Alice in Warsawland: W dobrym klimacie

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

W dobrym klimacie


Dla niektórych osób radość wywołana oczekiwaniem na upragniona podróż jest infantylna. Czytanie przewodnika, planowanie, rozmyślanie to dziecinada nie mająca nic wspólnego z prawdziwym podróżowaniem. Robienie zdjęć i dzielenie się nimi ze znajomymi jest żałosne. No cóż, nazwijcie mnie bachorem, ale ja to po prostu kocham. Każdy aspekt podróży jest dla mnie ekscytujący i nie mam zamiaru zabijać w sobie wewnętrznego dziecka, tylko dlatego, ze ktoś ma ściśnięte poślady i tego samego wymaga u innych. Może jestem szajbusem, może jestem naiwna, dziecinnie się wzruszam na widok zwierząt, albo drażnię ludzi swoją ciekawością świata, ale mam to sobie za nic. Bo nie ma przecież nic gorszego niż stać się zgorzkniałym dziadem za młodu.

Jadąc na Sri Lankę spodziewałam się czegoś podobnego do Tajlandii, głównie dlatego, że Azja to w końcu Azja. Różna, ale podobna. Szybko zrozumieliśmy, ze Cejlon to zupełnie inny świat, o dziwo, bardzo Polakom bliski. 
W swojej ignorancji tropiki wrzuciłam do jednego worka pogodowego. W porze suchej ma być piękne, bezchmurne niebo i upalne temperatury. Sri Lanka bez kozery wytrąciła mnie z równowagi, serwując swoją interpretację indyjskiego przeboju "czasem słońce czasem deszcz". Niebo zachmurzone, nie było lampy, czasem też popadało, ale pogoda była bezsprzecznie piękna. Mniejsza spiekota dawała więcej energii do działania.

Po tranzycie w Hikkaduwie przenieśliśmy się do Midigamy, gdzie zostaliśmy na dłużej, zwiedzając południowe wybrzeże. Midigama to mała, rybacka wioska, w której poza stacją kolejową, obwoźną piekarnią i kilkoma kioskami spożywczymi nie ma w zasadzie nic. Nic więcej tam jednak nie potrzeba, bo jest to jedna z najlepszych reef breaków na wyspie (a kilka km dalej jest Weligama z beach breakiem dla mniej zaawansowanych). Pojedyncze pensjonaty i dużo lokalnej, życzliwej ludności żyjącej wolno, spokojnie i zgodnie z rytmem natury pozwala spojrzeć na codzienność w mniej europejski, zabiegany sposób. Jasne, lankijczycy dużo pracują, ale mają przy tym czas, żeby wyjść na deskę, albo rodzinny spacer brzegiem morza. A wraz z zachodem słońca aktywności  się kończą, wioska zasypia, a do życia budzą się olbrzymie nietoperze owocowe. Zdaje się, że nikt nie jest tu  szczególnie nieszczęśliwy z powodu takiego stanu rzeczy.

Co robić, gdy światło znika? Raz próbowaliśmy pospacerować, ale okoliczne psy głośno protestowały, a sąsiedzi stali jak wryci, dziwiąc się co Ci białasi wyczyniają. Dwóch skuterzystów chciało nam nawet przyjść z pomocą, bo nie mogli pojąć dlaczego z własnej i nieprzymuszonej woli chodzimy po okolicy bez wyraźnego celu. Myśleli, że się zgubiliśmy… Jak widać spacery ewidentnie nie lezą w centrum zainteresowania Lankijczyków, a my wiedzieliśmy, że po zachodzie słońca i kolacji czas spać.

A co robić w raju za dnia? Jako, że nasz pensjonat ukryty był w ogrodzie i dawał dużą dawkę spokoju, więc ciśnienie podnosiliśmy sobie przejażdżkami na skuterach zwiedzając okolicę.

Odwiedziliśmy ponoć ukrytą i dla turystów niedostępną plantację herbaty, ale jak przewodnik mówił do nas „po polsku” i opowiadał o naszej sytuacji politycznej, krytykując europejski kapitalizm w którym jest 50% bezrobocie (tak właśnie) to zaczęłam mieć wątpliwości. Nie mniej jednak dowiedziałam się jak wygląda herbata, które listki są najcenniejsze, widzieliśmy pracę zabytkowych wręcz maszyny i kosztowaliśmy prawdziwie cudownych mieszanek herbacianych. W oczy kuła mnie rzeczywistość w której to kobiety i tylko kobiety wykonują najcięższe prace w fabryce, za głodową stawkę, a przy tym są za to prawdziwie wdzięczne. Niemiłosiernie chude i wysuszone, wiecznie pochylone nad sitami, z brakami w uzębieniu uśmiechały się do nas, ale z ich oczu wydzierał smutek. W przerwach piły najtańszą herbatę (podobnie jak każdy Lankijczyk), bo ta lepsza przeznaczona jest na eksport.

Oglądaliśmy nieliczne świątynie, dużo bardziej ascetyczne i skromne niż te widziane w Tajlandii, ale równie majestatyczne.

Zawitaliśmy na latarnię morską w Galle, czując się bardziej jak w Dolinie Muminków, aniżeli w Azji. Roztaczał się z niej przepiękny widok, również w nieznane. Patrząc na południe nie było widać absolutnie nic, poza bezkresem oceanu. I tak podobno aż do Antarktydy.

Gdy nie chciało nam się jechać dalej to włóczyliśmy się po centrum Weligamy, przedzierając się przez wzburzone morze bazarów na których można kupić absolutnie każdy wyrób z nieatestowanego plastiku, kicz sakralny i indyjskie pumpy. Do tego pyszne owoce, świeżo złowione ryby i krewetki grillowane na miejscu (chociaż według lokalnej receptury, przez co smakowały wątróbką), herbaciarnie i naciągacze udający, że łowią ryby zawieszeni na kijku nad poziomem wody. Gdy przyuważyli, że robisz im zdjęcie od razu lecieli z wyciągniętą dłonią.

Matara, czyli najbliższe największe miasto jest oazą cywilizacji. Zdecydowanie polecam lokalną knajpę na dworcu (gdzie jedzący dłońmi mężczyźni milkną, gdy wchodzi biały człowiek, tak bardzo jesteśmy dla siebie nawzajem egotyczni) z wybornymi klasykami rice and curry, ale serwowanymi nie pod turystów. W tego typu knajpach napoje podają z rurką i nigdy, absolutnie nigdy nie próbujcie pić z gwinta, bo skończy się to roztrojeniem żołądka.
To czego nie polecam to jazda na skuterach po Matarze w godzinach szczytu. Tam każdy jeździ jak wariat, a ponieważ na Sri Lance ruch jest lewostronny, to wszystko wydaje się nienaturalne i fatalne w skutkach. 

Unawatuna jest mekką Rosjan, więc serdecznie odradzam. Sympatyzuję w tej kwestii z lankijczykami, którzy ich nie znoszą. Wyobraźcie sobie najgorszego Janusza w żonobijce, klapkach Kubota, złotym łańcuchem na szyi, gardzącego każdym napotkanym człowiekiem i pomnóżcie to przez 100. Tak wygląda Unawatuna, chociaż miejscowość przyrodniczo jest niezwykle urocza. Klimat jednak rozpłynął się w rosyjskim techno.

Jungle Beach jest świetna na sjestę. Stosunkowo mało ludzi, fajna, ciepła zatoka, leżaki i owocowe lassi. Kilka godzin można tam spędzić bez żalu, szczególnie, że obok są dwie piękne stupy i zapierająca dech w piersiach panorama.

Plażę Koggala polecam fanom kąpieli. Fale są delikatne, a woda ciepła jak zupa. Mogłabym w niej siedzieć i dwa dni. Dwa tygodnie. Wieczność! A co najlepsze, poza nami nie było nikogo.

Ale jeśli wolicie tłumy to zdecydowanie jedźcie do Mirissy. Najbardziej turystyczna z miejscowości na południu, zatłoczona, głośna, ale przez to wcale nie mniej piękna. W nocy księżyc odbija się od wzburzonego morza, fale podmywają beach bary, psy latają pomiędzy nogami wesołych Lankijczyków, zaczepiając jedzących turystów. Jest tam też jedna z najlepszych knajp w której jedliśmy, Amarasinghe Guest House, gdzie wszystko smakuje przepysznie, mimo, że trochę trzeba się naczekać. Jeśli nie na dłużej, to warto tam pojechać choćby na dzień na plaży lub surfing. 
Po kilku dniach spędzonych w gościnie w Subodinee Guest House, gdzie poznaliśmy prawdziwą, domową kuchnię lankijską (zamieszkajcie tam choćby dla tych pysznych kolacji) byliśmy gotowi do dalszej podróży w głąb wyspy.

Subodinee Guest House, widok z pokoju. Cisza absolutna, pyszna kuchnia, a w ogródku trzymali cielaczka.
Plaża 4 min od domu.
Śniadanie, czyli ryżowe płatki z bananem, ananasem + jogurt naturalny do tego. Pyyyszne!
Kolacja każdego dnia była inna. Zawsze 2 lub 3 rodzaje curry, biały ryż, ziemniaki smażone na głębokim oleju, krewetki, ryby, kalmary, smażone owoce dyni lub cukinia, prażona cebula, szakszuka, no było w czym wybierać.
Inna opcja na śniadanie - hoppersy z kokosowym sambalem.
Typowy widok na koniec każdego dnia...
Plaża w Weligamie.
Szkoła surfingu w Weligamie.
Pierwsze kroki na białej wodzie :)
Tuńczyk, trochę wątrobiany.
Zabójstwo krewetek, czyli smak bardzo wątrobiany, aż płakać mi się chciało nad tak zepsutą potrawą.
Centrum Weligamy.
Weligama
Kotów na Sri Lance praktycznie nie ma, ale jak już są to Cię kochają.
Byłam trochę rozczarowana, bo arbuzy na Sri Lance są żałosne - małe, wodniste i drogie. Byliśmy poza sezonem na mango, więc jedliśmy głównie ananasy i banany.
Weligama
Fabryka herbaty.
Plantacja herbaty.
Wielki Budda
Jedna z bogatszych świątyń.
Droga do latarni morskiej w Galle.


Bezkresny ocean



Matara, stupa na wyspie.
Stupa niedaleko Jungle Beach.




Jungle Beach
Mirissa



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz