Alice in Warsawland: Ich bin nicht ein Berliner

środa, 20 czerwca 2012

Ich bin nicht ein Berliner


Berlin wszystkich podnieca. Na sam dźwięk nazwy tego miasta, niejedna osoba czuje podekscytowanie, a już z całą pewnością kręci w głowie film o równoległej rzeczywistości, pełnej ekstatycznego życia w rytmie reve’u i pełnej ambiwalencji doznań, od bogactwa duchowego aż do nędzy i ćpuństwa na Dworcu Zoo oraz dziwkarstwa na Oranienburger Strasse. Tak, Berlin każdego podnieca, ale mało kto spędzał tam czas na aktywnościach innych niż zabawa, więc ciężko się temu dziwić.

Tak się w życiu poukładało, że Berlin cyklicznie odwiedzam i dość dobrze go poznałam. Spędziłam tam spory kawałek czasu i również moje podniecenie z nim związane osłabło. Z początku, jak każdy, byłam nim ślepo zafascynowana, szybko jednak zauważyłam, że Berlin to również miejsce trudne i udręczone. Śmierdzące, anonimowe i samotne, bezwzględne i szybkie, czyli metropolityczny klasyk, ale w bardziej intensywnym wydaniu.

John Milton uwielbiał Nowy York. W jego opinii to miasto, bardziej niż inne, odznaczało się szczerością. Bez upiększeń, bez cenzury, bez litości. Prawdziwe, gołe doznania. Berlin to zaledwie wycinek, ale jednak, analogiczny opis pasuje jak ulał.

Urodzona i wychowana w Warszawie, nie wyobrażałam sobie nigdy życia w mieście mniejszym, a wręcz marzyłam o większym. Teraz nie jestem już taka pewna tego pomysłu. Coraz częściej myślę o społeczności bardziej intymnej, mniej anonimowej, gdzie ludzie rozpoznają się na ulicy, bo zamiast biegać pomiędzy domem-pracą-zajęciami i patrzeniem pod nogi, mają czas spojrzeć sobie w twarz.

Z każdym miastem wiążą się określone emocje, tworzone przez zapachy, muzykę, kolory. Warszawa jest jasno szara – zimna, dystansująca, ale również lekka i w pewnych aspektach delikatna. Berlin natomiast to czysty grafit – niedostępny, twardy, trudny, a jednocześnie szlachetny i hipnotyzujący, dający wolność. Dla kontrastu, malutki Kraków to nasycony brąz, ciepły, gościnny, kojący. Pytanie, czego się od życia oczekuje?

Jest kilka ciekawych dla mnie faktów, które zaobserwowałam w Berlinie i nigdzie indziej.

Po 1 – panuje tam prawdziwa i zatrważająca obsesja jedzenia! Tam każdy non-stop je! Niezależnie od tego czy jedzie akurat S-Bahnem, czy jest na spacerze w Zoo, czy na zakupach w KaDeWe. Jeść trzeba! A najlepiej dużo i tłusto. Na każdym kroku można zaopatrzyć się w wielkie, lukrowane buły, currywursty czy kebaby. Obsesja jedzenia ma niestety swoje negatywne przełożenie na figury Niemców. Generalizując, otyły jest praktycznie każdy, niezależnie od wieku. Jak jednak może to dziwić, skoro w sklepach z zabawkami można kupić dokładnie każdy towar FMCG z półki w spożywczaku, w wersji pluszowej lub drewnianej. Skoro dzieci zamiast lalkami i miśkami, bawią się kiełbasą, śmietaną i udkami kurczaka w panierce, no to sorry. Czym skorupka nasiąknie za młodu…

Po 2 – Berlińczycy uwielbiają lody w kulkach. Są one wszechobecne. Można je kupić niemalże co krok, ku uciesze dorosłych, bynajmniej nie dzieci… Dlaczego?

Po 3 – w Berlinie w zasadzie nie ma dzieci! Na palcach jednej ręki mogłabym policzyć białe dzieci (jedyne maluchy to dzieci imigrantów, bynajmniej bez cech aryjskich), które spotykam na ulicach. Starzejące się społeczeństwo bardzo rzuca się w Niemczech w oczy.

Po 4 – z drugiej strony, w Niemczech fajnie jest być na emeryturze! Ludzie wyglądają świetnie (oprócz otyłości:P). Są bogaci, świetnie ubrani (niemiecki design jest mało estetyczny, ale praktyczny i dobry jakościowo), uśmiechnięci i kontaktowi, chętni do rozmowy i pomocy. Są mobilni, podróżują i wożą się Mercedesami. Dosłownie żyć, nie umierać!

Po 5 – niewiarygodne, że w tak multinarodowym społeczeństwie, występuje tak słaba znajomość j. angielskiego. Taksówkarze, służba zdrowia, kelnerzy, sprzedawcy – dogadać się z nimi to wyzwanie. Przeważnie odpowiadają „I speak English a little bit”, ale w praktyce oznacza to „less than a little”.

Po 6 – codzienną egzystencję w Berlinine bardzo utrudnia wszechogarniający smród. Berlin śmierdzi i to bardzo! I jest brudny. Pewnie, gdybym znalazła się w środku sezonu w Neapolu, to miałabym inny punkt odniesienia, ale na chwilę obecną brudniejszy i bardziej śmierdzący był tylko Kair.

Po 7 – można pić alkohol w miejscach publicznych i jest to przecudowne! Wcale nie wpływa negatywnie na większą liczbę żuli czy bezdomnych, za to pozwala relaksować się na zielonych trawnikach, których jest wiele.

Reasumując, Berlin to barwne miasto, w którym można się zakochać, ale należy pamiętać, że potrafi być bardzo szorstki i pełen wyzwań. Na imprezę, wręcz wymarzone, dla niespokojnych duchów, artystów, studentów, dla osób poszukujących. Na codzienne życie? Waham się...

2 komentarze:

  1. A mnie się marzą wyprzedaże w Berlinie :)
    Pozdr.

    OdpowiedzUsuń
  2. Na SALES 100razy bardziej wolałabym Londyn. W Berlinie nie ma szału. Owszem są fajne butiki, ale nie jest ich jakaś oszałamiająca ilość. Jedynie butów mają multum i takie zakupy u nich uwielbiam!

    OdpowiedzUsuń