Alice in Warsawland: 30 Seconds to Mars!

środa, 15 grudnia 2010

30 Seconds to Mars!


Od dawna chciałam zobaczyć The Chemical Brothers na żywo, więc jak tylko dowiedziałam się, że zagrają podczas Live Coke Music Festival w Krakowie to poleciałam kupić bilet. Bezpośrednio przed nimi zagrał nieznany mi wtedy zespół 30 Seconds to Mars. Ku mojemu zaskoczeniu wiele dziewczyn zachowywało się podczas ich występu, delikatnie mówiąc histerycznie, a te najbliżej sceny rzucały we frontmana częściami garderoby. Z zaciekawienie zaczęłam się przyglądać wokaliście i odkryłam, że to nie kto inny jak Jared Leto, aktor może nie pierwszoligowy, ale dość alternatywny i utalentowany, a na pewno bardzo przystojny. Był to wystarczający powód, żeby na koncercie zostać do końca. Co więcej muzyka, którą serwowali była bardzo przystępna, piosenki w rockowo-punkowo-popowo-grundzowo-emo stylu łatwo wpadały w ucho.

Po zakończeniu się krakowskiego festiwalu stwierdziłam, że koncert grupy Jareda był najlepszy i koniecznie trzeba wybrać się na kolejny! Jakaż była moja radość, kiedy kilka tygodni później Eventim ogłosił, że 30 Sec to Mars przyjeżdżają w grudniu do Warszawy!

Koncert odbył się w Hali Torwar, czyli niestety nie stadionowo, ale w grudniu przy -15 stopniach to rozsądne rozwiązanie. Przed wejściem dziki tłum nastolatek, zniosłam to cierpliwie. Martwiły mnie nieco moje miejscówki, ponieważ miałam bilety na sektory, a nie na płytę (jak wolałam), ale w rezultacie udało mi się znaleźć na płycie, nawet pod samą sceną. Zanim koncert się rozpoczął oczywiście zagrał support. Nie wiem czyj, bo się nawet nie przedstawili. To natomiast co zapamiętałam to rozszalały spęd 14 i 15 letnich dziewczyn, które dostawały histerii jak tylko ktoś pojawiał się na scenie. Większość z nich miała nadwagę, każda z nich była obrzydliwe spocona (oczywiście nie było klimatyzacji w hali, bo po co). Nie potrafiły się zachowywać jak cywilizowani ludzie, nie zdawały sobie sprawy z zagrożenia jakie mogą wywołać ich nieskoordynowane ruchy. Skończyło się tak, że w pewnym momencie wszyscy stojący pod sceną (w tym ja!) jak domino się na siebie przewrócili. Dla mnie to był szok! Byłam na wielu koncertach, wielkich stadionowych, mniejszych po halach, rockowych, hip-hopowych, popowych, metalowych czy elektro, również na licznych festiwalach i nigdy nie bałam się, że coś mi się może stać. Nie byłam chyba świadoma, że od zaćpanów fanów muzyki elektronicznej dużo gorsze są spuszczone ze smyczy nastolatki. Chcąc nie chcąc opuściłam bliskie sąsiedztwo ze sceną, ponieważ nie chciałam stracić zębów w momencie kiedy Jared wszedłby na scenę.

Kiedy 30 Seconds w końcu się pojawili, tłum oszalał. Mnie z uporem maniaka wypychał co rusz do tyłu, chociaż twardo ze znajomymi walczyliśmy. Było obrzydliwie gorąco i duszno, z każdego lał się pot, a Jared skandował w kółko 3 zdania: „Jump”; „Do something crazy”; „I fucking love you”. W ogóle cały koncert sponsorowało słowo „fuck”. Trzeba jednal stwierdzić, że frontman z niego rewelacyjny, widać zaangażowanie i oddanie dla fanów, starał się robić prawdziwe show. Za często jednak oddawał głos tłumowi, przez co jego śpiewania za wiele nie było. Poza tym ku mojemu zdziwieniu stwierdzam, że muzycznie chyba tylko Shannon się wybija. Jared gra średnio, ale niezaprzeczalny atut stanowi jego specyficzny głos. Nieco wrzaskliwy, ale hipnotyzujący.

Koncert był krótki, bo trwał niespełna 1,5 godziny. Nagłośnienie kiepskie. Efekty wizualne – brak. Jedynymi były kolorowe światła, ale przez stroboskopowe efekty tak naprawdę przez 80% nie było widać twarzy Jareda. Jeszcze na domiar złego incydent z tworzeniem przez publiczność flagi Polski. Osoby na trybunach machały białymi kolorami, a płyta zalała się czerwienią. Jako fanka U2 nie mogłam tego przełknąć. Już naprawdę, ale fani 30 Seconds mogliby wymyślić coś swojego, a nie powielać pomysły innych. O niezsocjalizowanych nastolatkach wolę już nie wspominać.
Za fajny pomysł uznaje natomiast podzielenie koncertu na 3 części. Najpierw mocne rockowe uderzenie, później Shannon i Tomo zeszli ze sceny i Jared zagrał kilka piosenek akustycznie. Zabawne, bo przy Buddzie chyba zapomniał tekstu i tylko rytmicznie wył :-) Trzecia cześć z powrotem była ostrzejsza + bis na zakończenie (m.in Kings and queens).

Zastanawiam się dlaczego 30 Seconds to Mars wyznaczyli sobie nastoletni target. Może nie czują się na tyle silni muzycznie, aby trafić do bardziej wybrednego odbiorcy. W końcu jak wiadomo najłatwiej kupić gejów, później dziewczynki a na samym końcu wyrobioną publikę. Musi się za tym kryć przemyślany plan marketingowy, bo nie wierzę, że oni sami z siebie chcą grać dla dzieci. Cierpi na tym bardzo jakość koncertów, poziom interakcji zespołu z publiką. Szkoda. Tomo ze wstydu już całą twarz ukrył za firanką czarnych włosów ;-) a Jared z rozpaczy przefarbował włosy na niebiesko!

Reasumując, gdyby nie szalenie przystojny Jared i piosenki, które znam i lubię to wyszłabym z tego potwornego miejsca. Nigdy więcej nie dam się zamknąć w jednym miejscu z chmarą oszalałych dziewczynek. W dodatku w warunkach tropikalnych, kiedy samemu jest się ubranym w zimowe ciuchy i pot z Ciebie ścieka strumieniami. Bardzo chętnie jednak posłucham ich na koncercie na otwartym powietrzu. Miejmy nadzieję, że już w lipcu na Opene’rze! W końcu Jared obiecał, że na pewno wróci :-)

5 komentarzy:

  1. podzielam, równocześnie pozdrawiając autorkę

    OdpowiedzUsuń
  2. 1.Nie grali Buddhy, gdy Jared usłyszał ten tytuł powiedział że nie będzie tego grał.
    2.Klimatyzacja była i całkiem porządna, bo mi było momentami zimno, przynajmniej przy moim "kawałku barierki"
    3.Jared nie ograniczył sie tylko do 'jump' i 'I fucking love you', mówił o wiele więcej
    4. Oni nie grają tylko dla nastolatek, owszem jest ich spora część ale nie przesadzajmy
    5.A co do zimowych ciuchów to jest szatnia... ;)
    6.Support się przedstawił

    Dziękuje za uwagę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. 2. zazdroszczę!
    3. pewnie, że się nie ograniczył, ale jednak te słowa przeważały. Zaskoczyło mnie to, bo na Coke'u było dużo, dużo lepiej.
    4. nie upieram się przecież, że TYLKO, ale na żadnym innym koncercie czegoś takiego nie widziałam ;-)
    5. no wybacz, nie wzięłam butów na zmianę ;-)
    6. taaak? a kto grał? będę wdzięczna za info, bo wtedy pewnie leżałam na ziemi pod stosem nastolatek, które myślały, że to Jared wychodzi :P

    OdpowiedzUsuń
  4. 8 listopad, Łódź, Atlas Arena. ;D
    nie wiem czy słyszałaś o tym koncercie 30 Seconds to Mars. ^^ jakoś nas wcisnęli w swój rozkład. xd i dzięki Bogu. niestety, większość miejsc jest już wykupiona. spora większość. całe szczęście, znalazłam stronę, na której zostały resztki biletów, ale mam miejsce na sektorze F, który jest po boku sceny, więc będę widziała bardzo mało, ale ważne, że pojadę. ^^ też się wybierasz?
    Paulina.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak uda mi się kupić bilet od jakiegoś konika to pójdę. Mam nadzieję :)

    OdpowiedzUsuń