Alice in Warsawland: Tłoczno w raju

wtorek, 18 listopada 2014

Tłoczno w raju


Nawet jeśli nigdy wcześniej nie byłeś w Tajlandii to z pewnością umiesz sobie wyobrazić jej złote plaże i przepiękne krajobrazy. Myśląc „Tajlandia”, każdy z nas ma przed oczami konkretny widok, nie zdając sobie nawet sprawy skąd on pochodzi. Koh Phi Phi i Maya Bay to właśnie Tajlandia jaką znamy, którą oglądaliśmy oczami Leonardo DiCaprio w filmie Niebiańska Plaża i o której marzymy w chwilach przepracowania i zmęczenia naszą szerokością geograficzną. Jest to sztandarowe miejsce pielgrzymek turystów, najbardziej międzynarodowa z wysp, na której częściej usłyszysz język angielski niż tajski, a alkohol leje się kubełkami.

Koh Phi Phi jest zdominowana przez przyjezdnych, agresywnie eksploatowana, rozdeptywana, a jednak wciąż tak piękna, że widok zapiera dech w piersiach. Będę banalna mówiąc, że dla mnie to miejsce bajkowe, do którego mogłabym wrócić (a ja nie lubię nigdzie wracać…). Zresztą, widzicie widok z tarasu mojego domku to chyba sami rozumiecie…

Na Koh Phi Phi dopłynęliśmy promem z portu w Lancie. W podróży towarzyszyła nam Amerykanka Ileana, którą poznaliśmy w drodze. Oczywiście w codziennym życiu nie mielibyśmy okazji poznać tak nietypowej dla nas osoby i jest to jeden z atutów podróży, który cenię sobie szczególnie. Ileana, z urodzenia kubanka, jest profesorem na uniwersytecie w Dystrykcie Kolumbii, zajmuje się doradztwem w biurze karier, coachingiem i ma w sobie „to coś”. Zabawna, inteligentna, świadoma i „po amerykańsku” otwarta. Z wielkim dystansem do siebie i życia, opowiadała nam o kulisach pracy w DC, o tym jak to jest, gdy ma się znajomych na chwilę, na kontrakt. Wymienialiśmy się doświadczeniami, różnicami nas dzielącymi, stereotypami o naszych krajach i narodach. Rozmawialiśmy o gangach w Detroit, o wrażeniach z Tajlandii, o codzienności w której żyjemy. Mimo, że dzieli nas ocean różnic i doświadczeń to czułam, że nadawałyśmy na tych samych falach.
Ileana przyjechała do Tajlandii odwiedzić przyjaciela, który wraz z żoną przeniósł się do Bangkoku na kontrakt biznesowy. On, etniczny Azjata, ona Mołdawka. On podróżnik, poliglota, społecznik, miał zająć się rozwojem departamentu odpowiedzialnego za uświadamianie zagrożeń na podłożu seksualnym i polityką anty-AIDS. W podróży towarzyszył im kolega, Art Director z nowojorskiej agencji reklamowej, Afroamerykanin. Barwni, zabawni, w amerykańskim stylu radośni. Pamiętamy ich z kurortu na Lancie, gdzie nie sposób było ich nie zauważyć. 


Podczas, gdy Koh Lanta przyciąga głównie skandynawskie rodziny z dziećmi, Koh Phi Phi tętni życiem pełnym Amerykanów, Australijczyków, Anglików i Rosjan. Tłum spuszczonych ze smyczy młodych gniewnych w dzień snuje się uliczkami w "centrum" wyspy, kupując lokalne ciuchy, pijąc kubełki pełne Sangsoma i grając w rosyjską ruletkę z lokalnymi tatuatorami, którzy dziarają im sakralne wzory w najmniej sterylnych warunkach. Wieczorami zmienia się jedynie natężenie tłumu i decybeli. Obecność Tajow jest mało wyczuwalna, wręcz marginalna.

Na Koh Phi Phi nie ma dróg i transportu kołowego. Przyjeżdżają tam amatorzy nurkowania lub imprezowania (albo tacy, którzy nie czytali przewodnika i to jedyna wyspa, którą kojarzą). My znaleźliśmy swój sposób na Koh Phi Phi. Pierwszego dnia wdrapaliśmy się na punkty widokowe i zwiedziliśmy co się dało w obrębie wyspy. W pozostałe, planem było „żadnych planów”. Nasz hotel znajdował się dokładnie na drugiej stronie wyspy, wiec byliśmy odcięci od zgiełku, o co dokładnie nam chodziło. Na plaży nie było tłumów, morze pełne kolorowych rybek i raf zrobiło ze mnie fankę nurkowania z rurką. Gdy nudziło nam się słońce (gdyby coś takiego mogło w ogóle istnieć) relaksowaliśmy się na tarasie naszego bungalowa, który był po prostu idealny. I domek i widok.
Wydaje mi się, ze jestem dość banalnym podróżnikiem, który nie pluje na głóne atrakcje, w zamian za co masturbuje się miejscami spoza przewodnika. Ja lubię widzieć wszystko. I nie będę udawać, że będąc Koh Phi Phi zrezygnowałam z hipsterskich pobudek z zobaczenia Maya Bay.

Osławiona niebiańska plaża jest piękna, ale niestety, to co robią z niej Tajowie na życzenie turystów jest zatrważające. W takim tempie eksploatacji niedługo nie będzie co podziwiać. Na wodzie unosi się warstwa oleju, plaża jest rozdeptana, tłum tak gęsty, że ciężko znaleźć miejsce czy to na plaży czy w wodzie. To smutne, ze nikt nie sprawuje kontroli na racjonalnym korzystaniu z dóbr przyrody. Liczy się tylko kasa.

Koh Phi Phi jest prawdziwą rajską wyspą. A jak to bywa w raju, potrafi być tłoczno. Myślę jednak, że mimo wszystko na pewno warto ją odwiedzić. A najlepiej mieć towarzystwo, wynająć łódź i samemu pobawić się w odkrywcę. Tylko uważajcie na małpy, które czyhają na nieuważnych turystów i ich łupy do wzięcia.


Rodzina cfaniaków
Człekokształtni kleptomani
Widok z punktu widokowego na dwie strony zatoki
Pyszności
Koh Phi Phi Lee
Maya Bay
Lekki tłumek
Koh Phi Phi Lee
Widok z tarasu
Mogłabym tam zostać na długo...
Ale musiałam wrócić do rzeczywistości.

1 komentarz:

  1. hej :) czy mogłabyś podać nazwę miejsca w którym spałaś na Phi Phi?

    OdpowiedzUsuń