Alice in Warsawland: Moje pierwsze Tatry

czwartek, 27 sierpnia 2015

Moje pierwsze Tatry


I nadszedł ten dzień, gdy zabrzmię jak stara baba, jak Amisz, jak wróg postępu, ale, uwaga, uwaga - cywilizacja niszczy ludzi! Praca w korporacyjnych, szklanych domach, ciągłe siedzenie w zabijających kręgosłup pozycjach przed mrugającym sztucznym światłem ekranem, słodzona, gazowana woda i tłuste czekoladowe batoniki z automatów, samochód na każde skinienie, komunikatory zamiast rozmów na żywo, sztuczny stres wywołanymi sztucznie stwarzanymi problemami. Tak w dużej mierze wygląda życie w cywilizowanym mieście. A ja myślę sobie, że trzeba robić wszystko, by się tym standardom opierać. Uff, powiedziałam to.

Fascynacja kulturą i sztuką przychodzi i odchodzi, ale spokój wypływający z natury zawsze daje mi znacznie więcej. Nie tego czego chcę, ale tego czego potrzebuję. I nie jestem tutaj żadnym surwiwalowcem, samotnikiem czy outsiderem. Jestem mieszczuchem jak każdy z nas, lubię ludzi, nie zawsze chcę czy umiem z żelazną konsekwencją opierać się konsumpcjonizmowi, wybieram wygodne rozwiązania, lubię udogodnienia. Ale wiem, że tak powinna wyglądać tylko część naszego życia. Ta mniejsza. 

To nie będzie historia o tym jak samotnie przepłynęłam Ocean, albo przebiegłam przez kilka czterotysięczników. Ja tylko pojechałam w Tatry. Pierwszy raz nie by na nie popatrzeć, ale by po nich pochodzić.

Nie jestem u szczytu formy fizycznej, mam wiele obaw i barier, nie do końca wierzę we własne możliwości, za to stwarzam sobie wiele ograniczeń. Mam niski próg bólu i zawsze sądziłam, że skoro nie przepadam za rywalizacją to jestem mięczakiem. A Tatry pokazały mi, że jestem twardsza niż sądziłam.


Ale po kolei...

Pierwszego dnia, w okrojonym składzie, wybraliśmy „trasę na rozbiegówkę”. Startując w Groniku doszliśmy do Doliny Małej Łąki, a ja poczułam pierwsze oznaki zmęczenia. Nie będę udawać, że nic mnie to nie kosztowało. Żar lał się z nieba, zimny wiatr owiewał spocony kark, a widoki przypominały tapetę w Windowsie. Ruszyliśmy na Przełęcz Kondracką, droga przestała być miła, zaczęło się nieustanne wchodzenie po „schodach”. Cały czas w myślach plułam sobie w twarz i obiecywałam, że już nigdy nie skorzystam z windy. Co kilka minut zatrzymywałam się, by złapać oddech i przy okazji podziwiać widoki. Albo na odwrót. Wyprzedzały mnie dzieci, kobiety w klapkach i otyli chłopcy.

Na Wyżniej Przełęczy Kondrackiej poczułam ulgę – koniec tułaczki, została już tylko droga na dół. Popędziliśmy szybkim tempem do Doliny Strążyskiej i teraz to ja zaczęłam wyprzedzać innych. Zakonnice, starcy, przedszkolaki z misiami w plecakach, ludzie zionący alkoholem - wszyscy pozostawali w tyle.

Wyprawa zajęła nam w sumie 5h, w czasie których zrobiliśmy trochę ponad 10km. Przyniosłam ze sobą mocno obtarte stopy, dumę początkującego, spalone kalorie i szeroki uśmiech. Kolega z którym chodziłam nawet mocno się nie spocił, więcej siedział czekając na mnie niż chodził, ale po dżentelmeńsku podnosił moją samoocenę. Wiedziałam, że jutro już nie będzie taryfy ulgowej.

Dzień drugi miał być ambitny i tak naprawdę to tutaj zaczyna się ta historia. Z Kuźnic szukaliśmy transportu do Palenicy. „Uczciwy Pan busiarz” zaoferował nam podwózkę za jedyne 100 zł za 3 osoby, zaklinając się przy tym na Maryjkę, że innych opcji nie ma. Na szczęście kilka metrów dalej złapaliśmy lokalny autobus, za 10zł/os. Z Palenicy, razem z milionem turystów w sandałach lub poważnych czarnych sportowych ciuchach, ruszyliśmy asfaltem w kierunku Morskiego Oka. Przy Wodogrzmotach Mickiewicza odbiliśmy na Dolinę Roztoki. Pierwsze podejście było wszystkim tym, czego nienawidzę. Gigantyczne schody w górę, zadyszka, ból ud. Późniejsza droga w lesie była cudowną odmianą. Falowała wzdłuż strumyków, ciągnąc się pomiędzy wysokimi drzewami. Zwieńczeniem jej był godzinny marsz pod Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Wtedy, po raz pierwszy tak się zmęczyłam, że zaczęło mi być wszystko jedno. Nie ma nic przyjemnego we wchodzeniu po wielkich blokach skalnych, niczym po wysokich schodach, zadzierając kolana pod brodę. Człowiek łapie zadyszkę, a końca nie widać. W dodatku ma świadomość, że to podejście wcale nie jest technicznie trudne, a jedyne ograniczenie stanowi brak kondycji. Mnie pocieszał fakt, że zaczęłam mieć nieżenujące tempo. Aż sama się dziwiłam jak szybko robię postępy.

W schronisku czekały na nas archetypiczna zupa pomidorowa z ryżem, bigos, gulasz z kaszą gryczaną, ciasto jagodowe lub wielki kawał szarlotki, herbata z cukrem i cytryną. Wszystko nieprawdopodobnie pyszne, cudownie słodkie, tłuste i tak bardzo polskie. Myśl o jedzeniu dodawała mi sił w każdym momencie zwątpienia na kamiennych schodach, dlatego a radością korzystałam z szansy opychania się bez wyrzutów sumienia. W dodatku było ciepło i domowo. Chciałam tam zostać na zawsze, ale to była dopiero połowa drogi.

Malowniczość Doliny Pięciu Stawów Polskich to najlepsza nagroda po trudach marszu jaką można otrzymać. Niczym niewzruszona tafla jeziora, fioletowe kwiatuszki okalające brzeg, surowe kamienie wzdłuż ścieżek. Spokój w czystej formie. Ale my zamiast podziwiać opracowywaliśmy dalszą trasę.

Mieliśmy trzy opcje powrotu. Pierwszą -  przez Krzyżne, ale to 2 godziny podchodzenia, na które za żadne skarby nie chciałam się zgodzić. Drugą - przez Świstówkę, ale to kapitulacja i uszczerbek na honorze. Mogliśmy tez iść przez Przełęcz Zawrat, gdzie czekałyby nas podobno dosłownie 2 minuty grozy na łańcuchach, ale jest szybciej. No dobra, to wybrałam łańcuchy, cokolwiek to znaczy.

Podejście na Przełęcz Zawrat ma krajobraz księżycowy. Ostre skały, mało roślinności, kozice śledzące każdy nasz krok, chmury schodzące ze szczytów i słońce coraz bardziej chylące się ku zachodowi tworzyły nieprawdopodobny klimat. To był moment, gdy już nauczyłam się iść równym tempem, a droga sama w sobie zaczęła być przyjemnością.

Gdy doszliśmy na przełęcz nie wiedziałam co się wydarzy, ale wbrew oczekiwaniom nie czułam strachu, bardziej podekscytowanie. Łańcuchy same w sobie brzmiały nieco ekstremalnie, ale nikt mnie nie uprzedził, że za chwilę będę musiała po nich schodzić w dół po gładkiej skale. A już na pewno został przemilczany fakt, że dzieje się to praktycznie nad przepaścią i będzie trwać 30 minut. Nie dwie! 30! Słownie: TRZYDZIEŚCI!

Dwóch turystów wchodzących z dołu powiedziało nam, że wejście jest pięć razy łatwiejsze niż zejście i, że życzą nam powodzenia. Dzięki, spoko, szerokiej drogi! Pierwsze spotkanie z łańcuchem było przerażające, głównie dlatego, że trzeba było iść tyłem, a odcinek bez podparcia był nieprzyjemnie długi. Na szczęście ja też jestem długa i wszędzie nogą dosięgnę, ale rąk silnych nie mam. Ponoć przylgnęłam do skał jak jaszczurka, która za wszelką cenę nie chciała się wychylać bardziej niż to było koniecznie. Powoli, z chirurgiczną precyzją moje stopy szukały miejsc podparcia, a mięśnie z czasem przestały dygotać. Ani przez chwilę nie miałam poczucia, że mogłabym spaść, co jak później się dowiedziałam jest dość możliwe, a TOPR co i rusz kogoś z Zawratu ściąga.

Gdy w końcu doszliśmy nad Zmarzły Staw to zalała mnie tak gęsta mieszanka andrenalino-endorfinowa, że ciężko mogę wyrazić to uczucie słowami. Nigdy nie zrobiłam czegoś tak wymagającego, pokonując własny strach i ograniczenia. Nigdy nawet nie sądziłam, że mogłabym to zrobić. Mam świadomość, że są lepsi ode mnie, a Tatry to nie Alpy, ale dla mnie, w tamtej chwili to był szczyt szczytów, a ja go zdobyłam. Duma wielka i co przeżyłam to moje!

W spokoju doszliśmy nad Czarny Staw Gąsienicowy, a następnie pod Murowaniec. Atmosfera powoli gęstniała, bo po 9 godzinach byliśmy już nieźle zmęczeni, mrok zaczynał wkraczać do lasu, a buty coraz poważniej obcierać. Z ostatniej prostej, czyli drogi przez las do Kuźnic, nie pamiętam nic poza bólem i wszechogarniającą złością. Lewa noga bolała mnie tak mocno, że każdy krok wywoływał grymas. W dodatku było ciemno jak w d*pie, a my mieliśmy tylko jedną, malutką latareczkę. Za nic miałam potencjalnie grasujące niedźwiedzie, chciałam już tylko wrócić do domu, a jedyne co słyszałam, to „Za 10 minut dojdziemy.” I tak pięć razy, po których okazało się, że zostało nam jeszcze 15 minut… Gdy dotarliśmy do asfaltu to chciałam go z radości ucałować. To śmieszne, ale czułam się jak człowiek gór, który po latach zszedł do cywilizacji. Na następne dwie godziny zaniemówiłam, nie byłam już nawet głodna, chciałam tylko zdjąć buty i zasnąć. Po kolacji doczłapaliśmy się do pokojów i olewając ciepły prysznic padliśmy spać.

A rano? Rano byłam dumna jeszcze bardziej niż wieczorem! I nie wpłynął na to fakt, że w wiadomościach usłyszałam, że Andreas Steindl przebiegł pięć czterotysięczników w 7 godzin i 45 minut. Dla mnie te dwa dni w górach znaczyły więcej niż niejedna daleka zamorska wyprawa i niejedno osiągnięcie. Wiem, że brzmię amatorsko, ale to dobrze. Dokładnie tym jestem, amatorem, który odkrył w sobie pokłady nieznanej wcześniej zaciętości. Nigdy bym nie przypuszczała, że monumentalność, obcość, surowość gór może pomóc mi w znalezieniu radości. A tak się stało i wiem na pewno, że tam wrócę. Polecam każdemu, a ja od dziś obiecuję chodzić już tylko schodami.

Nasza willą w Kościelisku, z najlepszym na świecie widokiem z balkonu
Dolina Małej Łąki



Taka oto ja


Dolina Roztoki


Dolina Pięciu Stawów Polskich









Przełęcz Zawrat
Maryjka

Kozica

Czarny Staw Gąsienicowy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz