Alice in Warsawland: Campione i Limone

czwartek, 15 września 2011

Campione i Limone


Ostatnim punktem naszych podróży było Campione del Garda. Podobno mekka sportów wodnym i miejscowość wybudowana, stworzona specjalnie na potrzeby sportowców. Aby do niej dotrzeć należy przejechać przez tunel wydrążony w skale. I nie jest to typowy tunel z oświetleniem i regularnymi brzegami, tylko prawdziwa dziura w ziemi, jakby wyryta przez kreta!
Niestety, ale nie udało nam się zgrać z naszą Panią kierowcą i skorzystałyśmy z autobusu (tym razem przyjechał). Na wstępie od razu miłe zaskoczenie – kierowca nie miał biletów i uznał, że to jego wina i zaproponował jazdę za darmo! Oczywiście nie mogłyśmy odmówić.

Do Campione dotarłyśmy około godziny 9 rano i byłyśmy praktycznie jedynymi osobami na ulicach i plaży. Miasteczko jest mikroskopijnych rozmiarów i składa się z ronda z przystankiem autobusowym i kilku nowo wybudowanych hoteli. Po jednej stronie jest zbocze góry, po drugiej jezioro. Wewnątrz nie ma nic poza kawiarnią i sklepem surferskim. Miasto wyglądało jak makieta, plansza z kolorowymi budyneczkami z zapałek. Windsurferów, zgodnie z naszym pechem, nie było. Był tylko wiatr i słońce, jak na starym westernie. Potworne rozczarowanie. Postanowiłyśmy szybko uciekać z tej smutnej pustelni.



Po dwóch godzinach spędzonych na pomoście udałyśmy się na autobus do Limone sul Garda. Dojechałyśmy tam z tym samym kierowcą co poprzednio, w dalszym ciągu bez biletów. Tuż przed południem byłyśmy na miejscu.
Limone z początku niepozorne, szybko okazało się prześlicznym miasteczkiem. Strome, wąskie uliczki, pełne były straganów z cytrynami i pamiątkami, ale przede wszystkim wszędzie roiło się od niemieckich turystów. Na ulicach nie było słychać innego języka niż niemiecki. W sklepach ze szkłem Murano, maskami weneckimi, biżuterią czy pamiątkami ekspedientki najpierw witały klientów po niemiecku, a dopiero później ewentualnie w innym języku. Miasto było bardzo zadbane, idealnie przystosowane do niemieckiej okupacji. Lodziarnia na każdym rogu, restauracje serwujące niemieckie piwo i przysmaki kulinarne. Plaża szeroka i wyjątkowo cywilizowana, w dalszym ciągu kamienista. Rosło na niej wiele drzew, które dawały cień dzieciom i osobom starszym. Minusem była chmara bardzo głośnych dzieci wykrzykujących niemieckie komendy. Wywoływało to niekiedy ciarki na ciele mimo panującego upału.
Reszta dnia upłynęła nam na zakupach, biesiadowaniu i plażowaniu. Wróciłyśmy do domu zrelaksowane i zadowolone ze zwiedzania. Ostatnie kilka dni w Toscolano zamierzałyśmy poświęcić na zabawy w basenie, odpoczywanie i przygotowania do pobytu w Mediolanie, który zostawiłyśmy sobie na deser.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz