Alice in Warsawland: Matka nadzieja, czyli Maderno żyje!

piątek, 9 września 2011

Matka nadzieja, czyli Maderno żyje!


Dziś sobota, czyli minęły trzy dni od naszej ostatniej wycieczki do cywilizacji. Przez ten czas dni upływały nam na opalaniu, zabawach w basenie, jedzeniu i użeraniu się z paniami domu, ale temu tematowi poświęcę osobny wpis, bo jest nad czym się rozwodzić… W każdym razie uznałyśmy, że czas na drugie podejście w szukaniu tubylców. Spragnione byłyśmy jakiegokolwiek towarzystwa, muzyki i alkoholu wypitego przy okazji innej niż posiłek. Sądziłyśmy, że w weekend nasza mieścina może zaroić się od turystów lub chociażby przejezdnych. Posiliłyśmy się w pobliskiej lodziarni (desery okazały się szatańsko smaczne) i w drogę!



Nic bardziej mylnego! Toscolano okazało się niestety dość nijakie, a przede wszystkim zdawało się być puste! Wieczorami ludzi na ulicach praktycznie brak, a jeśli już to byli to seniorzy lub rodziny z dziećmi. Jedna lodziarnia, kilka restauracji rozrzuconych w mało strategicznych miejscach, 2 supermarkety, fryzjer, warsztat samochodowy. Brakowało głównego placu czy promenady, które skupiałyby życie nocne. Zresztą życie nocne w wykonaniu Włochów ogranicza się do jedzenia. Nie słychać było ani muzyki, ani śmiechu, ani nawet głośnych rozmów. Tu i ówdzie widać było rodziny biesiadujące w ogrodach własnych domów. To wszystko jeśli chodzi o rozrywkowość mieszkańców Toscolano.
Zdesperowane krążyłyśmy pomiędzy damami, czasem obszczekane przez lokalnego psa, nie wiedząc co ze sobą począć. Na plaży nie można było usiąść, ponieważ była kamienista, nie wyposażona w leżaki i nie oświetlona. Po kilkudziesięciu minutach włóczęgi straciłyśmy poczucie czasu i resztki orientacji w terenie. Przypadkowo skręciłyśmy w lewo i naszym oczom ukazała się bajkowa kraina!

Piękna, oświetlona ozdobnymi latarniami promenada przebiegająca wzdłuż redy, otoczona palmami i śródziemnomorską roślinnością robiła wrażenie. Wzdłuż niej ustawione były ławki, szczelnie pozajmowane przez wypoczywających Włochów. Wciąż brakowało młodych ludzi, ale przynajmniej coś się działo i nie słychać było wszechobecnego odgłosu sztućców uderzających o talerze.

Idąc dalej doszłyśmy do portu, mijając głośne kawiarenki, gwarne lodziarnie i ogrody należące do hoteli i willi. Dwa skromne kościoły otwarte w nocy dla zwiedzających przyciągały chóralną muzyką.

Na ulicach pełno było porozstawianych straganów z – i tu niespodzianka – pamiątkami z Indii, Afryki i Chin. Były również niezawodne słodycze, żelki, marcepan i przeróżne rękodzieła. Trafił się także aż jeden bar ze względnie młodą klientelą. Miałyśmy „szczęście” trafić na występ kapeli na żywo, której wokalista z pewnością pamiętał czasy Generała Franco. Skórę miał wypaloną od słońca a głos przepalony od tytoniu i alkoholu. Spod rozpiętej do pępka koszuli wydzierała pomarszczona klatka piersiowa, ale nic nie przyciągało tak wzroku jak obcisłe, skórzane spodnie, żywcem zdjęte z Jima Morrisona. Pełen szacunek za poświęcanie się dla mody, ponieważ noc była prawdziwie upalna. Mężczyzna był przeraźliwie chudy, cudacznie wyginał się przy mikrofonie, śpiewając chyba po angielsku, ale ciężko było przypisać ten język do jakiegokolwiek mi znanego. Jednym zdaniem – folklor na całego. Warto było wyrwać się z naszej pustelni, aby to ujrzeć i nawet fakt, że na wakacje obrałyśmy kurort dla starych ludzi, nie był w stanie popsuć nam wieczoru. Wróciłyśmy pełne nadziei, że być może uda nam się jednak trochę nad jeziorem Garda rozerwać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz