkami pozostawionymi przez turystów. Każdy regał zapełniony był książkami w innym języku. Królowały szwedzkie, norweskie i duńskie kryminały. To co z mojego punktu widzenia było jednak najfajniejsze, to wszechobecne koty w liczbie niepoliczalnej. Białe, szare, czarne, bure, syjamy, dachowce i persy, wszystkie jakie istnieją. Każdy leżał gdzie chciał, jak chciał i czuł się panem swojego domu.

Po 3 dniach zobaczyliśmy wszystko co sądziliśmy, że warto było zobaczyć i postanowiliśmy skorzystać z oferty biura podróży i wykupić wycieczkę po 3 wyspach- Koh Chuek, Koh Mook i Koh Ngai.
I teraz uwaga – nie będę wygłaszać praktycznie żadnych krytycznych uwag! Wycieczka była genialna! 

Koh Chuek zachwyciła nas wielkimi jak koty nietoperzami leniwie zwisającymi w sennej pozie na zacienionej stronie skały, a od słonecznej strony ławicą kolorowych rybek pływających tuż pod powierzchnią wody, ku uciesze nurków.

Koh Mook zasłynęła Szmaragdową Jaskinią, która sprzedawana jest turystom jako tajemnicze, ukryte i niedostępne miejsce. Oczywiście w Tajlandii nic na czym można zarobić nie pozostanie tajemnicą na długo, wiec laguna pękała w szwach od japońskich i wszystkich innych turystów, brodzących w wodzie w kapokach, przypominając bardziej pingwiny niż ludzi. Nie zniszczyło nam to jednak frajdy, bo do jaskini trzeba przepłynąć wpław. Jest to podróż w całkowitej ciemności, z innymi turystami dookoła i z tajskim przewodnikiem z przodu, którego latarka daje mniej światła niż ekran ajfona. Przez 60 metrów płynie się osoba przy osobie, walcząc z oporem kapoka i starając się nie uderzyć kolanem w ostre jak brzytwa krawędzie skalne ukryte pod wodą. Co i rusz kopie się współtowarzyszy podróży, bo nie mieliśmy pojęcie kto i gdzie jest. Międzynarodowy harmider odbijał się echem od czarnych ścian, a my zastanawialiśmy się jak długo może trwać 60 metrów… W końcu na horyzoncie zobaczyliśmy błękitną, jasną poświatę i poczuliśmy dno pod stopami. To było niesamowite doświadczenie, bo mimo złudnego poczucia bezpieczeństwa (w końcu nie byliśmy tam sami), jestem pewna, ze gdyby odpukać coś się komuś stało to jeden biedny Taj z mini latareczka i bardzo podstawowym angielskim nie dałby rady pomoc. Ale nic się nikomu na szczęście nie stało, a co przeżyliśmy to nasze.

Ostatnim punktem wycieczki była Koh Ngai. Dla mnie to archetyp tajskiej wyspy, miejsce idealne. Marząc o wycieczce do Tajlandii właśnie tak wyobrażałam sobie rajskie plaże. Złoty piasek, gorące morze, skały widoczne na horyzoncie, brak tłumów. Żałowaliśmy, że wcześniej nie odnaleźliśmy jej w przewodniku, bo z pewnością zostalibyśmy tam dłużej. Nie mniej jednak dobrze, że przynajmniej ją odwiedziliśmy.

Wróciliśmy szczęśliwi, zmęczeni i głodni, czyli tak jak się wraca po udanym dniu. Czekał nas ostatni dzień na Lancie, którego nawet dobrze nie pamiętam, bo byłam już tak podekscytowana wyprawą na sławną Koh Phi Phi, którą opiszę w następnym i ostatnim tajskim wpisie.












1 komentarz:

  1. Piszesz super i fajnie się czyta gdyby nie nagminne używanie zagranicznych zwrotów , które doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Te określenia mają swoje polskie odpowiedniki i gorąco polecam ograniczyć się do ojczystego języka.

    OdpowiedzUsuń