Alice in Warsawland: Black Swan

środa, 26 stycznia 2011

Black Swan


Jestem wstrząśnięta.
Miałam pisać o wrażeniach z podróży, ale właśnie wróciłam z kina i jestem prawdziwie wstrząśnięta. „Czarny łabędź” przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Nie spodziewałam się tak dogłębnie poruszającego filmu, tak czarnego, przerażającego i pięknego zarazem. Jeśli kiedykolwiek miałabym myśleć o życiu tancerzy baletowych i atmosferze panującej podczas prób i występów, to właśnie w sposób jaki przedstawił to Aronofsky. Kruchość i okrutność. Odarty ze złudzeń realizm. Nieustający niepokój. Natalie Portman zjawiskowa, wręcz nieludzka. Ekspresją swojej gry aktorskiej prawdziwie wciska w fotel. Strach oddychać, żeby nie zaburzyć perfekcyjności emanującej z ekranu. Jestem nieprzerwanie oczarowana. Albo wręcz zaczarowana! Nie był to jednak przyjemny film. Nie powiem też, że był dobry. Jest tylko jedno słowo, które doskonale go opisuje. Arcydzieło! Obraz absolutnie i niepodważalnie wyjątkowy. Znakomity. Obsada dobrana idealnie. Vincent Cassel, Barbara Hershey i Mila Kunis nie do zastąpienia. Surowość ujęć. Zwracanie uwagi na drobne dźwięki takie jak strzelanie kości czy trzepot piór powodowała gęsią skórkę. Muzyka, ach muzyka. Czajkowski wydobywający najskrytsze pragnienia. Perfekcja w każdym calu. Nie warto nawet dłużej o nim pisać, bo słowa tych doznań nie oddadzą. Twórcy „Czarnego Łabędzia” mogą być z siebie dumni. Nie często ma się okazję tworzyć dzieła sztuki. Brawo!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz