Alice in Warsawland: W pogoni za młodością

czwartek, 15 września 2011

W pogoni za młodością


W niedzielę byłyśmy mocno zdeterminowane, aby odkryć o co chodzi z tym brakiem młodych ludzi nad jeziorem Garda podczas trwającego sezonu letniego. Nawet nasi gospodarze byli mocno zadziwieni tym faktem. Postanowiłyśmy zatem ich poszukać.

Na pierwszy ogień wybrałyśmy miejscowość Torri del Benaco. W tym celu udałyśmy się do przystani w Moderno i po 30 min podróży promem stanęłyśmy na suchym lądzie.
Przepiękne, tętniące życiem miasteczko urzekło nas od pierwszego wejrzenia. Wzdłuż linii brzegowej rozciągały się restauracje, natomiast nieco bardziej w głąb lądu znajdowało się wiele sklepów ze skórzanymi akcesoriami i obuwiem, a także z owocami, kolorowymi makaronami i pamiątkami z Chin. Lodziarnie – oczywiście obecne. Przestronne deptaki i alejki spacerowe, otoczone milionem kwiatów, głównie purpurowych bouganvilli, wysokich palm i przeróżnych krzewów. W żadnej dotychczasowej miejscowości nie było tak kolorowo i przytulnie jak w Torri. Miasteczko zdawało się zapraszać do zabawy. Przy porcie słychać było głośną muzykę na żywo, rozmowy i śmiech młodych osób. Tak, młodych!! Bowiem to właśnie w Torri skryli się wszyscy młodzi ludzie. Byłyśmy z Anią niezwykle niepocieszone, że dzieli nas od nich wielki zbiornik wodny…


Dla kontrastu, tamtejsze plaże były dość ubogie – przeraźliwie wąskie i oczywiście żwirowo - kamieniste. Zmuszało to amatorów opalania do rozkładania ręczników na chodnikach lub pomostach, przeważnie prywatnych, do których cumowały jachty i motorówki. Nikomu jednak zdawało się to nie przeszkadzać, ponieważ wszechobecna atmosfera zabawy i beztroski rekompensowała wszelkie niedogodności. Z niekłamanym smutkiem wsiadałyśmy na prom płynący powrotem do naszego domu spokojnej starości. Rozochociłyśmy się jednak do tego stopnia, że postanowiłyśmy dwa kolejne dni przeznaczyć na zwiedzanie kolejnych miasteczek położonych na wybrzeżu. Kolejnym na tapecie było Tignale.

Z samego rana udałyśmy się na przystanek autobusowy, skąd autokar miał nas dowieść do plaży Pra, znajdującej się obok miejscowości Tignale. Podobno tam właśnie stacjonują wszyscy surferzy. Tam i w Campione del Garda, które zostawiłyśmy sobie na następny dzień. Po 30 minutowym oczekiwaniu pogodziłyśmy się z faktem, że autobus nie przyjedzie i zaczęłyśmy łapać „stopa”. Kierowcy mężczyźni pozostawali niewzruszeni, ale po kilku minutach uśmiechnięta 40 latka zaprosiła nas do swojego Fiata. Przyznam, że nigdy nie jechałam z takim piratem drogowym. Wyprzedzanie na podwójnej ciągłej, na drodze położonej na stromym klifie lub w nieoświetlonym tunelu to dla niej chleb powszedni. A wszystkie te wariacje przy muzyce Celine Dion. Koktajl jedyny w swoim rodzaju, ale Pani kierowca okazała się niezwykle miła i pomocna. Jej serdeczność sięgała aż do tego stopnia, że zaproponowała nam również podwózkę w drodze powrotnej. Cudownie! Uradowane opuściłyśmy samochód i zeszłyśmy na plażę.

Plaża to zbyt dumne określenie dla tego wąskiego pasma piachu i żwiru, które nas przywitało. Wiatr wiał tak silnie, że niemalże musiałam trzymać się jednego jedynego drzewa, żeby mnie nie zdmuchnął do jeziora. W wodzie pełno windsurferów i kitowców. Przyjemnie było się tam opalać, jednak około południa wiatr zaczął słabnąć, wszyscy sportowcy powychodzili na brzeg, aby po kilkunastu minutach zupełnie zniknąć. Wielkim zaskoczeniem dla nas była średnia wieku wśród nich panująca, średnio 40-50 lat! Gdy zostałyśmy same ja szybko zapadłam w długi sen, podczas gdy Ania ochładzała się w wodzie. O umówionej godzinie udałyśmy się na parking, gdzie czekał już na nas kierowca rajdowy w spódnicy. Podczas powrotu poczęstowała nas gruszkami z własnego sadu a także wręczyła broszury do SPA w którym pracuje. Zaproponowała także transport na następny dzień! Niewyobrażalnie miła kobieta, co ciekawe wcale nie Włoszka, tylko Rumunka! Zaoszczędziła nam wiele fatygi, dlatego z wielką chęcią umówiłyśmy się z nią na kolejną podróż do naszej ostatniej destynacji nad jeziorem Garda.

2 komentarze: