Alice in Warsawland: Yoga doesn't take time, it gives time

poniedziałek, 23 maja 2011

Yoga doesn't take time, it gives time


Od dziecka jestem niepoprawnym „zajawkowiczem”. Mało jest dziedzin życia, sztuki, kultury, sportu itd. itp., które by mnie nie interesowały. Nie wiem skąd wziął się u mnie ten głód eksploracji, ale jest on prawdziwie niezaspokojony. Pochłaniam niezliczone ilości książek, które zatrwożyłyby niejednego ekologa, przeglądam miliony stron internetowych, czytając czasem o przedziwnych rzeczach! Wodzę palcem po globusie szukając nowych kierunków do podróży, zgłębiam wciąż nowe gatunki muzyki, ale co najlepsze, podejmuję wyzwania. Mniejsze, większe, ale nie ma nudy! Ostatnim takim micro wyzwaniem było zapisanie się na yogę. Aż dziwię się, że wcześniej o tym nie napisałam.

Kilka lat temu mój przyjaciel namówił mnie na zajęcia yogi. Mówił, że mnie to wyciszy i przestanę być takim nerwusem. Długo przekonywać mnie nie musiał, bo ciekawość wzięła górę. Yoga wówczas nie była jeszcze tak popularna jak w chwili obecnej, a o odmianie kundalini nigdy wcześniej nawet nie słyszałam. Zajęcia odbywały się w malutkim pokoiku, uczestniczyło w nich dosłownie kilka osób. Cisnęliśmy się w zadymionej kadzidłem sali i śpiewaliśmy mantry. Gdy dochodziło do końcowej fazy relaksu byłam już tak znudzona, że automatycznie zasypiałam. Po 5 spotkaniach poddałam się. Miałam dość wykrzywiania ust w dziwnych kształtach, aby być w stanie zaśpiewać, a raczej wybuczeć odpowiednie dźwięki mantr. Jak płachta na byka działał na mnie przesadnie zrelaksowany głos prowadzącej. Nawet jak teraz o tym piszę to mam ochotę tą kobietą potrząsnąć i zmusić do ludzkiej reakcji. Nie tak wyobrażałam sobie yogę.

W tym roku, po trudach i znojach, w końcu zdobyłam kartę Multisport. Miałam związane z nią wielkie plany, póki co zrealizowane połowicznie, ale staram się nadrobić. Postanowiłam m.in. dać yodze drugą szansę, ale tym razem w renomowanej szkole i wg tradycji hatha, czyli tej najbardziej dynamicznej.

Na pierwsze zajęcia przyszłam, a raczej wbiegłam, prosto z pracy. Wydyszałam jedynie, że nie mam butów na zmianę. Miły Pan uśmiechnął się i powiedział, że nic oprócz dobrych chęci i elastycznych spodni nie potrzebuję. Sposobało mi się tam od pierwszego wejrzenia.

Zrzuciwszy z siebie jeansy weszłam do sali. Wielkiej i przestronnej, położonej w budynku zlokalizowanym w zielonej części miasta. Oprócz mnie w zajęciach brało udział chyba z 40 osób. Znalazłam skrawek podłogi, rozłożyłam matę i czekałam na pierwszy moment w którym się zbłaźnię, nie mogąc wykonać asana. Oczywiście szybko on nadszedł (prowadzący złapał dłonią za paluch stopy, a następnie pionowo wyprostował nogę)jednak ani trochę mnie to nie zniechęciło, bowiem to co pokochałam w yodze to pełna harmonia i akceptowanie chwilowych ograniczeń ciała, połączone z olbrzymią chęcią i zapałem ich przekraczania. Chodząc dwa lata na siłownię, gdzie słyszałam w kółko, że "musi boleć" i "ignoruj ból" nagle spokojny głos mi mówił "nie może boleć" i "wsłuchaj się w swoje ciało". Byłam zafascynowana. I nie był to nawiedzony głos tylko energetyczny i radosny.
Następnego dnia ledwo się ruszałam, co było dla mnie jeszcze większym zaskoczeniem, bo przecie nic takiego nie robiłam. Wiedziałam, że tam wrócę!

Mimo, że zwykle jest wielu uczestników, to nigdy nie brakuje ani miejsca ani pomocy do ćwiczeć. Nie to jest jednak najważniejsze. Prowadzący są tak genialni, że słów pochwalnych mi brak. Są prawdziwymi pasjonatami, widać w nich totalną spójność i równowagę duchową. Nie są przy tym wypranymi z emocji robotami, tylko zabawnymi i doświadczonymi ludźmi, którzy zawsze chętnie pomogą, nie stwarzając przy tym dystansu. Dzięki nim stałam się prawdziwym orędownikiem yogi i szkoły do której uczęszczam. Odkąd zapisałam się na zajęcia, a było to prawie 3 miesiące temu, poczyniłam duże postępy a mój zapał ani trochę nie ostygł (w moim przypadku to cud, bo niestety mam charakter szybko się nudzący). Podczas relaksu jestem tak naładowana pozytywną energią, że jedynie ból mięśni o których istnieniu nie miałam pojęcia(mimo dwóch lat siłowni) powstrzymuje mnie przed zostaniem na kolejne 1,5 godzinki zajęć.

Reasumując, yogę polecam każdemu! Bez względu na wiek i stan zdrowia, naprawdę warto. Benefity, które się dzięki niej zyskuje są bezcenne. I bynajmniej, nie krytykuję innych aktywności fizycznych, sama pewnie w końcu na nudną siłownię wrócę, ale yoga to zupełnie inny wymiar poznania własnego ciała. Po prostu coś wspaniałego!

6 komentarzy:

  1. Przeraża mnie ta siłownia na którą chodziłaś i ci, którzy mówili "ignoruj ból" i "musi boleć". Czy oni na siłce byli pierwszy raz, czy ich pasją było robienie ludziom krzywdy...? Straszne to!

    OdpowiedzUsuń
  2. hehe ;-) no wiesz, może trochę przesadziłam, ale konkretnie jak się chodzi na siłownię, albo się ogląda treningi "mięśniaków" to widać ból na ich twarzach i utarło się to przeświadczenie, że "no pain no gain", czyż nie? :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Moja historia z jogą jest podoba, choć wydarzyła się odwrotnie. Najpierw trafiłam na joginkę, która serwowała nam szybkie przejścia między asanami, mocne rozciąganie, szukanie stabilnych punktów. Z zajęć wychodziłam szczęśliwa i spocona :) A gdy przyjechałam do Berlina trafiłam do szkoły tradycyjnej jogi. Eh, zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, że istnieje coś innego niż hathayoga. Niestety, tu większą część zajęć szukaliśmy a to jednej a to drugiej czakry, uciskaliśmy nasz splot słoneczny... Niestety.

    Trochę mnie zainspirowałaś, może powinnam wrócić do jogi?

    OdpowiedzUsuń
  4. Polecam polecam, ale dla mnie joga po niemiecku to byłby dramat haha :D W tym języku nie można się wyluzować :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Chodziłam na zajęcia, na które przyszło akurat więcej obcokrajowców niż Niemców, więc były po angielsku :) Całej anatomii ludzkiej można się nauczyć na takich zajęciach...

    OdpowiedzUsuń
  6. To prawda, po polsku też :D

    OdpowiedzUsuń